Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Satoru. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Satoru. Pokaż wszystkie posty

5 sie 2019

Od Satoru c.d: Manon

Zacznę od trochę mniej przyjemniejszych i radośniejszych rzeczy, które aktualnie działy się w domu Henry'ego Tygelliusa aka Yoshidy. Cofniemy się również w czasie - dokładnie do dnia, w którym to Arsene wrócił już z Piekła i spokojnie grzał stopy nad kominkiem w jakimś pchlim hotelu. Obok niego leżał jego chudy, przypominający budową dobermana ogar piekielny. Patrzył się na swojego pana dwoma parami krwistych oczu i nie za bardzo wiedział, co właściwe tutaj oni robili. Pies chciał być na polowaniu. Tak jak na psa Łowcy przystało - pragnął tropić jakąś poczwarę i zaskowyczeć radośnie, kiedy wraz z Arsene'em ją dobiją. Pan zapewne nagrodziłby psa surowym płatem mięsa, tak soczystym, że aż kręciło się w głowie psowatemu. Lecz jego właściciel siedział na fotelu z czołem podpartym na boku dłoni. Rozmyślał nad tym, co spotkało go w ostatnich dniach i jak szybko obracały się różne sprawy. Dużą część swojej uwagi poświęcał czarownicom, o których szczerze już nie wiedział, co ma myśleć. To znaczy - wiedział - ale czy było to słuszne? Zastanawiał się, czy to aby możliwe, aby trzy wiedźmy spokojnie przebywały w mieszkaniu ich wuja i zachowywały się niemalże normalnie? Arsene wzdrygnął się, kiedy wyobraził sobie, jak zamiast ludzkich potraw przy stole siorpią gulasz z krwi niemowląt i mamią jakimiś czarami jego młodszego brata. Wyobrażał sobie, że właśnie teraz zatapiają w nim szpony i rozrywają, dzieląc między sobą. Jak Chrystus dzielił i podawał chleb swoim uczonym. Arsene przez ów wizję prawie zwrócił obrzydliwą kolację, którą zjadł w pojedynkę. Mężczyzna, bo miał już dobre dwadzieścia sześć lat, myślał też o szaleńczym planie jego ojca. O tym, co też ten znowu nawymyślał. Arsene był myślącym człowiekiem, tylko... nie był asertywny. Odmówić potrafił tylko bratu... Ale jeśli ojciec prosił go o cokolwiek, mężczyzna, a wcześniej chłopak, wykonywał te polecenia w kolejności alfabetycznej dwadzieścia cztery godziny na dobę. Teraz jednak sytuacja wyglądała trochę inaczej. Pamiętacie, kiedy to Arsene zapytał się pana Yoshidy, czy ma dla niego odpowiednią żonę? W końcu miał już ponad dwadzieścia lat! I to grubo. A w tamtych czasach członkowie rodów takich, jak Yoshida, zaręczani byli bardzo, ale to bardzo szybko! Fergus, ojczulek, spojrzał wtedy na syna mętnym wzrokiem (wręcz szaleńca!) i rozpoczął swój mrożący krew w żyłach dialog:
- Oczywiście, że znalazłem ci małżonkę, kochany synu! Jednakże nie będzie to tak proste do zrealizowania, jak zwykło to być na codzień - jego ojciec odchylił się na fotelu, po czym splótł palce dłoni. - Te czarownice rosną w siłę - wypluwał każde słowo, jakby było klątwą - i kręcą się coraz bliżej ludzi. Położyły już łapy na naszej rodzinie, Arsenie! Zamieniły mojego syna, a twego brata, w jakieś posłuszne voodoo i pomaga im w rozrodzie! Musimy to powstrzymać. Wybić je raz, a porządnie - nachylił się do Arsene'a i złapał go za nadgarstek boleśnie. - Opętały Satoru. Teraz to już nie jest ten sam człowiek, którego znałeś. To obrzydliwiec, który miał za słabą wolę, aby im się sprzeciwić. Na szczęście ty jesteś inny. Zabijemy białowłosą. Jeśli ją pokonamy, odzyskasz brata! Uratujemy ludzkość, przed nawrotem tych bestii i pomiotów-
- Dobrze, ojcze, ale jak? - Arsene raczej nie rzucił tego z entuzjazmem godnym ucznia Szatana. Stwierdziłabym, że wypowiedział te słowa z przerażeniem, bo takiego szaleństwa w swym ojcu nigdy, przenigdy nie widział.
- Manon Czarnodzioba, ich nowa przywódczyni, położyła łapy na twym bracie. Ta starucha opętała zaś mego brata, a twego wuja! Tylko ta młoda, czarnowłosa, została sama. To będzie twa żona. Ma uwierzyć, że ugiąłeś się pod jej wdziękami i będziesz służył jej jak ta dwójka nieudaczników, tylko że ty zachowasz wolną wolę. Ona będzie myślała, że owinęła cię wokół palca, a to tak na prawdę, ty owiniesz nią wokół swojego. Dzięki temu zdobędziesz informacje o czarownicach. O tym, gdzie jest ich gniazdo, co robią, jak się zachowują i o jakich porach najmniej występuje tam straży! Te informacje przekażesz mnie i... I wtedy zaatakujemy! Zabijemy je wszystkie! SPALIMY! A łeb tej Manon - ojciec splunął w ognisko, które zatrzeszczało - powiesimy na ścianie w holu naszej posesji.
Arsene dokładnie te słowa usłyszał kilka dni temu i przyprawiały go o silny ból głowy. Jego wewnętrzny głos, nawet ten Łowcy, mówił, że tak nie można i byłby to cios poniżej pasa...
Jaka szkoda, że nie był asertywnym człowiekiem.
xxx
Kiedy Manon rzekła, że niczego nie pragnęłaby tak bardzo, jak wyjścia za naszego Satoru, młody mężczyzna stracił na chwilę kontakt z rzeczywistością. Patrząc z dołu na białowłosą, tak szczęśliwą, tak piękną, zdał sobie sprawę, że nie mógłby tych samych słów powiedzieć komukolwiek innemu. Byłoby to nienaturalne, okropne i niezgodne z jego... przeznaczeniem. Ciepło, które rozlało się po jego piersi, było niesamowicie przyjemnym uczuciem. Świadczyło na pewno o tym, że te tony stresu towarzyszące Yoshidzie w ekspedycji do Piekła, spłynęły wraz z takowym finałem. To, co teraz działo się wokół niego było niczym boże błogosławieństwo. Wszakże bez Manon na sto procent byłby zupełnie innym człowiekiem, a raczej jego wydmuszką. Kręciłby się samotnie po ulicach, nieustannie czegoś szukając. Nawet będąc z jakąś zupełnie inną kobietą, brakowałoby mu czegoś. Zapewne szukałby tego pierwiastka po kątach, na całym świecie, nie mogąc przestać. Dzięki Manon, z którą teraz mógł dzielić życie, z którą miał i ma syna, nie musiał niczego szukać. Wszystko miał! Nie chciałby niczego więcej. Może i było to lekko samolubne myślenie, ale myślę, że można mu to wybaczyć. Dopiero brawa ludzi wokół zebranych przyciągnęły go z powrotem na Ziemię. Manon się zgodziła. To nie był sen, to nie było ulotne marzenie, które spełnić się mogło tylko w objęciach Morfeusza! Był to rzeczywisty fakt! Satoru uśmiechnął się szeroko. W sposób emocjonalnie intymny i wrażliwy. Chciał wstać, chciał założyć pierścień na palec jego ukochanej Manon, chciał ją przyciągnąć do siebie, móc objąć ramionami i ucałować, lecz to ona rzuciła się na jego szyję i zaczęła szeptać słowa, które mogłyby roztopić najgrubszą warstwę lodu. Mężczyźnie dopiero po chwili udało się wsunąć symboliczny pierścień i wstać wraz z Manon. Kiedy spojrzał jej w oczy, trzymając w dłoni jej dłoń, zrozumiał, że on po prostu musiał ją spotkać. Musiał wejść do tego okropnego kościoła i musiał skierować w jej stronę swoje spojrzenie. To tak miało być, to było przez jakieś siły wyższe misternie zaplanowane. Jakby to one, ich przykładem, chciały udzielić jakiejś cennej lekcji ludzkości. Satoru miał wrażenie, że pod tą cienką warstwą skóry płonie. Dłoń Manon zdawały się być przyspawana do jego, a jej ciepło jeszcze bardziej rozpalało ten żar gdzieś głęboko w ciele. Był dogłębnie zaskoczony tym, co teraz czuł i co zapewne czuła Manon. Tą więzią, która przepływała przez nich, przez ich żyły. Ucałował ją. Z własnej, nie przymuszanej woli. Wszakże, nie był opętany, jak jego ojciec myślał. Satoru szczerze, z całego serca, kochał białowłosą i nie mógł jej już ponownie stracić. Nie mógł, dobrze o tym wiedział.
Skierowali się następnie w stronę domu, gdzie wszystkie światła się paliły. Wszędzie, jakby cała rodzina ich wyczekiwała. I słusznie, była to ich rodzina. Najbliższa jaką mogli mieć i chcąca dla nich jak najlepiej. Satoru prowadził Manon, wciąż trzymając ją za dłoń. Chciał być tam jak najszybciej! Chciał ponownie ujrzeć swego syna, tylko że tym razem wtulonego w pierś matki, która była niezwykle cenną osobą dla Satoru. Chciał zobaczyć ten obraz rodziny, który niegdyś mógł mu się jedynie przyśnić. Manon zapukała do drzwi, ostrożnie, jakby się obawiała. Satoru nie za bardzo wiedział, czego. Wszyscy na nią wyczekiwali. Wszyscy oczekiwali jej powrotu. I to jak najszybszego. Otworzyła im Cassiopeia, a na ich widok zapłakała szczerze. Kolana się prawie pod nią ugięły. Nad nią wisiała cała reszta - wuj Henry, Asterin oraz Arsene, który... w rękach trzymał syna Manon i Satoru. Cassiopeia, jak i Asterin zaszlochały, a ta starsza z nich z niedowierzaniem przyglądała się i całej parze, i Manon. Bo Manon żyła. Była żywa. Prócz tego unosiła się wokół nich czysta energii tajemniczej więzi, która ich połączyła. To zapewne też przykuwało uwagę starszej czarownicy.
Manon też zapłakała i patrzyła na swojego syna, który wodził oczami niemowlaka po twarzach. Chyba w jakiś magiczny sposób rozpoznał swą matkę, może instynktownie i zaczął się wiercić oraz płakać. Był to płacz zdrowy, o ile taki istnieje. Płacz dziecka, lecz raczej... budzący do życia. Arsene, z miną typową dla siebie i pod ostrożną, rzetelną asekuracją Asterin podał dziecko Manon. Matce. Białowłosa wzięła swego syna w ramiona i przycisnęła opiekuńczym gestem do piersi, a pojedyncze łzy ściekały po jej twarzy. Satoru też płakał. Ze szczęścia.

beng! mam nadzieję, że nie zawiodłam!

9 kwi 2019

Od Satoru c.d: Manon

Kiedy kładł palec na spuście nie władał nim żaden duch, żaden głos Łowcy nie szeptał mu do ucha - ten głos nie był teraz jakimś oddzielnym stworzeniem w jego głowie, ale samym Satoru. Po tylu latach wypierania się go, ignorowania i tuszowania go innymi myślami, i tak stał się częścią młodego Yoshidy. Tak też, kiedy młody Łowca ze strzelbą przy policzku i złowrogim okiem, pociągnął za spust, celując wprost w Księcia Piekła. Och, jakiż on jednak był głupi, ignorując Satoru - jakiż on był głupi, śmiejąc się prosto w twarz człowieka, dzierżącego takową broń. Cerber teraz już wiedział, co to takiego. Kiedy nabój przebił na wylot lewą pierś demona, każdy z gości wiedział. Niegdyś, dawno temu, kiedy dziada i pradziada Satoru nie było na świecie, żył Colt Yoshida. Colt był Łowcą ekscentrycznym i szalonym, chciał swoimi dziełami wysunąć się nad Boga, zapanować nad tym, co nie osiągalne dla człowieka. Wyprodukował broń, która była w stanie zabić każdego demona, bez względu na rangę, czy na wiek. Na jego cześć serię tej broni nazwano Colt. Przechodziła z rąk do rąk, każdego pokolenia i zawsze do tych pierworodnych - według wierzeń, to oni byli najsilniejsi i dziedziczyli najwięcej. Ów Colt trafił do Arsene'a, lecz teraz, gdy Satoru schodził do Piekieł, jego starszy brat bez protestu oddał mu broń; może z poczucia winy, może z czystych, dobrych chęci, kto to wie. Huk, rozdzierając całą salę, przeraził demonów tak bardzo, że na ich zwykle pogardliwych, wykrzywionych w uśmiechu twarzach, zagościł najprawdziwszy grymas strachu. Satoru patrzył, jak Salomon zaskoczony łapie się za pierś i patrzy na ciemną, jak smoła krew. Książę zmrużył oczy, jakby nie dowierzał. To koniec? Już? Ale jak to? On, wielki Książę Piekła, umierać teraz? Demon spojrzał na Satoru, który wściekle zmierzał teraz w jego stronę. Młody Yoshida powoli zaczął żałować tego, że zabił Salomona czystym strzałem. Człowiek, najzwyklejszy człowiek, beznadziejny mag i czarna owca rodziny, stał nad Księciem Piekła (Salomonem!) i mierzył jego twarz z obrzydzeniem i pogardą taką, jaką niegdyś obdarowywano jego.
- Idź do Diabła - Satoru wysyczał przez zaciśnięte zęby jak wściekła żmija i chlasnął Salomona po twarzy tak mocno lufą, że Książę zatoczył się i upadł na posadzkę improwizowanego ołtarza.
Satoru zadarł głowę i spojrzał na demoniego księdza przy również, improwizowanym, ołtarzu. Demon skulił się, jak mały, bezdomny pies, błagający o litość. Młody Yoshida kazał mu odejść, zabrać wszystkich, byle jak najszybciej i to daleko stąd, wtedy oszczędzi ich życia, choć i tak jakaś jego część tych żyć szczędzić nie chciała. Winny wszakże był tu tylko i wyłącznie on sam oraz Salomon. Satoru obiecał sobie, że nie spojrzy w oczy Manon, dopóki nie rozprawi się ostatecznie z konającym Księciem. Jak zapewne wiecie, to potężny demon, trochę jeszcze pozipie, nim kula doszczętnie rozerwie jego tkanki tak boleśnie, że całe Piekło, Niebo i Czyściec będzie słyszało jego wrzaski. Satoru z miną niezwykle poważną, sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej czarny, drobny proch. Odnalazł w nim kulkę wielkości ziarnka grochu, nawet kilka i rzucił nimi z furią o ziemię. Z posadzki zaczęły wydostawać się cienie, snuły, wiły się i syczały, by w końcu uformować się w pięć, obrzydliwych, cienistych ogarów o czterech parach oczu i zębiskach ostrych jak igiełki. Zawarczały, parsknęły i ruszyły w stronę Salomona, który z furią i przekleństwami próbował się podnieść. Psy jednak dotarły do niego wcześniej, rzuciły się na niego całą watahą i zaczęły rozdzierać ubrania i skórę demona, którą przywdział tylko po to, by bardziej ludzko się poczuć. Ogary mlaskały, szarpały i tańczyły dziki, radosny taniec. Nad ich warknięciami słychać było jego krzyki Księcia Piekła, który drapał posadzkę tak mocno, że aż szorował kośćmi dłoni po marmurze. Satoru patrzył się na to wszystko i czekał, aż będzie mu lepiej, poczuje, że zapłaci za swoje grzechy, lecz nic takiego nie nastąpiły. Patrzył na rozrywanego Salomona, na to, jak psy rozszarpują mu brzuch i flaki wyłażą na wierzch klatki piersiowej demona. Nie poczuł się ani trochę lepiej. Teraz wręcz przypomniał sobie, jak z ojcem spotkali ich piekarza-wilkołaka, który rozszarpał swoją żonę. Czuł się jak ten wilkołak, tyle że Salomon był faktycznie winny, faktycznie był grzeszny i potworny. Satoru opuścił broń, kiedy poczuł obok siebie ruch. Była to Manon. Kiedy Satoru na nią spojrzał, łamiący się przed pokusą, aby na nią spojrzeć, tysiące emocji go dotknęło. Niebywałe szczęście, że im się udało, uratował ją, prawda? Wszystko było w porządku? Przyjrzał jej się uważnie i nie mógł oderwać wzroku, czy cokolwiek powiedzieć. Była najpiękniejszą istotą, jaką kiedykolwiek spotkał, zobaczył. Wyglądała majestatycznie, bajecznie, jak królowa z bajki dla dzieci, które co on się usypia. Satoru najpierw przeanalizował jej twarz, następnie powoli jej sylwetkę, każdą krzywiznę uwydatnioną przez sukienkę. Jeśli byłby kimś obcym, i gdyby ktoś mu powiedział, że Manon wczoraj rodziła, Satoru na pewno by w to nie uwierzył. Uderzyła też go fala złości, że ktoś przez chwilę mógł ubrać Manon właśnie tak i tylko wyłącznie na swoje potrzeby. Był wściekły, że Salomon jeszcze chwilę temu usiadł na laurach i zapewne szykował się na to, że tej nocy to on zerwie z niej tę sukienkę, wyciągnie każdą szpilkę z włosów i za każdą wyciągniętą szpilkę, za każdy rozwiązany rzemyk, będzie obdarowywał ją pocałunkiem. Och, jeszcze nigdy Satoru nie był taki zły, nigdy nie mógł tak się na kogoś zezłościć. Miał ochotę raz jeszcze zabić Salomona, teraz nie żałował jego śmierci i gdyby nie psy, strzeliłby jeszcze kilka razy w pierś demona. Ostatecznie jednak wysilił się, by odpędzić tę wściekłość z oczu, która i tak pewnie nie uszła uwadze Manon i spojrzał jej w oczy. Myślał, że jej nie zobaczy, że ich losy ją już przekreślone. W tym momencie chyba oboje zapłakali. Satoru, nadal z paskudnym poczuciem winy, otoczył Manon ramionami i przyciągnął do swojej piersi, jakby nie chciał jej wypuścił. Jej sylwetka niewątpliwie się zmieniła, czuł to nawet ją przytulając i skarcił się w duchu za myśli godne wiejskiego urwipołcia.
- Manon, nigdy więcej czegoś takiego mi nie rób, jasne? - Odsunął się trochę i pocałował ją mocno, żarliwie; może dlatego, że za nią tęsknił śmiertelnie, może dlatego, że bał się, że ktoś inny mógł to robić.
Manon objęła go tylko, odwzajemniając pocałunek z takim samym zapałem. Zdawało mu się, że skinęła lekko głową na znak zgody. Trwali tak może kilka minut, a może kilkanaście, kiedy piekielne ogary, ewidentnie już najedzone, zaczęły szturchać ich nogi i skakać. Satoru nie chciał jej puścić, lecz za bardzo obawiał się, że Salomon powróci do życia - musieli wracać. Z resztą, nie chciał być w Piekle, już nie - nie miał z tym dobrych wspomnień, prócz jednego, kiedy to pierwszy raz okazali sobie z Manon nawzajem miłość. Satoru wypuścił Manon, jeszcze raz ją całując i badając wzrokiem. Sprawdzał, czy na pewno jest zdrowa, czy prawdziwa, czy nikt jej nie podmienił. Patrzył jej w oczy, które lśniły się tak samo, jej usta unosiły się tak samo w uśmiechu szczęścia i ulgi; nawet smakowały tak samo, jeśli już musicie, moi drodzy, koniecznie wiedzieć. Satoru myślał, że rozpłynie się i roztopi z ulgi. Chciał skakać ze szczęści i błagać Manon o wybaczenie. Rozlał na posadzce budynki od Cassiopeii dziwną, glutowatą ciecz i wypowiedział formułkę, którą nakazano mu zapamiętać. Chciał, aby już byli na Ziemi. Kiedy wstępowali w okrąg, a Satoru dziękował w duchu Cerberowi, natchnęła go kolejna myśl.
- Manon - serce dudniło mu w piersi szalonym tańcem, czuł, jakby zaraz grunt miał mu się urwać spod stóp. Wylądowali w tym samym miejscu co wcześniej na rynku miasta. - Manon - powtórzył ochryple, nachylając się nad nią. Wziął głęboki oddech i policzył do dziesięciu. - Manon, bardzo cię przepraszam za wszystko. Przepraszam - ścisnął jej dłonie. Musiał się ją o to zapytać teraz. Te. Raz. - Manon - spojrzał jej w oczy oprawione pięknym misternym makijażem. Już miał coś powiedzieć, ale znowu jej wygląd, jak czart, rzucił na niego klątwę. - Wyjdziesz za mnie? - w końcu wychrypiał. Ścisnął jeszcze mocniej jej dłoń, jakby w tej chwili był to jego jedyny łącznik ze światem obecnym.

aaa, mam nadzieję, że tego nie popsułam... kc <3

ilość słów: 1318

Od Satoru c.d: Manon

Satoru wpatrywał się w zaczerwienione od łez oczy Cassiopeii. Serce dudniło mu w piersi i ręce drżały, kiedy wysłuchiwał tego, co mówiła czarownica. Jego ukochana Manon poświęciła się za jego brata. Jakże to było... piękne. Z jednej strony czuł jednak się wszystkiemu winny - gdyby tamtej nocy nie pozwolił wyjść Arsene'owi z domu, Arsene nie wylądowałby w Piekle i nikt nie musiałby się za niego poświęcić, jednakże wtedy... wtedy Manon i Satoru nie mieliby syna. Młodszy Yoshida zacisnął zęby, obrzydliwe poczucie winy wciąż krążyło w jego żyłach - to on powinien teraz siedzieć w Piekle i odbębnić tam robotę za swojego brata, a nie jego ukochana! Pozwolił sobie na jeden, rozrywający gardło szloch, a później spojrzał na Arsene'a ze spojrzeniem zapewne niemiłym. Co za bezuczuciowy dupek. Co za idiota! Nic, tylko siedział tutaj z rękoma skrzyżowanymi na piersi koniec i kropka! A przecież Satoru i Manon ledwo co zaczynali wspólne życie! Mieli się wyprowadzić, zacząć żyć samodzielnie, wychować syna - Satoru nawet od dłuższego czasu planował się Manon oświadczyć. Co czekało ją w Piekle? Co chcieli jej zrobić? Dzika furia wkradła się do jego głowy i głos Łowcy, zaginiony, w końcu głośno się ozwał:
Idziemy zabić każdego, kto ją tknie.
Ponownie wrócił spojrzeniem do Cassiopeii, zaciskając dłonie, wciąż emanując wściekłością, której opanować nie mógł.
- Chcę się dostać do Piekła, natychmiast - na koniec zdania, jakby je akcentując, skinął głową. Cassiopeia puściła dłoń Henry'ego i zmierzyła Satoru od stóp do głowy zmęczonym spojrzeniem. Skinęła głową w odpowiedzi i wstała z kanapy. Wszyscy w pokoju obserwowali siebie nawzajem, swoje zatroskane i mokre od łez twarze.
- Przygotuj mi jakąś broń - warknął do brata. Ten, ku jego zaskoczeniu, burknął coś w odpowiedzi i od razu ruszył się do całego swojego łowieckiego arsenału. W tym czasie, bowiem, Satoru chciał jeszcze raz zerknąć na swojego syna i mówić do niego choć przez chwilkę, mimo tego, że maluszek i tak pewnie nie zrozumie jego słów.
Wszedł ostrożnie na górę i przystanął przy łóżeczku maleńkiego Henry'ego. W tych czasach dzieci nie leżały przez pierwsze swoje chwile w inkubatorach, lecz w swoich łóżeczkach albo przy matce. Tak samo od razu piły mleko matki, aby zaspokoić swój głód. Satoru, myśląc tak, prawie opadł na swoje kolana i spuścił wodę. Zabije tego Salomona, a później brata, no chyba że ten zmądrzeje i okaże krztynę wdzięczności. Jego Manon żyła, prawda? Poniekąd? Wróci po nią, zabierze ją i wszystko będzie jak dawniej. Musi wziąć sprawy w swoje ręce, a nie wierzyć bogom na słowo, że będą szczęśliwi. Spojrzał ostatni raz na pogrążonego we śnie syna i wstał, wypowiadając do maleństwa proste "Kocham cię".
W pokoju obok, najprawdopodobniej tam, gdzie wezwano Salomona, bo śmierdziało wszędzie siarka, Cassiopeia już czekała na Satoru, by odesłać go do Piekieł. Satoru nie miał bladego pojęcia, gdzie szukać Manon, na pewno w okolicy pałaców Salomona, ale gdzie konkretnie? Zarzucił plecak na plecy, strzelbę przewiesił przez ramię i skinął wszystkim wokół. Wciąż był zły. Był okropnie wściekły - na siebie. Wszedł do środka wielkich okręgów, podobnych do tych na pierścieniu i w milczeniu wysłuchiwał rytuału odprawianego przez dwie czarownice. Jego oczy błyskały wściekłością i gromami jak wzburzony ocean. Kiedy ostatnia zwrotka rytuału się zakończyła, Satoru dostrzegł, jak wszystkie kształty się zamazują, cały pokój wiruje i podłoga zapada się pod nim. Właśnie trafiał do Piekła.
xxx
Wylądował na miękkiej, niepasującej do Piekła trawie. Sprawdził, czy wszystko ma i podniósł się na łokciach. Zadarł głowę do góry i nad jego twarzą wisiały trzy, ogromne psie łby. Zamiast poblednąć, jak niegdyś by to zrobił, uniósł z furią strzelbę i ją odbezpieczył, kiedy pies odezwał się niepozornym, idiotycznym tonem głosu:
- O matko, to Łowca! Proszę nas nie zabijać, wy psów i tak nie jadacie! - Cerber cofnął się o kilka łokci.
Satoru nie opuszczał broni, ciężko mu było uwierzyć, że legendarny strażnik Piekieł to taka oferma, która w dodatku ma głos strasznego przygłupa. Chyba tylko straszyła wyglądem tych rzekomo "odważnych". W końcu Yoshida opuścił broń.
- Czy trafiłem na ziemie Salomona? - młody Yoshida uważnie zbadał wzrokiem okolicę - były to jakieś przedmieścia, prawie jak wieś, lecz na swój sposób urokliwa. Satoru jednak widział tu jedynie potencjalne zagrożenie życia, nic więcej.
- Och, tak, to tutaj. Pewnie się zastanawiasz, co tak pusto, no nie? - Cerber zaszczebiotał i wyszedł na przód Satoru. - Dzisiaj Salomon się żeni, całe jego księstwo jest na ceremonii!
Satoru odeszły wszystkie kolory twarzy tak szybko, jak nowa fala wściekłości zamroczyła mu w oczach. Salomon się żenił, tak? Czyżby z Manon? Żołądek mu się ścisnął, co jak...? O matko, co jak on się spóźnił?
- Jesteśmy daleko? Musisz mnie tam zaprowadzić - Satoru warknął niezbyt mile na Cerbera, lecz ten nawet tego nie zauważył i radośnie skinął głową. - Tylko żwawo, nie jestem tutaj na wycieczce.
- A powinieneś - rzucił tylko w odpowiedzi Cerber i ruszył swoje ogromne, płowe cielsko.
Szli dosyć długo, Satoru cały w nerwach, ciągle majstrując coś przy strzelbie. Podobno jej naboje są w stanie zabijać demony. Jeśli Salomon choć tknął Manon, Yoshida już wiedział, że cały magazynek pójdzie na szczytny cel zabicia tego demona. Cerber w tym czasie plótł trzy po trzy i bujdy na resorach o Piekle, pewnie byle się komuś wygadać. Satoru nie za bardzo go słuchał, za co też czuł się może troszkę okropnie. Pies prowadził go, szczebiocąc radośnie po mieście, nawet nie pytał się o cel przybycia Yoshidy ani o jego imię, po prostu sam gadał jak najęty i podśpiewywał. Satoru trochę się rozluźnił słuchając takich dyrdymałów, lecz kiedy stanęli przy wejściu do głównej części miasta złość, wręcz wściekłość oraz reszta negatywnych emocji wróciła, tak samo jak głos Łowcy, który drażnił i prowokował. Satoru miał ochotę tu wszystko zniszczyć, instynkt mu mówił, że wszystko jest tutaj przeklęte, że naturalnym dla niego jest właśnie zniszczenie wszystkiego wokół. Zabawne, jakoby jego geny rodzinne ujawniły się dopiero po dwudziestu dwóch, prawie trzech, latach. Cerber zauważył jego spięcie, więc przekrzywił swoje trzy łby, co wyglądało komicznie i wychrypiał:
- Tak właściwie, to po co ty się tam na to wesele pakujesz? Demonem raczej nie jesteś - psisko zachichotało.
- Cóż... stare porachunki - Satoru syknął i wiedziony siłą wyższą lawirował między uliczkami, wysilając swe zmysłu. Nie mógł teraz wybuchnął, byłaby to strata czasu, którego i tak, kto wie, może już nie miał wcale. Przyspieszył.
- Czekaj! Nie biegnij tak! Jesteś człowiekiem, oni cię zjedzą! - Cerber ruszył za nim, prawie jak ogary Satoru, noga za nogą.
- Niech tylko spróbują - Satoru spojrzał na psa w trzy pary jego oczu. - W naszej rodzinie od wieków się na to nie pozwala. I dzisiaj też na to nie pozwolę.
Cerber zacisnął swoje szczęki każdego z łbów i już w milczeniu prowadził młodego Yoshidy, trochę chyba przerażony spojrzeniem młodego mężczyzny i jego stanowczością. Cerber, jak Boga w Piekle kocham, nie spotkał jeszcze tak śmiałej duszy. W prawdzie, Satoru i tak rzucał się w sam ogień piekielny, a za kim? Cerber mógł tylko snuć domysłu. Może i na pozór głupi, domyślał się, że piękna, młoda małżonka Salomona wcześniej mogła być z tym dziwnym człowiekiem. Cerber patrzył na Yoshidę ukradkiem. Był to na pewno chłop wysoki, dobrze zbudowany. Wojskowy? Z Ziemi? No nieźle. W dodatku ta strzelba. Zwykle normalne naboje nie krzywdzą demonów, więc Cerber nie miał, co się obawiać, ale ta broń pachnęła znacznie inaczej niż ludzka. Co w niej było? Strażnik Piekieł nie wiedział, postanowił milczeć, bo sztorm w oczach chłopaka mógł zatopić furią niejednego Księcia Piekieł.
- Em... człowieczku, to tutaj.
Wraz z Satoru zatrzymał się przed ogromnym gmachem czarnej jak smoła, lecz urzekającej budowli, która zdawać by się mogła kościołem z daleko. Tak na prawdę był to budynek wzniesiony raczej ku kpi kościoła - patrzcie, bierzemy ślub w odświętnym miejscu. Satoru zacisnął szczękę tak mocno, że aż poczuł nieprzyjemne chrupnięcie w żuchwie. Nie miał na co czekać, więc ruszył żwawym krokiem do wrót, kiedy wielkie łapsko Cerbera.
- Chcesz tam tak po prostu wbiec? Pomyślałeś, co dalej? - Satoru szarpał się wściekle i dopiero wtedy, kiedy uniósł strzelbę przed czoło Cerbera, ten go puścił. - Poczekajmy może chociaż na właściwy moment, wtedy, kiedy będzie można wnosić sprzeciwy. To będzie zgodne z prawem i nie będą mogli cię od razu zabić.
- To ma być śmieszne? Wolę żarty w innych chwilach, wiesz? Co, mam stać i patrzeć przez okienko kiedy ich... ksiądz? Nie wiem, kto, ale powiedzmy, że ksiądz, zapyta się, czy są jakieś sprzeciwy? 
- W rzeczy samej - Cerber skinął głową, śmiertelnie poważnie. Satoru zmrużył oczy, był teraz kłębkiem nerwów, ale pies miał rację, musiał myśleć, co dalej. Jeśli zabiją go tutaj, teraz, to na nic się nie przyda. Umrze. Nie zobaczy już więcej swojego syna... Manon też. Gardło mu się zacisnęło i ostatecznie skinął głową. Podszedł do małego okieneczka w drzwiach i przyłożył do niego oko. Jakież wydawało mu się głupie, ale jak mawiano: Diabeł tkwi w szczególe. Cerber stał za nim i jakby z aprobatą kołysał się na wielkich łapskach. Za to głos Łowcy darł się w głowie Satoru: No już, wbiegnij tam! Odebrali ci kobietę, odebrali ci szczęście! Idź i ich zabij! IDŹ, a później z rąk zmyj ich krew, jak zwycięstwa. Głos ten przerażał zwykle spokojnego i życzliwego Satoru, ale czasami również i dodawał niewyobrażalnie wielkiej adrenaliny. Motywował, brzmiał jak tysiące ludzi, całe tłumy wykrzykujące mu nowe idee. Cerber szepnął mu do ucha:
- Teraz, człowieczku! Leć!
Satoru jak z procy otworzył drzwi, prawie kopniakiem, jak to często widzi się na filmach. Strzelbę miał opartą na ramieniu i oko przy wizjerze.
- Nie zgadzam się! - ryknął, czując jak jego paznokcie na spuście zamieniają się w smocze szpony. Widział go, widział dokładnie Salomona i w tym momencie twarz Satoru była pozbawiona emocji, jakby grał w karty i jakby trzymał tę swoją ostatnią.
Salomon wyszczerzył się jedynie do niego. Trochę z zawodem, może spodziewał się czegoś lepszego, kto wie? Satoru dopiero potem przeniósł swoje spojrzenie na Manon, opuszczając wizjer strzelby. Była ubraną w czarną suknię o fasonie bynajmniej ślubnym. Satoru pobladł. Spóźnił się? Manon wyglądała na zdrową... Jej sylwetka trochę się zmieniła, zapewne przez ciąże - trochę się wypełniła wręcz i w tej sukni wyglądała majestatycznie, jak władczyni. Satoru zatrzęsły się ręce, kiedy poruszył ustami, wypowiadając jej imię. Wzdrygnął się, słysząc ponownie głos Łowcy w głowie. Kazał mu się skupić na Salomonie. I go zabić. Teraz. Satoru uniósł strzelbę.

omg, ale wąż. Manon? <3

ilość słów: 1679

Od Satoru c.d: Manon

Kiedy minęły dwa dni - spędzone w niezwykle... niezręcznej, wyczekującej atmosferze - Satoru siedział jak na szpilkach. Dziecko mogło przyjść na świat w każdej chwili, prawda? Rano, przy śniadaniu, kto wie, może na spacerze. Jeśli mam być szczera już wcześniej przeczytał chyba wszystkie książki na temat rodzicielstwa i wysłuchał wszystkich rad wuja, mimo że ten dzieci własnych nie miał. Kupili już prawie wszystko dla ich dziecka, wystarczyło tylko w zasadzie czekać. I w tym czekaniu tkwił cały diabeł. W dodatku, dzień wcześniej przyszedł do wuja Arsene, obwieszczając, że będzie tu nocować - koniec i kropka. Satoru starał się jakoś z nim porozmawiać, w inteligentny sposób wydobyć informacje, lecz ten odpowiadał jedynie monosylabami. "Tak", "Nie" i "Idź sobie, tatuśku". Młodszy z Yoshidów nie miał zamiaru się kłócić, w zasadzie nie cierpiał kłótni i sporów - to była jedna z wielu przyczyn opuszczenia jego rodzinnego domu. Gdy Satoru siedział przy stole i zastanawiał się jaką tymczasową pracę wybrać, usłyszał pośpieszne kroki... No może nie pośpieszne, ale zdanie "No jeszcze trochę, Manon, kawałeczek" i cichy syk, rzucił się do drzwi jak opętaniec. Dzięki Bogu, nie wyrwał ich z zawiasów, wtedy to dopiero by było! Cassiopeia i Asterin wyglądały na potwornie zaniepokojone, ale też w pewien sposób na... może... szczęśliwie? Wszakże to teraz Manon... rodziła. Ona rodziła. Satoru zatrzęsły się ręce - to teraz, to właśnie ten moment! Już zaraz oboje będą rodzicami, czyż nie? Przy jego boku przystanął wuj Henry z miną poważną - wiedział prześwięcie, co się właśnie dzieje.
- Manon, dasz radę - wuj tylko rzucił i pomógł przejść białowłosej przez próg.
Henry skinął na swoich obu bratanków. Arsene złapał Satoru za ramię, wręcz szarpnął i odciągnął. Zniknęli na chwilę i w tym momencie Henry opowiadał Manon jak ma się ułożyć na łóżku w sali. Nigdy nie odbierał porodu czarownicy, więc kiedy zakładał rękawiczki, obmywszy ręce, zastanawiał się, jak bardzo może różnić się to od porodu człowieka. Zapewne jest to o wiele boleśniejsze. Poinstruował Manon jak ma oddychać - powiedział jej wszystko; ile mogą trwać skurcze, ile może trwać poród, jak powinna reagować na skurcze i jak dostosować swój oddech w takiej sytuacji. Wszystko było ważne, wszyściutko. Zapewnił białowłosą, że Satoru zaraz się zjawi, że do tej chwili Manon ma jego i Cassiopeię... Henry widział, jak młodszą czarownicę nękają fale bólu, mimo że próbowała to skutecznie ukryć. Kobiety, różnie oczywiście to bywało, zazwyczaj krzyczały i przeklinały swoich mężów podczas porodu. Wiadomo, że te przekleństwa prawdziwe nie były, raczej był to impuls, każący się wykrzyczeć. Manon, jednak, takich rzeczy nie robiła, choć pobladła wyraźnie na twarzy. Henry'ego wiele kosztowało odwrócenie się do Cassiopeii, kiedy przygotowywał rozmaite ręczniki. Spojrzał jej prosto w oczy, wziął głęboki oddech i nakazał przynieść morfiny. Powinno to pomóc naszej białowłosej. Musiało. W końcu do sali wpadł i Satoru. Wiele emocji właśnie atakowały jego głowę. Miał wrażenie, że zaraz nogi mu się ugną. Trwał ten dzień, ten, w którym ich syn przyjdzie na świat. Nie dowód ich miłości, a jej owoc, a są to, wszakże, dwie różne rzeczy. Blady jak papier, z sercem walącym w piersi, prawie podczołgał się do Manon i chwycił ją za rękę. Od razu białowłosą ją ścisnęła, prawie z całej siły - aż kości zatrzeszczały naszemu Yoshidzie. Henry spoglądał na zegarek - kiedy nadchodzą skurcze przez określony kawałek czasu, kobieta musi przeć, aby dziecko mogło wyjść na świat. Później dał zegarek Satoru - wiedział, bowiem, że jego głos, ciche wypowiadanie liczb i instrukcji działa bardziej kojąco na naszą białowłosą. Henry wszystko nadzorował, sprawdzał stan zdrowia Manon. Pobladł również, kiedy jej puls przyśpieszał, zwalniał - skakał w górę i w dół.
- Manon, musisz spokojnie oddychać - powiedział do Czarnodziobej, wciąż patrząc się na monitory.
Henry pokusił się też, aby mierzyć temperaturę Manon. Stale i cyklicznie rosła, toteż z uporem nakładał jej na czoło zimne okłady. Z każdą chwilą byli coraz bliżej tego cudu. Satoru nie opuszczał Manon i raz po raz wpatrywał się w wuja wyczekująco - czy nie ma nic do powiedzenia. Minęły trzy godzina, kiedy Henry Yoshida oznajmił dumnym, teraz już, rodzicom, że jest to zdrowy chłopiec. Dzieciątko zaczęło płakać. Miało zdrowie płuca w takim razie. Kiedy Henry odciął pępowinę małemu Henry'emu, ułożył na rękach Satoru chłopczyka. Wuj zamrugał szybko odpędzając łzy. Usłyszał, jak Manon zaszlochała i wraz Satoru. Młody Yoshida pozwolił sobie płakać, gdy tak trzymał na rękach ich... swojego synka. To było dziecko - będzie ich dzieckiem, cudem, któremu pokażą cały świat. Wielki obowiązek, wielkie doświadczenie. Czar wielkiego szczęście, czar tego cudu, tej... magii prysł, kiedy na salę wbiegła Cassiopeia, krzycząc przeraźliwie. Satoru pobladł i mimowolnie ich synka przytulił bardziej do piersi. I wtedy wszyscy spojrzeli na monitory i na Manon. Zapadła cisza, wręcz grobowa. Białe włosy czarownicy rozsypały się po poduszce, a jej blade ciało leżało nieruchomo w łóżku. Jedyną osobą, która w tym momencie się ruszyła i przystąpiła do ratowania białowłosej był Henry.
- Ratuj ją! - wykrzyknął Satoru, podchodząc do wuja i do Manon. Patrzył się na jej nieruchomą twarz i szloch rozdarł mu brutalnie pierś.
Henry bardzo chciał ratować białowłosą, nawet dla swojego wnuka, ale wcale nie zbliżali się do ratunku Czarnodziobej. Satoru zapłakał jeszcze mocniej, nie mógł w to uwierzyć, wydawało się to niemożliwe!
- RATUJ JĄ! - wykrzyknął jeszcze głośniej, nachylając się na łóżkiem, na którym leżała jego ukochana. Osunął się na kolana, wciąż trzymając swojego płaczącego synka w ramionach.
Satoru ścisnął dłoń Manon i poruszał nią mimowolnie, błagając, aby wróciła. Wydawało mu się to potwornie niesprawiedliwe! Zyskał syna, lecz stracił swą ukochaną. Gdzie tu była sprawiedliwość? Spojrzał na maleńkiego chłopczyka i otulił go jeszcze ciaśniej, chyląc głowę nad malutką główką dziecka. Satoru kołysał się, słuchając Henry'ego, który klął potwornie i próbował jeszcze jakoś pomóc Manon. Kiedy mówił, że odeszła, młody Yoshida wciąż tulił swojego syna i ściskał dłoń białowłosej. Uderzyła w niego jedna, jedyna myśl:
Manon była martwa.
Odeszła. Wstrząsnął nim kolejny szloch.
Henry nakazał mu się odsunąć z śladami łez na policzkach, lecz Satoru kręcił głową. Nie chciał pozwolić nikomu na odsuwanie go od Manon, nie chciał nikomu pozwolić na to, aby śmiał ją stąd zabrać. Przesiedział tak na podłodze, ściskając jej martwą dłoń do następnego rana.
Stał wtedy nad nim Arsene. Henry i Cassiopeia zabrali syna Manon oraz Satoru na oględziny, i tak młody Yoshida trzymał go zbyt długo. Młodszy z braci, wciąż klęczący na podłodze uniósł głowę do góry - jego oczy ciskały gromami w Arsene'a.
- Czy jest coś, czego nikt mi nie powiedział? - Satoru wychrypiał, jego struny głosowe ledwo co działały.
Arsene skrzyżował ręce na piersi i westchnął ciężko. Tak jak Satoru niegdyś opowiedział całą swoją historię i historię Manon, tak teraz Arsene mu ją mówił, nie pomijając pewnego paktu, którego sam starszy Yoshida się domyślił.

chyba nadążamy nad Szekspirem heh

ilość słów: 1103

6 kwi 2019

Od Satoru c.d: Manon

W domu wuja Henry'ego nigdy nie było takiego tłoku: mężczyzna ten wolał otaczać się dwoma, maksymalnie trzema osobami i to takimi, które lubił i szanował - znał... dłużej. Teraz, mogę rzec, było na prawdę tłoczno. Satoru w zasadzie nie wiedział, jak ma zareagować na przybycie swego brata - Salomon wypuściłby go z własnej woli? To przecież niemożliwe, prawda? Możecie mu zarzucić, że był głupi albo naiwny - logicznym jest to, że jeśli Cassiopeia Czarnodzioba wybiega blada z pokoju, gdzie przebywała sam na sam z Manon, po czym nagle z ramion demonów powraca brat Satoru nie może być "dobrze". Inteligentni stwierdziliby od razu, że to ewidentnie Manon maczała w tym palce, lecz teraz młody Yoshida wraz ze swą ukochaną wyczekiwał dziecko - jego myśli głównie krążyły wokół tej wiadomości, miał chore, dziecinnie naiwne przekonanie, że na razie są na prostej i wszystko jest w porządku. Nie okłamujmy się, każdy, po tylu trudach c h c i a ł b y tak myśleć. Kiedy zobaczył Arsene'a, swego starszego, okropnego brata, nie wiedział jak zareagować. Wyglądał tak, jak to zwykle on - dumny, puszący się łowieckim fachem Łowca z wypiętą piersią do góry i uniesioną głową wysoko. Arsene od dziecka wyglądał lepiej w łowieckich kurtach, a Satoru za to lepiej w eleganckich, rodowych garniturach - dwa inne oblicze, można by rzec. Kiedy jego brat spojrzał prosto w oczy młodszego z Yoshidów, wiedział, że to ten sam, arogancki Arsene, który rzucił mu pod nogi łeb kelpie i w dzieciństwie przypominał, że Satoru jest człowiekiem, a nie m a g i e m (choć i tak wszyscy wiemy, że grubo się mylił). Satoru tylko dostrzegł w spojrzeniu brata trochę smutniejszy połysk, człowieka, który widział więcej niż na swój wiek mógł widzieć. Arsene od razu przeniósł spojrzenie na Manon, a konkretnie na jej brzuch. Mruknął coś pod nosem, prychnął i podszedł do lodówki. Nie przywitał się prócz tego z nikim. Mechanicznymi ruchami nalewał sobie sok do szklanki i wychylił go tak szybko, że człowiek nawet nie zdążyłby mrugnąć.
- Wiedziałem, że tylko kłopoty wyjdą z ratowania was - syknął, mierząc wzrokiem Cassiopeię i Asterin w salonie. Wziął swoją kurtę i szal z wieszaka, który zostawił kilka miesięcy temu przed wyprawą; nikt nie śmiał go ściągnąć, tak samo ruszyć jego arsenału przy komodzie. Schylił się po strzelbę, przewiesił ją przez ramię, zapiął pas ze srebrnymi nożami, a na koniec, jakby prezentując swą siłę, chwycił pewnie w ręce jarzębinową dzidę.
Satoru napiął się cały, gotów mu tę dzidę wyrwać i złamać na pół albo osłonić białowłosą przed jej atakiem, ale jego brat tylko uniósł wolną dłoń do góry i wykrzywił twarz w nieodgadnionym grymasie.
- Gratuluję i idę na polowanie, Orusiu - nawet nie czekając na odpowiedź, otworzył drzwi i zniknął za nimi. Znając Arsene'a, wróci on pod wieczór, pomyślał Satoru. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie pobiec za bratem.
xxx
Arsene Yoshida szedł ulicami miasta z całym arsenałem i swoim agarem piekielnym u boku. W przeciwieństwie do ogara Satoru, ten był szczuplutki i niepozorny. Jakby jego cała ogarowatość... wyparowała. Mężczyzna ten miał niezły mętlik w głowie. Salomon nie powiedział mu, dlaczego go wypuszcza, ale Yoshida się domyślił, kiedy spojrzał w oczy partnerki swojego brata. Czyżby to ona była przyczyną jego wolności? Dziwił się wciąż, jak jego brat może przebywać, kochać i żyć z taką istotą jak czarownica - nie oszukujmy się, Arsene ich nie cierpiał, a zwłaszcza teraz, po... och, no ośmiomiesięcznym pobycie w Piekle. Białowłosa, chyba... Manon, z tego co pamiętał, była na prawdę w zaawansowanej ciąży. To oznacza, że w ów chacie musiało dojść do czegoś więcej niż pogawędki. Och, no oczywiście, że tak, ty bałwanie - dzieci przecież nie biorą się z kapusty, skarcił się w głowie, lecz się wzdrygnął. Współżyć z czarownicą? Dziwaczność. Wszedł do kamienicy, w której mieścił się pub i noclegi, miał ochotę spać właśnie tu. Sam. Podszedł do lady, kiedy brzydka brunetka o zębach powyginanych na wszystkie strony wcisnęła mu do ręki kluczyk i wysepleniła:
- Na piętrze na pana czeka jakiś... Bida? A nie, Yoshida.
Arsene pobladł na twarzy. Czyżby ich ojciec? Popędził na schody, jak najszybciej potrafił, i z brzęczącą bronią wspiął się na piętro. W kilku susach doszedł do drzwi o numerku tym samym, który widniał na kluczyki i otworzył drzwi. W istocie, siedział tam wielce kochany pan Yoshida. Usadowił się na obskurnym fotelu na tle zasłon i wyglądał, jak strasznie zmęczony człowiek. Nie spojrzał nawet nie swojego syna, gdy ten zamykał drzwi i siadał na krześle naprzeciwko. Arsene przyjrzał mu się dokładnie. Był wielce rad, że go widział.
- Gdzieś ty był, mój synu? - zapytał głosem ochrypniętym, takim, który od dawna był nieużywany.
- Długa historia, ojcze. Moje Łowieckie porachunki się przedłużyły. Skąd wiedziałeś, że tu będę?
- Podobno często tu nocujesz.
Zapadła nieprzyjemna, długa i niekomfortowa cisza, która wierciła dziurę w brzuchu Arsene'a.
- Widziałeś go?
Aha, a więc do tego prowadziła dyskusja, pomyślał Arsene.
- Oruśka? Tak, widziałem.
- I czy... czy on...
- Tak, jest z białowłosą czarownicą - Arsene odchylił się na krześle i przekrzywił głowę. - Możliwe, że za kilka dni będziesz dziadkiem, ojcze. I on się na prawdę cieszy. Żebyś ty widział, jak on ją broni, choć sam pewnie tego nie widzi.
- Dlaczego nie wbiłeś w niej strzały, wtedy, kiedy była taka możliwość?
- Powiedzmy, że... to coś innego, ojcze. Czy dobrego, czy złego... nie wiem. Na pewno pociągnie ich relacja i związek wszystko; Łowców, klany, magów... Łamie to naszą logikę i wierzenia. Nie zastrzelę ich, nie dlatego, że nie potrafię, dlatego, że nie chcę.
Pan Yoshida obdarzył syna spojrzeniem przerażającym i niebywale chłodnym.
- Zrobię to sam, w takim razie.
- A zatem pośpiesz się, tatusiu - Arsene syknął. - Odbierz synkowi sens jego nędznego żywotu. Zabije się, a kiedy będzie wiązał pętle, będzie non stop wypowiadał twoje imię, ojcze. W kółko, aż to słowo samo zaciśnie mu gardło.
Ojciec spojrzał na niego, jakby Arsene conajmniej miał problemy z głową i psychiką. Arsene? On? Przecież z nim wszystko było w porządku. Ha, ha. Co on tylko widział? Piekło, dzieła Łowców i kreatury od krasnali, bo słowiańskie stworza porównywane do chupacabry. On przecież był zdrowy psychicznie w stu procentach i świeżutki jak jabłuszko na placek.
- Nie patrz tak na mnie, ojcze. Lubię dramatyzować. Ja z kolei mam inne pytanie: czy znalazłeś dla mnie odpowiednią kandydatkę na żonę? - Arsene splótł dłonie ze sobą i przekrzywił głowę ponownie.
Arsene był duszą przepełnioną goryczą. Gdyby umarł teraz, trafiłby do Piekła tak, czy inaczej.

ajaj, powiało grozą i emo stylem :v Manon? 

ilość słów: 1069

27 mar 2019

Od Satoru c.d: Manon

Satoru był szczęśliwy, kiedy razem siedzieli wszyscy na kanapie. To była jego prawdziwa rodzina - świadomość, że nie jego dom, w którym się urodził jest jego domem, a miejsce, w którym mógł być z ludźmi, na których na prawdę mu zależy. Tą osobą nie tylko była Manon, teraz mógł do niej zaliczać się również malutki Henry - co prawda, wiercący się niecierpliwie w brzuchu białowłosej, ale żywy - zdrowy! Satoru już sobie wyobrażał, jak nauczy go jeździć na rowerze, jak pokaże mu cały Earthland i jak działają ogromne, podziwiane gildie. Uśmiech rozciągnął mu twarz, czuł się... spełniony. Mógł odetchnąć pełną piersią i uczucie błogości, bezpieczeństwa i szczęścia po prostu rozpływało się w jego ciele ciepłem. Do tego jeszcze jego wuj... Satoru wiedział, że cierpiący z powodu jego relacji z Cassiopeią, która przeleciała mężczyźnie przez palce, to i tak pełen wsparcia dla dwójki młodych ludzi. Chłopak wiedział, że jemu mógłby powierzyć opiekę nad własnym okiem - w zasadzie wuj opiekował się młodym Yoshidą, odkąd ten sięga pamięcią. Praktycznie od zawsze - wcześniej czyniła to jego matka, czasami starszy brat. A ojciec? Może nie wspominajmy o tym mężczyźnie w tak radosnej chwili, kiedy to wszyscy cieszyli się sobą i przeogromnym szczęściem pod postacią pierwszego kopnięcia! Takie okazje wszakże się świętuje i celebruje! Satoru mógł modlić się do bogów i dziękować każdemu z nich za takie rozwinięcie, prawda? Siedział teraz na jednej kanapie z kobietą, którą miłował, cenił i szanował, a w dodatku niedługo - już na prawdę niedługo, a będą mieli malutkiego członka rodziny, dziecko. Istotkę, która sprawi, że będzie można nazwać ich rodziną! Każdy chciałby, aby takie chwile trwały wiecznie, prawda? A poza tym, moi drodzy, spójrzcie, ileż oni razem przeżyli! Ile razy stali twarzą w twarz ze słodką Śmiercią, która już ujmowała ich za brodę, lecz byli w stanie ją przezwyciężyć! Dla siebie, czy dla drugiej osoby... to i tak wielki wyczyn! Ile łez wylali? Dużo, bardzo dużo - i jak na Łowcę, i jak na Czarnodziobą. A ile ich dzieliło? Matko święta, tego nawet nie jestem w stanie opisać! Nazwiska, rody, ISTOTY, które od wieków toczyły ze sobą zażarty bój. Inne poglądy, tak ich ograniczające, tak ich wiążące, że człowiek już po dwóch takich incydentach dawno by się poddał. A oni? Oni, cóż... oni czekali, oni pokonywali to wszystko - za cenę, owszem, za cenę, ale dla wyższego i szczytnego celu, za który można tylko podziwiać. O tak, to jest prawdziwa miłość, moi drodzy. Troska o życie drugiej osoby większa, niż o swoje. Tak mawiam nie tylko ja, ale i Kubuś Puchatek. Ach, oby ten ich stan, to ich szczęście... Oby trwało wiecznie. Tak też by chcieli, oboje, we dwoje.
Kiedy tak Satoru rozmyślał, kiedy próbował wciągnąć w rozmowę swego wuja, Cassiopeia zeszła po schodach, piekielnie blada. Mimo swych umiejętności aktorskich wyglądała na przerażoną i wcale tego nie ukrywała. Satoru od razu się zerwał, poruszył niespokojnie i doskoczył do Czarnodziobej.
- Gdzie jest Manon? - otworzył szeroko oczy i czuł, jak panika rozlewa się w jego sercu.
Kiedy czarownica uniosła na niego oczy, wszystkie kolory odpłynęły z jego twarzy.
xxx
Piekło to ciekawe miejsce. I o Piekle wiem stosunkowo wiele, jako opiekunka kilku zabłąkanych demonów i goszcząca ich na swych kolanach. Arsene nie uważał tak samo, nie cierpiał tego miejsca, nie cierpiał tu być. Poprzysiągł sobie, że zabije księdza Mefisto. Po tym, jak go kopnął i uwolnił się z jego uścisku, mężczyzna wyciągnął długie szpady zza pleców, a Yoshida miał do dyspozycji tylko jarzębinową laskę. Dobrze wiedział, że to "tylko", może się obrócić w "aż". Arsene bardzo dobrze władał bronią wszelkiego rodzaju dzięki treningom od najmłodszych lat. Wiedział, jak wykorzystać potencjał broni i jak użyć jej w walce z cięższym orężem. Czy Łowca wygrałby tę walkę? Nie wiem, nigdy nie przyszło mi to wiedzieć, ponieważ zaciętą walkę przerwał wielki książę Salomon (swoją drogą, wiedzieliście, że ten miał swój własny kult? Toż to niesamowite!). Był jak zwykle ubrany w skrojony garnitur, jak na eleganckiego demona (wcześniej anioła) przystało - wykrzywił ostre rysy twarzy w szerokim uśmiechu i błysnął zdrowym, bystrym okiem.
- Och, witam księdza - pomachał mężczyźnie, który opuścił klingi i zachował pokerowy wyraz twarzy. - Proszę się tu nie bić, krwi my tutaj nie tolerujemy - Salomon, zdawać by się mogło, straszny brutal, jak jakiś hipisowski działacz zabrał bez trudu szpady księdza i kij Arsene'a - o dziwo, ten nawet się nie skrzywił. - Odejdź, brudź gdzie indziej - rzucił do księdza i odwrócił się do Yoshidy z szerokim uśmiechem. - Witaj, piesku.
Ot tej chwili życie Arsene'a gwałtownie się zmieniło, och, to była istna dla niego katorga. Rano zawsze budził się w ogromnym łóżku z baldachimem, mimo że uparcie zasypiał na podłodze! Ubierały go służki-demonice, którym chłopak wyrywał się jak samemu czartowi. Szarpał się i miotał, mówił, że Bóg ich opuścił, co było ogromną prawdą. Służki chyba jednak brały to za jakąś grę przystojnego szatyna i, na litość boską, Łowcy, co było łakomym kąskiem. Z chichotem ganiały za Arsenem i prędzej, czy później dopadały Yoshidę i wciskały na niego obrzydliwie pyszne garnitury z Piekła rodem. Kraina rozpusty i przepychu. Istne Monte Carlo, lecz bardziej demoniczne. Później Arsene szedł na śniadanie, gdzie zagadywał go Salomon na temat Boga. Salomon to inteligentny demon, mówię wam - wolał wiedzieć coś o osobie, która zrzuciła go z Niebios i w jakiś sposób zyskać nad nią przewagę. Potem Arsene musiał tolerować obrzydliwe kreatury, które pozabijałby w pięć minut, a nawet pięć sekund. Większość z tych istot uśmiechała się do niego paskudnie i chichotały. Po obiedzie robił to samo, następnie jadł kolację. A po kolacji? O matko boska, wtedy to się prawdziwe piekło działo. Chciał być sam, uparcie barykadował drzwi i starał się zrobić własnoręcznie jakoś broń, a do jego drzwi dobijały się wściekle służki - te same, które każdego ranka jak natarczywe duchy zmieniały na nim ubrania, bawiąc się w stylistki. Wyłamywały w końcu drzwi i rzucały się na biednego Arsene'a. Chichotały, łaskotały go, rozrywały materiał ubrań, a na końcu całowały, gdzie chciały. Cholernie mu się to NIE podobało. Arsene nie raz próbował uciekać. I wiecie, jak to się kończyło? Ciągle tym samym, chrapliwym śmiechem Salomona. Stawał nad nim i kazał samemu Arsene'owi wstać. Następnie brał go pod rękę, co też nie przypadło do gustu Yoshidzie i opowiadał, jak to on od wieków jest samotny i szuka żony. Arsene nie słuchał go wtedy, dopóki nie zaczął mówić o jego bracie i tej wiedźmie, w której zakochał się po uszy. Arsene, jako starszy brat, czuł, że jego obowiązkiem było pozwolić żyć Oru tak, aby było mu dobrze. Zaciskał wtedy usta i obiecał sobie, że nic o nich nie powie. Zmieniał temat. Po prostu.
Pewnego dnia Arsene stracił wiarę w to, że ucieknie, nie walczył już tak zażarcie ze służkami i na ucztach siedział bez życia jak flak. Nie było pana Salomona, ta wiadomość rozbiegła się po jego ziemiach, jak błyskawica po niebie. Arsene opierał policzek na dłoni, kiedy nagle coś grzmotnęło, wrzasnęło i zatrzęsło całą ziemią. Otworzył szeroko oczy ze zdumienia.
- Wracasz do domu, Arsenie. 

aaay, jak ja współczuję naszym drogim kochasiom...

ilość słów: 1153

20 mar 2019

Od Satoru c.d: Manon

Czas mijał niesamowicie szybko. Od pamiętnego dnia, w którym to wuj Satoru dowiedział się o prawdziwej tożsamości swojej partnerki, minęło kilka miesięcy; konkretnie - sześć, może siedem. Cassiopeia Czarnodzioba opuściła dom Henry'ego Yoshidy, a ten nawet nie próbował jej zatrzymać. Satoru mógł tylko patrzeć, jak jego wuj chowa się ponownie w swojej skorupce. Chłopak stawał wtedy na rzęsach, nie tylko by poprawić samopoczucie mężczyzny, ale też i dla swojej Manon. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, ileż ona mogła zjeść! Satoru poniekąd to w końcu rozumiał - jadła za dwóch. Wiedźma zielarka przynosiła białowłosej steki krowie i bycze - wszystkie znikały w kilka dni, więc Satoru też pracował jako kurier z domu, do rzeźnika, z rzeźnika do domu. Przyznam, że taki wysiłek fizycznie dobrze mu służył! Troszczył się o... wszystkich, przebywających pod dachem lekarza. Uśmiechał się non stop, a gdy tylko usłyszał, jak Manon wypowiada jego imię, on już stał na baczności i leciał jej pomóc nawet, jeśli nie było takiej potrzeby. Codziennie kładł się spać obok niej w jego starym pokoju, gdzie niegdyś spędzał całe wakacje. Podziwiał każdego wieczora i rana to, jak brzuch jego ukochanej rośnie. Miał wrażenie, że każdej nocy pnie się do góry. W pewnym momencie, kiedy Manon nosiła jego koszule do snu, Satoru widział, jak materiał z większym trudem niż zwykle, opina sylwetkę białowłosej. Wtedy jego uśmiech był jeszcze szerszy. Będę ojcem, tak sobie myślał. I dopowiadał, że najlepszym. Mógł gładzić brzuch Manon godzinami, mógł szeptać do niej całymi wiekami z ustami przy jej skórze. Skórze pachnącej jego domem, jego życiem. Zasypiał jednak zazwyczaj jak postrzelony. No... może nie zawsze, ale po dniu uganiania się za białowłosą męczenie brało górę. Myślał sobie, że za dziesięć, a nawet dziewięć miesięcy wróci do Gildii - będzie mógł zacząć szkolenie od nowa, będzie mógł zarobić na lepszy dom i zapewnić Manon lepsze warunki. I wtedy też przychodziła inna myśl. Myśl oświadczyn czarownicy. Kochał ją, chciał spędzić z nią resztę życia, czy długą, czy krótką - nie dbał o to. I na mego Boga, spodziewali się dziecka - syna, według Cassiopeii silnego i zdrowego. Nie podlegało wątpliwości, że młody Yoshida pragnie to zrobić, lecz wciąż myślał nad odpowiednią chwilą, odpowiednim momentem. Nie zapomniał również o tym, że Arsene utknął w piekle i czekał na ich pomoc. Och nie, to zawsze gdzieś tkwiło mu z tyłu głowy.
Tego dnia Satoru wyciągnął wuja na świeże powietrze. Manon mu powiedziała, aby porozmawiali ze sobą, jak to mężczyzna z mężczyzną, a ona poczeka na wizytę Cassiopeii - kobieta, jak już wspomniałam, miała w zwyczaju odwiedzać Manon. Wciąż, bowiem, omijała Yoshidów szerokim łukiem, nawet Satoru. Chłopak przytaknął, jeśli tak radziła mu Manon, to tak będzie najlepiej, prawda? Ucałował swoją wiedźmę i jej brzuch, po czym, mimo tego, że pewnie wyszedł na wariata, powiedział z pełną powagą, aby, tutah cytuję, "Henry, masz być grzeczny". Wstał i po kilku minutach namawiania i dyskutowania z wujem, udało mu się go wyciągnąć z domu o dziewiątej rano. Udali się na wyścigi, które wuj chłopaka pokochał od ich samych początków. Świadczyły o postępach ludzi - w końcu nie były to zwykłe konie, a konie MECHANICZNE, panie i panowie. Te pojazdy w niczym nie przypominały Ferrari, czy dumnych Chevroletów tych czasów. To było coś zupełnie innego. Yoshidowie zasiedle z przodu, przy bramkach. Wuj chłopaka wydawał się być trochę bardziej zrelaksowany, warkot, przypominający krzyk, chyba go uspokajał. Było to na pewno coś głośnego, pojazdy huchały, warczały i wyły na starcie. Zdażały się kraksy, karambole. Raz jednemu kierowcy podpalił się silnik i musiał natychmiastowo opuścić pojazd. Każdy z nich poruszał się z prędkością dwustu (trochę mniej) kilometrów na godzinę, a to i tak dużo! Nikt z was raczej nigdy tak nie pędził w lichym samochodziku. Wuj Satoru był niezwykle poruszony, kiedy kierowcę z jego ulubionej drużyny potrącono, a ten wypadł z toru. Wyglądało to strasznie; jakby pojazd go pożerał, a dym zabierał w zaświaty. Kierowca, jednak, po chwili wyszedł z dymu, jak dumny bohater. Nie mógł kontynuować wyścigu, ale opuścił go z klasą i głową uniesioną wysoko do góry. Przez całą drogę powrotną dwaj Yoshidowie debatowali o tym, czy powinno też się zdyskwalifikować tego, co wjechał we wcześniej wspomnianego kierowcę, czy nie. To była dopiero zagadka! Pochłonęła ich doszczętnie - zabrała z tego świata i szli ramię w ramię, niczym ojciec i syn. Prawdziwy rodziciel chłopaka nigdy nie rozmawiałby z nim o samochodach. Wolałby prowadzić konwersację o... uciętych głowach, modlitwie i o tym, czy ma na oku jakąś damę z innego rodu Łowców. Oczywiście, jak wiemy, Satoru związał się z inną damą, damą rodu Czarnodziobych i to bardzo mu się podobało. Wrócili do domu, powitali Manon uśmiechami i gorączkowym streszczeniem wyścigu. "No i Swägz został zdyskwalifikowany", "Tak nie wolno, to niesprawiedliwe", "... I wtedy walnął w bandę", "Myślałem, że już po nim". Satoru potem zaczął się wypytywać, czy nic się nie stało i jak jego ukochana spędziła czas. Odparła mu, że chłopak nie ma się, czym martwić i wróciła na górę, choć trochę sprawiło jej to trudności. Wtem, niespodziewanie, wuj Satoru usadził go na kanapie i podał puszkę z napojem sodowym chłopakowi, jakby byl jeszcze małym dzieckiem. Wuj zapalił dyskretnie fajeczkę - starał się nie palić w towarzystwie Manon.
- No i co, Oru? Kiedy masz zamiar się oświadczyć? - zagaił jego wuj; był w nieziemsko dobrym humorze.
Satoru zastygł na chwilę, czyżny jego wuj posiadal jakiś szósty zmysł? Aż tak było wieać to po młodym Yoshodzie?
- Pytam się, synu, bo wiem, że prędzej, czy później to uczynisz - Henry dodał, zaciągając się fajką tak dosadnie, że prawie nastąpiła w jego płucach hiperwentylacja.
- Zastnawiałem się nad tym... - od rozwinięcia wypowiedzi powstrzymało go wołanie Manon.
Stała przy schodzi, trzymając się za brzuch i Satoru w dwóch susach znalazł się przy niej. Dobrze wiedział, że nawet wuj uniósł wzrok znad dziennika i fajki w dłoni. Młody Yoshida nie wiedział, co się dzieje, więc jak wrażliwiec lawirował pomiędzy pytaniami:
- Boże Manon, nic ci nie jest, co się stało, co cię boli?
Patrzył się w oczy Manon i na jej brzuch, a ta stała spokojnie i oddychała powolutku, nieśpiesznie. Satoru za wszelką cenę chcial również zachować spokój, lecz wychodziło mu to... fatalnie. W końcu białowłosa chwyciła jego dłoń i przyłożyła do brzucha, mówiąc, że ich syn żyje. Na początku Satoru nic nie czuł, trzymał dłoń na bezdechu, zbyt przejęty i zbyt podekscytowany, aby nawet myśleć o wentylacji swojego organizmu (bo po co to komu?). Jednak po chwili to poczuł. Ruch pod dłonią. Coś na kształ legendarnego kopania. Satoru zadrżał, nie mogąc uwierzyć w to, co teraz czuje, co się właśnie dzieje. Ich syn się ruszał, ich syn ż y ł. Miał ochotę tańczyć ze szczęścia i wyć do księżyca. Oczy szkliły mu się łzami radości, w końcu był bardzo emocjonalny. Przez cały ten czas odczuwania emocji tak pięknych i tak silnych, nie potrafił oderwać dłoni od brzucha Manon. Ona również nie zabierała swojej ręki i patrzyła na Satoru z tym samym, pełnym szczęścia i uciechy spojrzeniem. Ich syn żył. To była cudna i przepiękna chwila. Oparł czoło o czubek głowy Manon i z fascynacją patrzył na koszulę, opasającą brzuch Czarnodziobej.
Usłyszał błysk lampy błyskowej. Był to Henry, z fajką w ustach i właśnie wyciągał z niezwykle starego, ale jak na tamte czasy wartościowego, aparatu. Pomachał kilka razy zdjęciem w powietrzu i zapisał na dole, na pasku papieru datę, mówiąc:
- Na pamiątkę.
Bratanek posłał mu szeroki uśmiech. Był to rozradowany uśmiech syna, którego Henry nigdy nie miał.

musiałam walnąć to z fotografią. to takie piękne. Manon?

ilość słów: 1225

Od Satoru c.d: Manon

Nasz Yoshida nie spodziewał się, jak zareaguje jego ukochana. Nawet nie wiedział, czy w tym momencie powiedział mniej więcej wszystko, co chciał. Właściwie to słowa popłynęły same z jego ust, jakby jacyś bogowie już dawno temu, przy jegi poczęciu powiedzieli sobie tak: "Oho, Yoshida Satoru w pewnym momencie swojego życia m u s i po prostu wypowiedzieć te słowa". Patrzył się przez chwilę w złote oczy Manon, z których mógł wyczytać tak wiele, po czym spuścił swój wzrok na łagodne krągłości jej brzucha. Cholernie bał się, że w tym momencie białowłosa wyjdzie, wyrwie nadgarstek z jego dłoni i już więcej tu nie wróci. Nawet ja nie zdaję sobie z tego sprawy, jak wspaniałym uczuciem dla Satoru mogłoby być czyste wzruszenie swojej wybranki; jej oczy zaszkliły się od łez - zalśniły, odbijając blask wieczorowych lamp, po czym rzuciła się na niego tak szybko, że myślał, że się przewróci. Nogi mu się zatrzęsły; Manon z nim zostawała, prawda? Nie wyjdzie? Kiedy jednak czarownica nie puszczała bruneta, ten otoczył ją swoim ramieniem i przyciągnął jeszcze bardziej do siebie. W tym momencie zdał sobie sprawę, że jest jeszcze szczęśliwszy, niż zwykle. Pochylił głowę do Manon i przytknął nos do jej białych włosów, wdychając jej zapach; zapach, który dla niego oznaczał dom. Słuchał, jak czarownica mówi mu, że potworny z jego idiota, na co Satoru odpowiedział tylko szerokim uśmiechem - teraz mógł tylko się uśmiechać. Tak powinno być, do końca, do ich ostatnich dni! No i, jakby nie zwracać uwagi na to, że powtarzał to tysiące razy, będzie ojcem, na litość boską. Powinien się cieszyć! I się cieszył! Cieszył się, że Manon do niego wróciła, że znowu mógł patrzeć jej w oczy, że znów mógł jej dotknąć, mógł z nią rozmawiać choćby i o pogodzie! Wróciła do niego, prawda? Mógł kłaść się codziennie obok niej, mógł pokazać, jak ją kocha, a rano ponownie ją ujrzeć. Ta chwila była wspaniała. Kątem oka Yoshida ujrzał swego wuja; patrzył się na nich, trzymając fajkę w dłoni i uśniechnął się lekko. Satoru znał ten uśmiech - towarzyszył wujowi za każdym razem, kiedy był z kogoś lub z czegoś dumny. I szczęśliwy. Zdawałoby się, że właśnie aprobuje jednym uśniechem całą miłość dwójki! Możnaby rzec, że mówił tak: "Jestem dumny z tego, że potraficie się kochać". Takie ciche słowa zwruszyły Satoru. W końcu wuj wychowywał go tak, jakby był jego synem - każde poparcie z jego strony szczyciło naszego Yoshidę. Odwzajemnił uśmiech wuja, chciał mu podziękować za całe wsparcie i za wszystkie słowa, ale bał się, że jeśli wypuści Manon, to czarownica zniknie.
Wtem, wszyscy usłyszeli ciche skrzypienie gałki w drzwiach do salonu łączonego z kuchnią. Drzwi uchylały się niemiłosiernie wolno, aby ukazać im wszystkim postać najstarszej z wiedźm - już znacznie mniej bladą, lecz grube bandaże sugerowały, że powinna leżeć, a nie chodzić. Satoru wiedział, kim była ta kobieta, była to Cassiopeia, z którą niegdyś, w latach młodości, jego wuj miał romans. Czarownica blado uśmiechnęła się do Manon, do nich, po czym jej wzrok pomaszerował wprost na wuja. Ten już siedział z wysoko uniesioną głową i jego oczy lśniły od emocji, kiedy patrzył na kobietę. Satoru nie śmiał się poruszyć, wiedział, jak ważne to musialo być dla jego wuja, skoro ON nie wiedział, co ma powiedzieć, co z siebie wykrztusić. Patrzył się na kobietę z niedowierzaniem - to naprawdę była ona, jego młodzieńcza miłość. Uratował ją, widział ją ponownie, choć dawno pogodził się z tym, że więcej jej nie zobaczy. Policzki wuja oblały się czerwienią, co zapewne wynikało z ogromu uczuć oraz wrażeń. Klatka piersiowa mężczyzny opadała się i unosiła. Z szurnięciem odsunął krzesło, choć nawet nie wiedział, po co, i wstał. Cassiopeia nic się prawie nie zmieniła, stwierdził wuj. Ciągle patrzyła się na ten cały świat bystrymi, żółtymi oczami. Co prawda, jej włosy przecinały pasa siwizny, nadalny wydawały się być tak samo niebiańsko zdrowe i miękkie. Wyrazem twarzy, swą postawą przypominała jednak wujowi tę samą, młodą dziewczyną, którą spotkał, kiedy wychodził z uniwersytetu. Zaczepiła go, pytając się, czy mają tu jakiegoś "ludzkiego zielarza". Henry już wtedy, jako młody, wysoki, może trochę żylasty chłopak, był silnie uzależniony od nikotyny. Popatrzył się na dziewczynę tak zaskoczonym spojrzeniem, że oczy prawie wypadły mu z orbit. Powiedział, że zna jednego i zaprowadził nieznajomą do warsztatu zielarza, lecz ta rzekła, że przyjdzie tu później i tak też obeszli miasto dwa razy. Nie skończyło się tylko na tym! Na Boga, nie! Codziennie ze sobą spacerowali, dyskutując o alternatywach medycyny, które Henry Yoshida niegdyś wyśmiewał. "Przyłożenie liścia babki to rozwalonego łuku brwiowego nic nie da. Musisz go zszyć nicią". Tak kiedyś powiedział Cassiopeii.
Wiele godzin spędzili ze sobą, nie raz też dziewczyna bywała w jego kawalerce. A cóż tam robili? Nie wiem, niech to pozostanie ich słodką tajemnicą. Jak wiecie, Henry niegdyś miał na nazwidko Yoshida, lecz zmienił je od razu po wstąpieniu na studia. Chciał być normalnym studentem, a nie ochłapem słynnrj rodziny Łówców. Niegdyś jego brat, ojciec Satory, zapytał go, dlaczego Henry chce być lekarzem. Odpowiedź była banalnie prosta - wuj chciał ratować ludzi. Ten też szczytny cel rozłączył ścieżki jego, jak i pięknej Cassiopeii. A ona była iście piękna, każdy się na nią patrzył na ulicy! Na uniwersytecie rozmawiano tylko o wysokim studencie i czarnowłosej, wtedy wręcz, seksbombie. Henry z żalem powiedział swej partnerce, że medycyna to niebyle wyzwanie i musi oddać się w stu procentach tej nauce. Było to jedno z najgorszych pożegnań, lecz czarnowłosa skinęła mu spokojnie głową, jakby od początku była gotowa na taki obrót sytuacji. A więc tak też się rozeszli. Henry nie raz tego żałował, lecz zbyt zajęty był sięganiem po trofea, stypendia i pochwały lokalnych chirurgów. Przyszła pora, kiedy dowiedział się o tym, że jego brat wychodzi za uroczą Agnorę Jakąśtam. Henry był zaskoczony faktem, gdy dowiedział się, że będą mieli syna. Arsene urodził się osiem miesięcy później. Trzy lata po nim Satoru. To nie było tak, że Henry kochał bardziej młodszego z rodzeństwa, ale łączyło go z nim znacznie więcej. Od początku wydawał się być inny i zawsze w jego spojrzeniu czaiła się jakaś nadnaturalna iskierka. To prenie był zarodek magii, w końcu Henry dowiedział się, że chłopak opuszcza swoją rodzinę i wyjeżdża do Gildii Blue Pegasus. Oczywiście, że nie w warunkach pokojowych. Rozmawiał z ojcem chłopaka, ale ten z rozdrażnieniem odpowiadał, że się zawiódł na swyn synu i nie chce go znać. A potem, siedem lat później Satoru przyszedł do niego, nosząc białowłosą dziewczynę. Tą dziewczyną była teraz Manon, którą chłopak zdawał się kochać nad własne życie.
Ta masa wspomnień uderzyła w lekarza i zachwiał się, kiedy się prostował. Spojrzał na Cassiopeię i nie wiedząc, co rzec, wykrztusił:
- Powinnaś leżeć w łóżku, Cass. Jeszcze rana się otworzy, a słowo daję, wtedy dostanę już zawału.

ach, jak ja lubię henry'ego i cassiopeię

ilość słów: 1110

19 mar 2019

Od Satoru c.d Manon

Pewnie nie zdajecie sobie sprawy z tego, jak przepięknym uczuciem była ulga po uratowaniu człowieka czy innej istoty. Nie tylko towarzyszyło temu wielka radość, ale coś na rodzaju cudnego okresu haju, kiedy lekarz był święcie przekonany, że potrafi dokonać wszystkiego. Jest to bardzo specyficzna emocja, ciężko ją opisać, jeśli kiedykolwiek się jej nie doznało, a w mym krótkim życiu nie miałam szansy ów uczucia zaznać (moja matka zapewne jest ze mnie dumna). Wracając do naszego bohatera, Satoru, ten właśnie stał z wujem nad zlewem i starannie ścierał ze swoich palców resztki krwi, które przebiły się przez rękawice medyczne i wciskały się pod paznokciem. Szorował dłonie z takim zapałem, jakby właśnie przebiegał maraton, przy czym myślał strasznie dużo nie tylko na temat uratowanej Czarnodziobej, co było cudem, ale też o Manon i o dziecku. Matko, jak on już chciał ją zobaczyć, nie w sposób taki, jak przed drzwiami, gdzie musiał tłumić wszelkie emocje, bo liczyła się każda sekunda, którą tam przestali. Chciał z nią porozmawiać, był spragniony wszelakiego kontaktu z białowłosą i, na litość boską, w końcu w jej brzuchu rozwijał się ich syn! W końcu udało się chłopakowi zdrapać całą krew i ruszył szybko się przebrać, wręcz pobiegł, jak na skrzydłach. Wykąpał się, tak jak wcześniej zaproponował mu wuj i gdyby nie myśli nękające naszego bohatera, siedział by tam tylko dwie minutki, a w rzeczywistości przesiedział tam dobre dwadzieścia minut. Przebrał się w najzwyklejszą koszulę i zbiegł na dół. Wiedział, że Manon go unikała, uwierzcie mi, że w takim domu nieciężko się tego domyśleć. Było mu z tego powodu przykro, bo zdawał sobie sprawę, że białowłosa wini za siebie wszystko i uważa się za omen nieszczęścia w jego oczach. Młody Yoshida chciał z nią porozmawiać, ale dobrze wiedział, jak to jest, jak ktoś się narzuca, więc po prostu siedział w salonie na dole. Czekał, czekał, jak każdego, piekielnego dnia i każdej nocy. Czekał na swoją ukochaną z nie mniejszą nadzieją. Ona zejdzie, zdawała się mówić jego postawa. Tuż za nim pół drzemał jego wuj na stole. Dobrze wiedział, jak Henry był niesamowicie spokojny, jak usatysfakcjonowany tym, czego udało im się dokonać. Był zapewne w niebiańskim nastroju, papieros (niezapalony), wciąż tkwił pomiędzy jego środkowym a wskazującym palcem. Zdawać by się mogło, że obserwuje swojego bratanka spod przymkniętych powiek. Satoru wrócił wzrokiem na schody, jakby czekał na Manon i ujrzał ją. Schodziła po schodach. Na jej twarzy widział malujące się emocje, lecz przede wszystkim niepewność i bolesne w oczach Yoshidy poczucie winy. Jej żółte oczy świeciły się nie tylko od lamp, ale też ze zmęczenia, a białe włosy spływały luźno po jej ramionach. Mimo tego, że unikała wzroku chłopaka, ten już miał zamiar się zerwać, by uścisnąć Manon, lecz jej kuzynka powstrzymała go ciężkim spojrzeniem. Chłopak zacisnął zęby i usiadł ponownie na fotelu. Starał się usadowić wygodnie, nie podwijać nóg, nie wiercić się - przypominał sobie wszystkie uwagi swojej matki do tego, jak siedzi, lecz nie potrafił siedzieć spokojnie. Obserwował, jak dwie czarownice sadowią się na sofie, przed Satoru. Białowłosa patrzyła się niby w jego stronę, lecz na pewno nie na niego. Satoru ponownie się wiercił w fotelu, ale też czuł pewien luz i swobodę przy obecności dziewczyny. Dziwacznie mi opisać te dwie tak ze sobą sprzeczne emocje w jednym ciele i w jednej chwili.
- Nie jesteś mi nic winny, Yoshida Satoru - w końcu białowłosa się odezwała. Na dźwięk tak potwornie oficjalnie wymówienia jego imienia, mag aż drgnął niespokojne, a serce ścisnęło mu się niebezpiecznie. Patrzył na Manon szeroko otwartymi oczami, patrzył na nią, jakby mówił, aby przestała się obwiniać, aby spojrzała prosto na niego i mówiła do niego z taką samą swobodą jak jeszcze niedawno. - Wiem, że go nie chcesz, ale chciałabym tylko zakomunikować, że chciałabym nazwać go Henry - kontynuowała czarownica, na co moc uczuć uderzyła do głowy młodego Yoshidy. Manon uważała, że on nie chciał ich przyszłego dziecka, że nie chciał j e j. Zerwał głowę do góry w tym samym momencie, co jego wuj - właśnie Henry. Oboje spojrzeli na białowłosą, oboje z dziwaczną mieszaniną wzruszenia i niepokoju w oczach. Nie muszę chyba wspominać, jak wuj był wzruszony, a jak Satoru zaskoczony - i to pozytywnie. Można by pomyśleć, że w tym momencie mógł być on jeszcze bardziej poruszony, niż jego krewny. - Chciałabym, aby był tak dobry, jak ty - dodała Czarnodzioba do jeszcze zbyt zadziwionych mężczyzn, aby w ogóle mogli wykrztusić z siebie zdanie, które miałoby sens i gramatyczny ład oraz skład. Satoru tym bardziej nie wiedział, co ma powiedzieć. Manon się z nim autentycznie ż e g n a ł a. Uważała, była święcie przekonana, że młody Yoshida jej tu nie chce!
W tym przekonaniu upewnił się brunet jeszcze bardziej, kiedy białowłosa wstała i bliska łez ruszyła w stronę drzwi. Satoru złapał ją za nadgarstek. Nie miał zamiaru pozwolić jej wyjść, na pewno nie przed tym, aż nie powie wszystkiego, co myślał prosto do niej, patrząc wprost na nią. Manon odwróciła się w jego stronę i po raz pierwszy od tak niemiłosiernie długiego okresu czasu spojrzała mu w oczy - wreszcie, na boskie szczęście, w końcu spojrzała na niego - prosto na niego! Satoru tak bardzo tego pragnął, tak bardzo chciał, aby dziewczyna na niego w końcu spojrzała. I to zrobiła. Satoru, nim zaczął mówić, nim potok słów i wyznań pełnych emocji, i tych może bardziej bliższych goryczy, i tych tak pełnych intymności ludzi nie zakochanych, ale kochających się, potarł nadgarstek Manon kciukiem, patrząc się na jej brzuch. To tam właśnie rozwijało się ich dziecko, ich syn. Cudo, na które czekał tyle cholernych dni! Nim przeszedł do swego monologu, palnął:
- Czy mogę dotknąć?
Po chwili zdał sobie sprawę z tego, jak idiotycznie musiało to brzmieć, bo poczerwieniał cały na policzkach i spuścił wzrok na chwilę na podłogę. Lecz w tej sytuacji idiotyzmu zarzucić mu nie mogę, no bo, powiedzmy sobie jedno, myślę, że każdy chciałby położyć dłoń tuż nad rozwijającym się skarbem i owocem miłości. Myślał, że Manon się nie zgodzi albo zinterpretuje to jako wyproszenie z domu, ale ta skinęła głową - trochę niepewnie i wolno. Satoru nie obchodziło go to, czy byli obserwowani, czy nie i po prostu przyłożył dłoń do może niezbyt wielkiego brzucha białowłosej, ale i tak już takiego, aby zdradzić ciążę. Nie potrafię opisać fascynacji młodego Yoshidy tym zjawiskiem. Był święcie przekonany, że czuł bicie serca małej istotki, że czuł jak się rusza, choć fizycznie było to niemożliwe.
- Manon - powiedział głosem pewnym, łagodnym i pełnym miłości - często cię przepraszam i chciałbym cię przeprosić za to, że nie mogłem przy tobie być. Uwierz mi, że chciałem być przy tobie. Cały ten czas! Jednak nie miałem możliwości... A szukałem każdego możliwego sposobu, aby do ciebie dostrzegł - na chwilę przestał mówić, czując jak musi wziąć za wodze wszystkie swoje emocje. - Nie chciałem, abyś uznała, że cię winię za to. I nie winię, Manon, nigdy w życiu. Tak bardzo cię przepraszam, że się winisz, bo to nie jest twoja wina! - przez ten cały czas nie spuszczał dłoni z jej brzucha i patrzył się prosto w jej oczy: te piękne, złoto-żółte oczy, jakże cudne, w które mógłby się wpatrywać codziennie. - Nie mów też, że nie chcę tego dziecka, proszę. Kiedy się mnie o to zapytałaś nie byłem jeszcze gotowy, byłem niedojrzały i miękki, ale teraz jest inaczej. Manon, ja chcę, abyś została, abyśmy mogli razem żyć i razem będziemy wychowywać naszego syna - jakże dumnie brzmiało to, co właśnie powiedział nasz młody Yoshida; ujęłabym, że po prostu jego uśmiech mówił wszystko. - Wiem, że nie mówię może tego często, bo nie cierpię szastać wielkimi słowami (i tutaj Satoru nie miał na myśli urazić swej ukochanej, czy pokazywać, że tak mało mówił jej, co do niej czuje, ale powiedzmy sobie szczerze - wyznania o miłości, rzucane na prawo i lewo, tracą na znaczeniu), ale kocham cię nad życie. Kocham cię bardziej, niż mógłbym sobie wyobrazić, nigdy za mocno, nigdy nie jest za mocno. I pozwól mi pokazać, że kocham również i dziecko, które nosisz. Proszę. - uśmiechnął się lekko, był to uśmiech pełen nadziei, pełen czułości, przeznaczony tylko dla Manon i niebawem może też dla ich dziecka. O ile los pozwoli. I oby pozwolił.

oby Ci się podobało! kocham <3 Manon?

ilość słów: 1359

15 mar 2019

Od Satoru c.d: Manon

Satoru i Henry Yoshidowie, niegdyś potencjalne zarodki na Łowców, lecz teraz raczej ich "zdrajcy" nie spodziewali się gości jako takich. Nie oczekiwali powrotu ojca chłopaka, przyjaciół z miasta, czy sąsiadów na wieczorną herbatkę i ciasteczko. Rozmawiali o wszystkim, grając w jedną z prostszych gier karcianych (Henry, rzecz jasna, trzymając jeszcze niezapalonego papierosa w ustach). Wuj na początku rzekł, że ten gra w karty, co ma łeb obdarty, ale później sam ochoczo rozdawał karty do szybkiej rundy w wojnę. Sięgnął po zapalniczkę, a Satoru już parodialnie zacisnął sobie palcami nos, aby nie czuć aż tak bardzo tego smrodu. Już młody Yoshida miał powiedzieć, aby wuj rozważył rzucenie palenia, bo płuca długo mu nie pociągną, kiedy rozległo się energiczne, trochę pośpieszne pukanie do ich drzwi. Satoru od razu zerwał się z krzesła i jak na skrzydłach pomknął do klamki - on się wręcz na nią rzucił. Czyżby to była Manon? Wróciła? W końcu, ale czy na długo? A co jak to nie ona? Bez zbędnych rozważań i bez zastanowień po prostu otworzył drzwi, prawie wyrywając je z zawiasów. Zastygł w miejscu - pod drzwiami stały trzy Czarnodziobe; to znaczy, stały dwie, jedna, najstarsza z nich, była przez nie obie podpierana. Miała okropną ranę przecinającą całą jej pierś. Ktoś próbował je zaatakować. Jego spojrzenie od razu przeskoczyło na białowłosą, jego umiłowaną białowłosą i jej brzuch... zaokrąglony. Satoru myślał, że wszystkie emocje zaraz w nim eksplodują - widział to teraz dokładnie, Manon była w ciąży z ich dzieckiem. Chciał ją uściskać, nie wypuszczać z objęć i podziwiać jej brzuch, może niezbyt wielki, ale już coś znaczący. Satoru jednak nie uszło to, jak jego ukochana unika jego wzroku, wszelakiego z nim kontaktu i to właśnie tak bardzo ścisnęło mu serce w klatce piersiowej. Nie jestem w stanie opisać, jak wiele w tym momencie czuł Satoru - jak wiele emocji teraz przebiegło przez jego twarz i mózg! Po prostu stał tam i się patrzył... Nie ruszyłby się, gdyby nie jego wuj, który zaniepokojony bezruchem swojego siostrzeńca podszedł do drzwi. Przesunął wzrokiem po czarownicach i zatrzymał spojrzenie na rannej, poturbowanej potwornie! Satoru mógł przysiąc na swoją głowę, że jeszcze nigdy nie widział swego wuja, który właśnie przeżywa oraz odczuwa tak wiele. Wypadł mu świeży papieros z ust i wyciągnął ręce przed siebie. Młody Yoshida już wiedział, kim była kobieta, w której zakochał się wuj Henry. Również była to Czarnodzioba. Mężczyźnie pociekła jedna łza po policzku, symbol wszystkiego, co pamiętał z czasów, kiedy kochał tę kobietę i zaprzepaściła to wszystko jego wymarzona ścieżka, zgubna ambicja.
- Matko najświętsza - wuj wychrypiał, wpuszczając kobiety do środka. - Satoru, idź do trójki, przygotuj krew do transfuzji. Każdą, jaką mamy - Henry zrobił nacisk na słowo "każdą". Satoru nawet nie śmiał się sprzeciwić. Obdarzył swoją lubą, Manon, krótkim spojrzeniem, ale jakże pełnym uczuć, po czym pobiegł do "trójki".
Owa "trójka" była salą operacyjną, największą i najlepiej wyposażoną, jaką posiadał wuj w swej przychodni. Młody Yoshida słyszał wszystko, kiedy kuzynka Manon relacjonowała wszystko, co się wydarzyło, co je spotkało. Satoru przejął się nie na żarty, kiedy usłyszał w złagodzonej wersji, co babka Manon próbowała zrobić białowłosej i jeszcze nienarodzonemu dziecku. Oru miał ochotę wyskoczyć tam, porozmawiać z Manon - wesprzeć ją, ale miał zadanie do wykonania, które mogło uratować kobietę miłowaną przez jego wuja. Oczywistym był fakt, że straciła dużo krwi, że życie z niej powoli uciekało. Satoru kończył segregować krew po grupach, kiedy jego wuj wbiegł do środka z ranną na ramionach i kładł ją na stole operacyjnym.
- Zero, Oru, zero - usłyszał chłopak.
Młody mag, zgodnie za wskazówką wuja, zostawił tylko opakowania z krwią grupy zero. Nie raz asystowal swojemu wujowi podczas operacji, nie raz widział tyle krwi, ale pierwszy raz asystował przy osobie, która po prostu nie może odejść. Z pomocą Henry'ego, Satoru podłączył kobietę do wszelakich monitorków, ekranów i bajerów, które mierzyły pracę serca oraz stan pacjenta. Serce Czarnodziobej nadal biło - była nieprzytomna, ale niebywale uparta, skoro w tle ciągle pikał jej puls. Mężczyźni założyli rękawice i maski, nakazawszy Manon i Asterin wyjść. Obaj musieli się skoncentrować, odłożyć uczucia i roztrzęsienie na bok, a skupić się na ratowaniu życia. Satoru przymocował rurkę prowadzącą do woreczka z krwią do wbitej w żyłę wąską iglę przy dłoni czarownicy. Naciskał pompę z krwią raz po raz, a wuj rozcinał ubranie kobiety. Satoru podziwiał mężczyznę za jego opanowanie, profesjonalizm i zero zawahania, każdy ruch był precyzyjny. Nawet nie skrzywił się, kiedy zobaczył głębokie i poszarpane rany wzdłuż prawej piersi przebiegające prawie do pępka. To był cios przeznaczony dla Manon - mial wyrwać z niej dziecko, uświadomił sobie przerażony Satoru, a wówczas kobieta, Cassiopeia, skończyła z bebechami na wierzchu, lekko ujmując.
- Pompuj dalej aż się nie ustabilizuje - nakazał mu wuj.
Była to praca na pewno wymagająca umiejętności i wprawy. Wuj co chwila wymieniał gazę, co chwila sięgał po inne nożyce, inny sprzęt, aż w końcu dał sygnał, aby jego wnuk przestał pompować. Sprawa "bebechów" na wierzchu została prawie opanowana, kiedy nagle urządzenie odpowiadające za pomiar bicia serca, zaskrzeczało przeraźliwie. Była to najstraszniejsza chwila podczas tej operacji, potworna - i Oru, i Henry uwijali się jak mrówki, nie raz pchały im się łzy do oczu, ale na to nie było miejsca - oj nie, nie tutaj.
Koniec końców, równo dwie godziny i trzydzieści trzy minuty później Henry Tygellius wzniósł ręce do nieba i opadł na kolana. Pomiar pikał miarowo, wszystko było spokojne. Lekarz złapal się zlewu i zdjął maskę oraz rękawice. To samo uczynił Satoru. Udało im się, uratowali Czarnodziobą. Henry objął swego bratanka i zaszlochał raz z ulgi. Musieli obwieścić dobrą nowinę. Wyszli z sali, mimo zakrwawionych ubrań i nie kryjąc uśniechów przystanęli przed obiema kobietami. Satoru patrzył się na Manon, wydawała mu się być jeszcze piękniejsza niż zwykle, kiedy dobra nowina roziskrzyła jej oczy i wymalowała cudny uśmiech na oczach białowłosej. Wyglądała, jakby kamień spadł jej z serca, jakby jej dusza została zbawiona.
- Uratowaliśmy Cassiopeię Czarnodziobą - obwieścił doniosłym tonem wuj Satoru i mimo zmęczenia oraz wspólnie przeżytych emocji, uśmiechnęli się oboje do siebie, a potem do wiedźm, jakby wyczekiwali na moment, aż i te przyjmą spokojnie do wiadomości, że stan czarownicy jest już stabilny oraz opanowany.

mam nadzieję, że tego nie popsułam XD Manon?

ilość słów: 1010

14 mar 2019

Od Satoru c.d: Manon

Podczas tych dni, kiedy Manon przebywała w obozie Czarnodziobych, Satoru zawsze siedział jak na szpilkach, wyczekując wizyty kuzynki białowłosej, która przynosiła mu wieści nie tylko o jego ukochanej, ale też o dziecku, które rozwijało się każdego dnia. Przyznam, że młody Yoshida cierpiał, że nie może być obok Manon, nie mógł patrzeć, jak jej brzuch rośnie i po prostu nie mógł obok niej oddychać, a siedział bezczynnie na czterech literach i czekał na te rozpaczliwie krótkie "raporty" przynoszone przez Asterin. Satoru przez te dni, uwierzcie mi lub nie, dorósł mentalnie do tego, by zaakceptować fakt, że będzie ojcem, co tylko wzmogło jego smutek, że nie może być przy Manon. Nie chciał niczego przegapić! Raz, kiedy siedział w kuchni, przyłapał się na tym, że myśli - A co jak dziecko zacznie kopać? I on nie będzie mógł tego poczuć? I nie poczuje! Przegapi to, przepłynie to przez jego palce. Postanowił już więcej nie układać takich czarno-białych scenariuszy, które tylko przyprawiają o migrenę i słabe samopoczucie. Więc tak też przebywał w domu, rozmawiał ze swym wujem i wysłuchiwał jego długich wykładów na temat... rodzicielstwa. Zdawać by się mogło, że Henry Tygellius aka Yoshida nie zna się na opiece nad dzieckiem, lecz tutaj się okazuje, że miał w tym nie-lada wprawę. W końcu wychował Satoru, w końcu to chłopak był, kim jest tylko i wyłącznie za zasługą swego wuja. Tak, tak, moi kochani, starszy pan Yoshida, potworny Łowca, bardzo często zbywał młodszego syna i wysyłał tutaj, do swojego brata, który zdradził rodzinę na rzecz marzeń i medycyny. Moim zdaniem i zdaniem Satoru nie była to zdrada, ale za to wielka odwaga, która pozwalała realizować marzenia mężczyzny.
Henry brał również aktywnie udział w rozmowach, kiedy przybywała do nich Asterin, wcześniej wspomniana kuzynka Manon. Wspierał swego bratanka całym sercem i aż łza kręciła mu się w oku, a uśmiech błąkał na twarzy, kiedy młody Yoshida wypytywał się o wszystko, dosłownie o najmniejszy szczegół stanu Manon i ich dziecka. A gdy chłopak słyszał, że jego syn, jak i przyszła matka, mają się dobrze, są zdrowi i silni, Satoru promieniał dumą, szczęściem i tym wspaniałym stanem spokoju - ulotnego w tych chwilach, kiedy później Asterin znikała i nikt już nie mógł mu żadnych informacji udzielić. Wuj nie raz zastanawiał się, jak może poprawić chłopakowi humor, nie raz rozmawiał na stronie z czarnowłosą, pytając się, czy aby na pewno Satoru nie może spotkać się z Manon. Odpowiedź zawsze była ta sama: nie może do nich przyjść. Było to kategoryczne "Nie", takie, które nie raz trzeba powiedzieć. Henry zwykle wtedy ciężko wzdychał, cóż za pogmatwana historia. Mimo tego, mimo wszelakich przeszkód, rozmawiał z młodym Yoshidą, który z dnia na dzień robił się... szczęśliwszy. W końcu, jak on to mówi z tą swoją dziecięcą fascynacją i dumą: Będzie ojcem.
Pewnego wieczora, kiedy Henry skończył operować poturbowaną przez wóz kobietę, wrócił do części mieszkaniowej wielkiej kamienicy, obmył ręce, zdjął swój fartuch i wyczyścił wszystko tak bardzo, że w kuchni śmierdziało chemią i charakterystycznie pachniały środkami odkażającymi. Satoru czekał już na niego przy stole z wyciągniętą dla wuja puszką pełną ulubionego piwa mężczyzny i paczką jego ukochanych papierosów.
- Nic się nie zmieniasz, Oruś. Na pewno nie pod względem drobnych czynów - wuj westchnął z uśmiechem i zmęczony usiadł na krześle, tak opierając na nim ciężar, że zatrzeszczało niebezpiecznie, ale dzielnie znosiło swoje trudy.
Mężczyzna otworzył puszkę piwa - nowy wynalazek, który od razu zasłynął i skradł serca klientów. Każdy teraz chciał pić z puszek wszystko - nawet wodę. Lekarz wyciągnął również papierosa z paczki i zapalił go, obserwując uważnie swojego bratanka, którego kochał, jak... syna. Wiedział doskonale, że Yoshida nie cierpi smrodu papierosów, ale ten tylko siedział na swoim umiłowanym stołku i pałaszował ze smakiem kiełbaski z patelni. Wuj się zastanawiał, o czym chłopak myśli, bo spojrzenie zamyślone miał. Zapewne myślał o Manon i o ich dziecku, odpowiedział sobie w myślach Henry, lekko unosząc kąciki ust do góry. Miał nadzieję, że niedługo zobaczy uśmiechniętą twarz białowłosej, którą tak bardzo polubił. Przy niej jego bratanek jaśniał cały, po prostu żył, co wydawało się wprost magiczne i niesamowite.
- Opowiadałem ci kiedyś jak... się zakochałem? - zaczął nagle wuj Satoru, zawieszając ruch ręką z papierosem. Na kręcenie głową chłopaka Henry odpowiedział szerokim uśmiechem. - Myślę, że ta historia warta jest tego, abyś ją znał, Oru. Kiedy byłem mniej więcej w twoim wieku poznałem przepiękną kobietę. Była trochę inna, miała najczarniejsze włosy, jakie kiedykolwiek widziałem i cudne, mocno piwne... może trochę złote oczy - wuj zaciągnął się dymem z papierosa i wypuścił go po chwili przez usta. - Zakochałem się w niej na zabój, nazywała się Cassiopeia i faktycznie mogła się wydawać, jakby była z innej galaktyki. To mnie właśnie w niej fascynowało. Nie myślała przyziemnie, nie wegetowała jak ci wszyscy ludzie wokół, a żyła i żyła normalnie, niczego nie komplikując. To ja wszystko komplikowałem - mężczyzna westchnął i przeczesał palcami włosy już trochę poprzecinane siwizną, lecz nadal z tym samym, jasnym połyskiem charakterystycznym dla rodu Yoshidy. - Chciałem zostać lekarzem, medycyna mnie fascynowała i chciałem pomagać ludziom możliwie jak najbardziej się da. Niestety, moja wybranka serca nie mogła wtedy zostać przy mnie dłużej. Powiedziała, że nie może mi już dalej towarzyszyć, nasze ścieżki się rozeszły, Oru. Nikogo już nie pokochałem w ten sam sposób, nie byłem najzwyczajniej w stanie - mężczyzna na chwilę zapatrzył się w ścianę, uśmiechnął się i westchnął ponownie, trochę czerwony na twarzy, jakby właśnie przypomniał sobie jakieś swoje młodzieńcze sprośne zachowania. - Chciałem ci powiedzieć, synu, że nasze relacje i z kim się wiążemy są naszą odpowiedzialnością. Na zaprzepaść tego, co łączy cię z Manon. Obiecaj mi to.
- Nigdy nie miałem zamiaru tego zaprzepaścić, wuju - Satoru posłał mężczyźnie szeroki uśmiech.
Mężczyzna zaśmiał się, tak swobodnie i tak nagle, że prawie wypadł mu papieros z ust. Złapał go w powietrzu, na szczęście się nie parząc, co przyjęło się z głośnym, niezwykle dziwacznym chichotem mężczyzn - dwóch Yoshidów śmiejących się jak młode dzieci i to właściwie z niczego - czyż to nie idiotyczne? Och, nie, kochani, to nie było idiotyczne. Nagle wuj złapał się za głowę, powiedział, że jaki to on jest głupi, sięgnął do kieszeni swojej kurty i wyciągnął błękitne opakowanie i podał je Satoru, któremu oczy od razu rozbłysły, kiedy zobaczył, co mieściło się w opakowaniu: czekolada, jego ulubiona, z rodzynkami. Miał ochotę wyściskać wuja, ale tylko skinął mu głowę z wdzięcznością i od razu spałaszował jeden rządek słodyczy.
- O nie! Zmienił się jej smak! - Satoru zmarszczył brwi.
- To inna firma. Podobno lepsza - wuj odchylił się na krześle, zaciągając się papierosem.
Spoglądał na swego bratanka i przypomniał sobie, kiedy Oruś miał osiem, może dziesięć lat i siedział tak samo pochylony nad czekoladą. Wuj aż się uśmiechnął na to wspomnienie. Niebawem (no... może nie całkiem "niebawem") przyjdzie mu zobaczyć syna młodego Yoshidy i mężczyzna był niebywale zaciekawiony, chciał wiedzieć, w kogo wda się bardziej syn naszej uroczej pary ukochanych. Chciał wiedzieć, czy on też będzie lubił czekoladę z bakaliami. A nawet jeśli będzie wolał krwiste steki, to Henry poprzysiągł sobie, że te krwiste steki będzie mu podawał, kiedy jego... powiedzmy, prawie wnuk, zechce.


taki trochę bardziej z perspektywy naszego wuja-lekarza :v Manon? 

ilość słów: 1167

Od Satoru c.d: Manon

Satoru napotkał surowe spojrzenie swojego ojca, który siedział na krześle z wielkim plecakiem i strzelbą opartą na krześle. Winchester z wyrzutką i pojemnym magazynkiem - elegancki, dla tych, którym zależy na tym, jak wygląda ich broń i jak wygląda sam właściciel z bronią. Młody Yoshida skinął głową, ignorując ból głowy, jaki teraz trawił jego czaszkę. Usiadł przy stole, zachowując kamienny wyraz twarzy, mimo śladów po łzach; wydawać by się mogło, że ciskał gromami dookoła, a w szczególności na swojego ojca, nie zapomnijmy, że w końcu to on uwięził Manon. Uratować się ją udało tylko za sprawą czarownic-bliźniaczek, które (o dziwo) pomogły Satoru. Chłopak właśnie teraz to sobie uświadomił (zawsze o tym pamiętał, zawsze tkwiło to w jego głowie) i odsunął się trochę od ojca. Siedzieli w kompletnej ciszy, pan Yoshida lustrował go od stóp do głów, jakby był kowbojem, oceniającym swojego przeciwnika. W końcu Satoru był jego synem marnotrawnym. I śmierdział (przynajmniej dla jego ojca) za każdym razem czarownicą - i to taką samą, dobrze wiedział nawet jaką - Manon Czarnodziobą, wielką Następczynią. Oj, on już wiedział, co tu się święciło, moi drodzy, wiedział i to doskonale. Mężczyzna strzelił palcami, patrząc się ostentacyjnie, z lekką niechęcią na swego brata, który zmienił nazwisko i porzucił profesję Łowcy dla znacznie przyziemniejszego celu - dla medycyny.
- A więc? Henry, zechcesz mi powiedzieć, dlaczego mój syn wlecze się zasmarkany nocą i cuchnie? - głos pana Yoshidy był... przerażająco spokojny, ale i lodowaty, od samego jego dźwięku przechodziły dreszcze.
- Nie jestem psem, ojcze. Sam ci opowiem, dlaczego tak "cuchnę" - Satoru nie znał się jeszcze od tej strony, tak uszczypliwej i zgryźliwej, że aż przez chwilę miał ochotę złapać się porządnie i trzepnąć tak mocno, że zobaczy wszystkie gwiazdy.
Henry, wuj Satoru, nic nie odpowiedział, ale kiedy chłopak spojrzał na niego, widział w jego oczach cichą aprobatę i... nawet zachętę, aby mówił dalej. Tak, tego wieczoru był czas, aby ojciec w końcu go usłuchał, aby to on był usłyszany, mówił za siebie i odpowiadał za swoje czyny. To było teraz od ponad dwudziestu dwóch długich lat życia w cieniu i pod uważnym okiem innych Yoshidów. Ogar trącił nosem łydkę młodego maga, aby mówił dalej, w końcu wygarnął ojcu wszystko, powiedział, co myśli - powiedział, kogo kocha - a kochał i kocha Manon, która teraz nosiła ICH dziecko, można by powiedzieć, że świadectwo ich jakże wybojowej miłości. Miał ochotę wszystko powiedzieć swojemu rodzicielowi, patrząc na jego twarz - jak się zmienia i jak blednie z każdym kolejnym słowem. Postanowił zacząć z kopyta, nie szczędzić nic, żadnego detalu - opowiedział ojcu calą historię jego i Manon, manewrując ostrożnie pomiędzy nazwiskami oraz imionami, by ojciec nikogo nie mógł ścigać, czy podejrzewać. Opowiedział z grubsza wszystko, co przeżył razem z Manon, co do niej czuł i czuje. Nie pominął również poświęcenia Arsene'a, co było czymś ciężkim do wypowiedzenia na głos. Nawet wuj Satoru nie wiedział o czynie jego starszego brata, który utknął w piekle u boku Salomona. Przez cały ten czas patrzył na swojego ojca, na emocje przemykające przez jego twarz, a kiedy zrozumiał, że jego syn pierworodny jest poza zasięgiem, a drugi to "ofiara losu", warknął i walnął ręką w stół, po czym już, już miał nawrzeszczeć na Satoru, wychłostać go, wydziedziczyć, gdy mag uniósł dłoń do góry w geście ciszy:
- Jeszcze nie skończyłem - wysyczał przez zaciśnięte zęby; odetchnął i stwierdził, że teraz musi to powiedzieć ojcu, jeśli już mu mówił wszystko, niech i wie wszystko. - Oczekujemy dziecka - Satoru powiedział to z zaskakującą dla niego... Łagodnością. Nawet sam się zaskoczył tym, jak brzmiało to w jego ustach. Jak dumnie. "Oczekujemy dziecka". Satoru sam nie wiedział, kiedy uniósł głowę lekko do góry i już się tak nie peszył. - Będziesz dziadkiem, ojcze.
Pan Yoshida wypuścił w tym momencie papierosa, który upadł na ceratę na stole i wpatrywał się a swojego syna z niedowierzeniem. Sposób, w jaki patrzył na Satoru ranił wewnętrznie chłopaka - mogłabym urzyć tysiąca najokropniejszych porównań, ale i tak nie odwzorują one tych, którymi teraz ojciec obdarowywał syna. W końcu mężczyzna wysyczał przerażającym tonem:
- Jesteś niepoważny! Co ty sobie, do nędzy, myślisz, hę? Że co? Że pomiot Szatana rozkłada przed tobą nogi, to cię kocha?! - wrzask poniósł się echem po całej kuchni.
Na te słowa, które wypowiedział ojciec, Satoru zareagował wielce gwałtownie. Zerwał się z krzesła i morderczym spojrzeniem zmierzył swojego rodziciela. Jak on śmiał tak mówić?! Jak on mógł skwitować to jakimś komentarzem?! Nie dość, że opowiedział historię swojego życia, opowiedział mu o jego miłości, a jego własny rodzony rodzic na nic nie zwraca uwagi?! Obraził Manon, jego ukochaną, patrząc prosto w jego oczy. To było nie do zaakceptowania. Satoru zamachnął się potężnie i od ciosu powstrzymało go tylko jedno - widok smoczych szponów, które wyrosły mu nagle na miejscu paznokci - ostre jak brzytwa, lazurowe, idealne do postaci jego smoka. Zadrżał i starał się je schować, lecz wtedy ojciec ryknął na niego i również zerwał się z krzesła:
- To pewnie ta potworzyca to zrobiła! Zamienia cię w potwora, co?! - teraz to mężczyzna wykonał zamach i trafił prosto w policzek Satoru.
Chłopakowi aż pojawiły się mroczki przed oczami, a zęby zadzwoniły o siebie, powodując dotkliwy i pulsujący ból. Satoru szykował się na kolejny napad furii swojego ojca, kiedy obaj usłyszeli charakterystyczny szczęk broni. To wuj maga celował do swojego brata, swojego, rodzonego brata. Ręcę mu się nie trzęsły ani trochę, w ustach trzymał nadal papierosa, a minę miał taką jak zwykle, spokojną i opanowaną.
- Wynoś się - tylko po tonie jego głosu można było wyczytać, że coś czuje. - Wynoś się z mojego domu i zabieraj swoje łapy od Oru - skrócona wersja imienia młodego Yoshidy brzmiała teraz trochę nie na miejscu, ale chyba żaden z mężczyzn o to nie dbal; tylko Satoru patrzył mgliście na wuja, nadal starając się doprowadzić do porządku po uderzeniu ojca.
- Zdaje się, że to mój syn - warknął mężczyzna, odsuwając się od Satoru z uniesionymi rękoma.
- Nawet go nie wychowałeś, bracie. Nie wiesz nawet, co lubi jeść najbardziej, a ja wiem. Ma słabość do czekolady z rodzynkami - lufą wskazał swojemu bratu jego torbę i drzwi. - Twój syn mówi ci, że spotyka miłość swojego życia, kogoś z kim nie może na spokojnie być, i, na Boga, spodziewa się z tą kobietą dziecka, a ty mu się tak odwdzięczasz? - odpowiedź, rzecz jasna, nie padła. - Wyjdź z mojego domu.
- Jesteśmy Łowcami, bracie, my zabijamy czarownice! - ojciec Satoru kierował się w spokoju do drzwi.
- Pora to zakończyć - zamiast wuja odezwał się Satoru, ocierając krwawiący policzek. - Pora zakopać ten topór wojenny, przynosi to tylko nieszczęście. Chcę żyć u boku Manon Czarnodziobej i nic mnie nie odwiedzie od tej decyzji - Satoru czerpał przyjemność z każdego wypowiedzianego słowa i mimo miękkich kolan, czuł się silniejszy, aż w końcu...
... Jego ojciec wyszedł. Zatrzasnął drzwi, po prostu, i wyszedł na ulicę, mknąc w stronę rynku jak burza, czy sztorm. Satoru oparł się o krzesło w kuchni i wziął kilka glębokich oddechów. Wiedział, że jego ojciec nie skończył, wiedział, że on wrócił, ale chwilowo wygrał. Usłyszał, jak wuj zabezpiecza broń, kładzie ją ostrożnie, podchodzi do chłopaka i kładzie mu dłoń na ramieniu. Satoru uniósł głowę i spojrzał na swojego wuja; spośród wszystkich rzeczy, które mógł mu powiedzieć, powiedział jedno:
- Będę ojcem.
Wróciło ponownie to... ciekawe, niespotykane, acz tajemnicze uczucie poniekąd... może radości? Może dumy?
Wuj Satoru pomógł mu wstać i poklepał go po plecach, prowadząc na górę:
- Tak, będziesz, będziesz.

Matko, przepraszam, jeśli Oruś to mięczak albo idiota... Manon?

ilość słów: 1212

13 mar 2019

Od Satoru c.d: Manon

Satoru szukał Manon po całym mieście i jego obrzeżach, zszedł wszystkie ulice i zakamarki po pięć razy - pięć razy mijał tę samą babcię z wnuczką na jej kolanach, pięć razy widział rzeźnika, który patrzył na chłopaka zaskoczonym spojrzeniem - pięć razy nawet stanął przed drzwiami gildii Blue Pegasus, boleśnie uświadamiając sobie, że jeszcze pozostały mu szesnaście miesięcy zawieszenia. Młody Yoshida nie wiedział, co właściwie robi, no dobrze, wiedział jedno - szukał Manon. I wiedział też, że będzie ojcem, to dwie rzeczy. A kiedy myślał o tej drugiej, miał mieszane uczucia, z jednej strony jego żołądek niebezpiecznie podchodził do gardła, wmawiał sobie, że to jego wina, że jest durniem, idiotą i lekkomyślnym dupkiem (lecz przyznam, że tego co z Manon razem przeżyli, nigdy nie żałował), a z drugiej strony... dziwne to było, ale w końcu białowłosa była kobietą, którą kochał... aż do śmierci (odpukać, moi drodzy, odpukać), kobieta, którą kochał, nosiła ich dziecko... Niby wszystko idealnie, prawda? Czyż nie o tym może podświadomie marzył, lecz w czasie późniejszym? Kiedy tak też młody Yoshida pomyślał, ponownie zaczął się głowić nad tym niemiłosiernie. Będzie miał dziecko, będzie ojcem. A najgorsze było to, że jego miłość, Manon, którą kochał, zniknęła, przepadła, udała się do czarownic, do swego Klanu, a biedny Satoru (nie taki biedny, w końcu wpajał sobie, że to jego przeklęta wina i dobrze mu tak) jak obłąkany szukał dziewczyny wszędzie! Po pewnym czasie nie czuł nóg, a chłód dotkliwie chłostał go po twarzy. Usiadł na krawężniku, czując jak bezsilność nad nim przejmuje władzę; jak po prostu nie wie, co począć, co zrobić, nie miał jak odnaleźć Manon, a on MUSIAŁ przy niej być. Schował twarz w rękach i nim się zorientował, ramiona mu się zatrzęsły i zaczął płakać. Tak, mężczyźni TEŻ płaczą, uwierzcie mi. I chłopak pozwolił sobie płakać, pozwolił tym emocjom się ulotnić, a płakał długo i szlochał tak głośno, że obudziłby zmarłych. Sięgnął dłonią do kieszeni swojej kurty, wyciągnął z środka kulkę wielkości pieprzu i cisną ją w ziemię. Wyrósł z niej wielki, cienisty ogar - Brzydal. Spojrzał na Satoru, przekrzywiając łeb i przymykając swoje cztery pary krwistych oczu.
- Znajdź ją! - Satoru krzyknął na psa z ogromną desperacją w głosie, ale pies nadal tkwił w miejscu. Satoru zerwał się z krawężnika i postąpił gwałtowny krok do przodu, aby odstraszyć ogara - ZNAJDŹ JĄ! - krzyknął, a głos załamał mu się rozpaczliwie. - Proszę...
Lecz pies został, gdzie stał. Wydawało się, że mówi, że nie potrafi, że nie może, za co bardzo go przeprasza. Satoru załamał ręce, a jego włosy przykleiły mu się do lśniącego od potu czoła. Spojrzał raz jeszcze na ogara, błagalnie i prosząco. Jakby to ON był psem. Już miał znowu wykonać ruch, który miałby kazać cienistemu psu biec, lecz wtem przed nim wyrosła postać czarnowłosej kobiety. Satoru ją znał, widział ją i pamiętał jak gorliwie dopilnowywała, aby trafili do lochów i pod ostrze kata. Odskoczył od kobiety - mogła wiedzieć coś o Manon, mogła wiedzieć, GDZIE jest.
- Niestety, zakazano mi cię zjeść, Yoshida Satoru - warknęła, wciskając mu w ręce kartkę złożoną na pół; serce waliło młodemu Yoshidzie o żebra z taką mocą, że wycisnęło z niego powietrze i łzy spod powiek.
Otworzył od razu kartkę i w drżących dłoniach trzymając papier, zaczął czytać. Rozpoznał ten charakter pisma - pisała to Manon - własnoręcznie i do niego. Opadł na krawężnik, a pies warczał gdzieś w tle na Czarnodziobą, która nic sobie z tego nie robiła. Czyżby czekała na reakcję chłopaka? Chłonął każde zdanie, każdą literę i każdy przecinek; z każdym znakiem, czuł, że jest jeszcze bliższy płaczu niż przedtem - Manon się obwiniała. Białowłosa twierdziła, że to jej wina, że sprawiła mu przykrość, że nie powinien się nią przejmować, ani dzieckiem. Satoru przerwał w tym momencie czytanie i zaszlochał w rękach swojego płaszcza, tak nie mogło być, on się na to nie zgadzał. Nie chciał, aby Manon czuła się mu czegokolwiek winna, nie chciał, aby się obwiniała, bo wiedział, że ta świadomość będzie ciążyć na czarownicy do samego końca. Kiedy przyszła pora na przeczytanie zdania, w którym Manon pisała, że ochroni ich dziecka, użyła "go". Satoru może nie myślał klarownie, ale wiedział, co to oznacza. Miał zostać ojcem i miał mieć syna. Zapłakał ponownie, gdy wzrokiem prześlizgnął po końcówce "nie przejmuj się, to moja wina".
- Przeczytałeś? - głos czarownicy złagodniał nagle.
- Pozwól mi chociaż jej odpisać - Satoru uniósł głowę i szklącymi się oczami spojrzał na czarnowłosą. - Gdzie ona jest? Muszę się z nią zobaczyć, proszę. - w tym momencie nawet jego cichy głosik Łowcy był gotowy błagać o to czarownicę. - Proszę!
- Nie będę czekać, aż wykombinujesz kartkę, coś do pisania i znajdziesz odpowiednie słowa. Powiedz mi, a ja jej przekażę.
Jak on miał niby nagle wiedzieć, co chciał powiedzieć? SKĄD? I skąd miał gwarancję, że czarnowłosa nic nie przekręcił? W końcu postanowił jej zaufać i poskładał swe myśli na tyle, aby wychrypieć:
- Powiedz jej, że to nie jej wina. Niech wróci, proszę, przebrniemy przez to jakoś, razem przebrniemy. To była moja wina w stu procentach, powiedz jej, że chcę, aby wiedziała, że ją kocham, nadal i jeszcze mocniej, jeśli myślała, że przestałem. I przypominaj jej o tym, proszę! - chłopak gubił się w swojej głowie i słowach; złapał czarnowłosą za płaszcz, nie zważając na jej syk. - Pozwól mi iść z wami! Pozwól mi z nią się zobaczyć! PO-ROZ-MA-WIAĆ.
- Nie, Yoshida Satoru.
Wypowiadając te słowa czarownica rozpłynęła się w palcach chłopaka. Prysnęła w powietrze i tyle ją widzieli. Satoru patrzył się na swoje dłonie, na palce i... na prawdę przeżył to niemiłosiernie mocno, a wszystko to zniósł jego ogar, Brzydal. Słuchał, jak jego pan płacze, jak zawodzi i wzywa Manon. Uwierzcie mi, że kiedy wrócił, lepiej nie było - cały się trząsł i oczy miał napuchnięte. Nie dbał o to, czy ktoś go usłyszy, czy zauważy. Ogar szedł za nim, krok w krok, a chłopak miał ochotę się zadźgać, jeśli można tak to ująć. Zapalił światło, ściągając z szyi szal i płaszcz ze swoich ramion. Odwrócił się i prawie ponownie dostał zawału, kiedy zobaczył, kto się przy stole. Niebieskie oczy napotkały niebieskie. Mężczyzna zacisnął dłoń na oparciu krzesła i zlustrował młodego Yoshidę od stóp do głowy, z obrzydzeniem witając jego wyraz twarzy i ślady od słonych łez na policzkach. Obok mężczyzny siedział wuj Satoru, palił nerwowo papierosa i patrzył to na Satoru, to na przybysza.
- Ojcze... - wyrwało mu się, ale głos mu się już nie trząsł; czuł teraz złość, widząc rodziciela.
- Właśnie przejeżdżałem - mężczyzna wziął papierosa od wuja i zapalił go, smrodząc jeszcze bardziej w kuchni.
Od tego zapachu nasz mag prawie zwymiotował, ale uparcie trzymał się w pionie, a w pięści ściskał list od swojej ukochanej. Dzisiaj mógł tylko pomarzyć o spokojnym śnie.

jak zwykle nie sprawdziłam błędów :v Manon?

ilość słów: 1120