Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iwo. Pokaż wszystkie posty

29 sty 2019

Misja 2: "Misja Duchów" - Iwo

Trzymałem w dłoni papier na którym była opisana moja misja, polegała na znalezieniu pewnej Dziewczyny która została zamknięta w Psychiatryku, i dowiedzenia się czy rzeczywiście postradała zmysły czy może przebudziły się w niej jakieś moce.
No nie powiem, zadanie dosyć wymagające, ale czego się nie robi?
Wypuściłem papier z pomiędzy swoich palców i przetarłem zmęczony twarz, coś czuję że mocno ten wypad da mi w kość.
A moje odczucia zazwyczaj się nie mylą...
Nabrałem głęboko powietrza do płuc i wstałem od stołu kierując się do swojego pokoju by spakować swoje rzeczy.
Nie wiele ich było, wszystko znalazło się w podróżnych torbach które przytroczę potem do siodła, gdy już byłem spakowany a przynajmniej mam taką nadzieję że niczego nie zapomniałem, pozamykałem wszystkie okna i sprawdzając czy wszystko okej wyszedłem z mieszkania zakluczając drzwi.
Szybko zbiegłem na dół, przerzucając sobie plecak przez ramię, skierowałem się do zagrody w której stał Faar i przeżuwał siano.
Zrzuciłem z siebie wszystkie torby i podszedłem do konia sprawnie zapinając mu kantar na łeb i przypinając go do ogrodzenia, w miarę sprawnie wyszczotkowałem zwierzę, aż tak że jego sierść zaczęła błyszczeć a grzywa na powrót stała się miękka i jedwabista.
Wsadziłem mu na grzbiet czaprak oraz siodło i podpiąłem popręg, potem zdjąłem kantar i założyłem ogłowie, trochę niechętnie przyjął wędzidło do pyska ale jakoś się z nim uporałem.
Następnie pomęczyłem się z rzemieniami i paskami przypinającymi podróżne torby do siodła.
Odwiązałem zwierzę przerzucając wodze przez jego łeb i odbijając się od ziemi sprawnie wsiadłem na siodło, skierowałem go do wyjścia.
Zagwizdałem przywołując Odalę, moją wilczycę która z wywalonym jęzorem na zewnątrz truchtała z przodu.
Popędziłem konia łydkami i płynnie przeszliśmy w rytmiczny galop, wiatr szumiał mi w uszach rozwiewając włosy na wszystkie strony.
Przegalopowaliśmy przez rynek mojej Gildii i popędziliśmy dalej, po kolejnej godzinie wyjechaliśmy zupełnie z naszego świata i wjechaliśmy do ludzkiego.
Zwolniłem i przeszliśmy do spokojnego stępa, Faar nawet nie zdążył się jeszcze spocić choć już miał lekko rozszerzone chrapy a jego boki falowały mocno.
Jechaliśmy jakąś ubitą drogą, oprócz nas nie było tutaj ani jednej żywej duszy, nie licząc ogromnej pustej przestrzeni z gdzie nie gdzie usianymi zaroślami czy karłowatymi sosenkami.
Kierowałem się w stronę promu, muszę przedostać się na drugi brzeg, z tam tond wybadać gdzie dokładnie jest ten Psychiatryk.
Nie zapominajmy o tym że jeszcze muszę się do tej Dziewczyny jakoś dostać...co w cale nie będzie łatwe, a przynajmniej tak zakładam.
Popuściłem luźniej wodzę dzięki czemu Faar mógł opuścić łeb rozciągając szyję, z cichym parsknięciem zadowolony stępował dalej za to ja mogłem w spokoju przemyśleć to i owo.
Żałowałem że dzisiaj nie ma słońca które swoimi promieniami ogrzewało by mi przyjemnie twarz, ale niestety, zazwyczaj nie ma się tego co zazwyczaj się chce. Niebo rozciągające się nad moją głową było szare i puste, pogoda można by powiedzieć nijaka, ani nie wiał wiatr, ani nie było sucho...
W powietrzu czuło się wilgoć i ogólnie było dosyć nie przyjemnie choć nie mogłem narzekać bo zawsze może być gorzej, nie?
Zamknąłem oczy delektując się tą ciszą w okół, nie było słychać dosłownie nic nie licząc rytmicznego stukotu kopyt konia oraz mojego oddechu...
Macie czasem takie dni w których czujecie się nad wyraz spokojni?
Ja miałem właśnie jeden z takich dni...
Spokój, cisza...czas staną w miejscu, jestem tylko Ja, zwierzaki i ta dzika przestrzeń niezniszczona ludzką stopą...
Żyć nie umierać.
Zanim zobaczyłem, mój zmysł węchu poczuł to dużo wcześniej, ten specyficzny słony zapach unoszący się w powietrzu świadczący o bliskości morza...
Otworzyłem powoli oczy a moje kąciki ust podniosły się do góry, wyjechaliśmy z za zakrętu a widok zapierał dech w piersi, granatowe wzburzone morze, ogromne spienione fale rozbijające się o klify...znacie to uczucie kiedy wydaje się wam że jesteście niepokonani?
Ja tak zawsze mam gdy spoglądam na żywioł wody, poniekąd mnie uspokaja a z drugiej strony przeraża...
Nawet nie za uwarzyłem że wstrzymałem konia, delikatnie ponagliłem Faara łydkami by ruszył spokojnym kłusem po wilgotnej błotnistej szutrowej drodze w dół do portu, gdzie znajduje się nasz cel: Prom.
Zjechaliśmy do miasteczka, mijający nas ludzie z ciekawością się nam przyglądali, myślę że nie często widują tutaj chłopaka na koniu z dziwnie wyglądającym "psem".
Odala choć postarała się by wyglądać "normalnie" coś jej to nie wyszło i, i tak została w swoich barwach, a powiedzcie mi, często widujecie wilka w barwach zorzy polarnej?
Nie?
No właśnie.
Jakoś specjalnie się tym faktem nie przejmując skierowaliśmy się we trójkę na sam brzeg, gdzie przycumowany unosił się na wodzie Prom.
Gdy wjechaliśmy na statek kopyta Alfaara zastukały głośno, On sam z resztą we własnej osobie szedł na rozstawionych nogach ciekawie wąchając deski po których szedł.
A, no tak.
To jego pierwszy raz kiedy płynie promem, mam nadzieje że nie odwali mi tu cyrku bo założę się że facet który tym pływa bez żadnego wahania wywali nas za burtę.
Zsunąłem się z grzbietu i chwytając za wodzę zacząłem lawirować pomiędzy zaparkowanymi już samochodami szukając kogoś kto tym zarządza.
Po długich dziesięciu minutach manewrowania przez samochody i gdzie nie gdzie wałęsających się ludzi udało mi się go wypatrzeć.
Stał podparty o drewnianą laskę i tłumaczył coś kobiecie po trzydziestce trzymającej za rączkę małą dziewczynkę, ona pierwsza mnie zobaczyła i z uśmiechem na twarzy wyciągnęła rączki wołając: KONIK!
Odwzajemniłem jej uśmiech i podszedłem do nich, Dziewczynka wyrwała się matce i podeszła do mnie oraz Alfaara powtarzając w kółko jedno i to samo słowo; konik.
- Chcesz pogłaskać?-zapytałem
Ostry i stanowczy głos Kobiety przeszył mnie na wskroś
- Nie. Leyla choć tutaj, to zwierze może być niebezpieczne!-i szarpnęła dziewczynką w tył tak gwałtownie że Faar prychnął i cofną się parę kroków do tyłu.
- On wcale nie jest niebezpieczny -zaprzeczyłem patrząc ze smutkiem jak mała zaczyna płakać
Kobieta tylko mamrocze pod nosem coś w stylu "przecież to bestia do zabijania..." i odchodzi starając się uspokoić Leylę.
- Ludzie czasem są głupcami jak pantofle mojego Dziadka-odzywa się z nostalgią Kapitan tego promu- Chcesz jak się domyślam przepłynąć na drugą stronę?
- Tak...
Mężczyzna się rozpromienia i podchodzi do Faara spokojnie, najpierw wyciąga do niego swoją dłoń by mógł ją powąchać a następnie już drapie go za uszami.
- Jak dawno nie przewoziłem tutaj koni, mam nadzieję że spokojny? -zwraca się do mnie
- Oczywiście, choć to jego pierwsza taka podróż-odpowiadam
- No to dzielny konik...-rozmawiam z nim jeszcze dobre parę minut a gdy odchodzi szukam jakiegoś w miarę zacisznego miejsca by nie stwarzać kłopotów w razie jakiejkolwiek niespodziewanej sytuacji...ale mam nadzieję że wszystko pójdzie gładko.
Tak jak myślałem, Faar zachowywał się wręcz idealnie, nie bał się kołysającej łajby i nie zwracał na otoczenie żadnej uwagi. Opuścił łeb i ze stoickim spokojem poszedł najzwyczajniej w świecie spać.
Dzięki Bogu...
Nie wiem co bym zrobił gdyby zaczął szaleć, za to Odala ciężko znosiła całą tą przeprawę a każda fala która szarpała nami przyprawiała ją o mdłości.
- Dasz radę mała-ukucnąłem przy niej i delikatnie pogłaskałem po łbie- Jeszcze trochę i będziemy na lądzie...
Kontem oka obserwowałem wszystkich dookoła, tak na wszelki wypadek, w końcu nigdy nic nie wiadomo, no nie?
Słony wiatr przebił się przez moje ubranie docierając do gołej skóry, zatrząsłem się z zimna, a mogłem wziąć coś cieplejszego...
Ale jak to ja, nie przygotowałem się w tak najprostszej rzeczy.
Stojąc już po drugiej stronie morza czytałem jeszcze raz zadanie które mam wykonać i mamrocząc że to wcale nie będzie proste wdrapałem się z powrotem na siodło i ruszyłem w stronę miasta...

                                                                                ***

Po jakiś trzech dobrych godzinach spędzonych na szukaniu kogoś kto znał Tą Dziewczynę natrafiłem na trop jej rodziców przez pewną starą  Kobietę sprzedającą Jabłka na targu. Do tego Alfaar musiał zjeść trzy owoce przez co byłem zmuszony za nie zapłacić, cholerny koń który nie umie trzymać pyska przy sobie. Od tej pory nie spuszczam go z oka.
Pojechałem po tym zdarzeniu pod wskazany adres napisany krzywymi literami na kartce i zapukałem do drzwi.
Otworzył mi rosły mężczyzna po czterdziestce z czarnym wąsem pod nosem i groźnym wzrokiem, grzecznie zapytałem się o jego córkę, wytłumaczyłem że potrzebuję wiedzieć w którym Szpitalu Psychiatrycznym aktualnie przebywa. I że to bardzo ważne, niestety chyba to nie podziałało jak trzeba bo wydarł się na mnie i wściekły zamknął drzwi.
Gdy zapukałem drugi raz nie chcąc się tak łatwo poddawać dorobiłem się podbitego oka które teraz spuchło mi do rozmiarów...na tyle dużych bym przez nie, nie mógł nic zobaczyć.
Nie chcąc próbować po raz trzeci i łamiąc tak znane przysłowie "Do trzech raz sztuka" wycofałem się na główniejszą ulicę gdzie zostawiłem Alfaara, wpadłem na jakiegoś chłopca miej więcej w wieku dziesięciu lat który powiedział mi gdzie przebywa Mery (Jak się potem okazało jest to imię tej Dziewczyny). Niestety to było by na tyle z cudownych nowin, bo Jej psychiatryk znajduje się jakieś sześćset kilometrów od mojego aktualnego położenia.
Podziękowałem dzieciakowi i odwiązując konia postanowiłem wybrać się do najbliższej Stacji Pociągów i kupić bilet.
Oczywiście jak już się tam dostałem nie ominęły mnie wcale problemy i pewna bardzo znudzona życiem kasjerka oznajmiła że nie sprzedają biletów dla Koni oraz dziwnie wyglądających Psów.
Zmęczony, głodny i obolały dowlokłem się na tory gdzie zacząłem szukać jakiegoś Maszynisty.
Znalazłem starszego mężczyznę palącego samotnie papierosa i opierającego się o pociąg towarowy, podszedłem do niego i nakreśliłem pobieżnie sprawę.
On choć lekko zdziwiony przytaknął i powiedział że nie jedzie konkretnie do tego miasta lecz może mnie podwieźć na tyle blisko żebym miał potem już niecałe czterdzieści kilometrów do przebycia.
Zgodziłem się od razu, facet pokazał mi w którym wagonie mogę jechać i oznajmił że ruszamy za godzinę.
Zmęczony, głodny i obolały lecz szczęśliwy wskoczyłem do pustego wagonu i rozsiodłałem Faara który od razu równie zmęczony co ja położył się w koncie i z westchnieniem poszedł spać.
Zamknąłem wejście i tak jak stałem położyłem się na deskach i przytulając do siebie Odalę zapadłem w głęboki upragniony sen...
Przebudziłem się dopiero gdy poczułem jak maszyna z ciężkim westchnieniem budzi się do życia, jeszcze na wpół śpiący wyciągnąłem z jednej torby jedzenie dla siebie i dla zwierząt.
We trójkę pochłonęliśmy nasze porcje by potem znowu zapaść w sen...
I tak minęła nam prawie cała podróż, w pewnym momencie otworzyłem zasuwane drzwi i obserwowałem ogromny księżyc rzucający na mnie swoje białe mroźne światło.
Lekki wietrzyk rozwiewał mi włosy i tańczył na mojej twarzy, chłód nocy dawał pewien spokój...
Czułem w sobie to dobrze mi znane uczucie towarzyszące przez wszystkie moje podróże które odbyłem zanim trafiłem do Gildii, czułem się jak dawniej, jadąc w nieznane nie wiedząc co przyniesie kolejny dzień, czując dreszczyk przygody...
Moja wilczyca usiadła przy samym wejściu i zaczęła przeciągle wyć, robiła tylko małe przerwy nasłuchując odpowiedzi od ciemnego, pogrążonego w nocy świata...
Przesunąłem się bliżej niej i zacząłem razem z nią przeciągle wyć, nie wychodziło mi to tak dobrze jak jej ale i tak się nie poddawałem.
Po dobrych dziesięciu minutach wspólnego wycia roześmiałem się głośno, wstałem przytrzymując się ścianki wagonu i wychyliłem głowę na zewnątrz. Ogromny podmuch wiatru pochłonął mnie całego, zamknąłem oczy delektowałem się tym dzikim pędem i wyciem wichru w uszach.
Cały potargany ale szczęśliwy usiadłem z powrotem przy boku Odali i zatapiając palce w jej gęstym futrze obserwowałem panoramę przede mną.
Ogromna przestrzeń, ciemny las odcinający się na tle granatowego nieba usianego milionami gwiazd oraz wielki, ogromy trupio blady księżyc obserwujący cały świat swoim martwym okiem...
Gdy blady świt zaczął błąkać się po niebie obudził mnie pisk hamulców a gdy maszyna całkowicie stanęła usłyszałem wołanie maszynisty że tutaj muszę już wysiąść, szybko osiodłałem konia i zabierając wszystkie swoje rzeczy wyskoczyłem z wagonu.
Machając mężczyźnie na pożegnanie z lekkim smutkiem obserwowałem jak pociąg odjeżdża w siną dal, na prawdę wielka szkoda że już muszę wysiadać.
Ale mam zadanie do wykonania które samo się nie zrobi...niestety.

                                                                         ***

Przede mną wznosił się ogromny ceglany budynek, każde okno było zakratowane tak, by nikt ze środka nie mógł się wydostać.
Zanim tutaj przyszedłem skombinowałem sobie pielęgniarskie ciuchy, mam nadzieję że jakoś mi się uda wejść niepostrzeżenie.
Nabrałem głęboko powietrza do płuc i ruszyłem do przodu, nie sądzę by nowy pielęgniarz z podbitym okiem wyglądał normalnie...
Otworzyłem drzwi prowadzące do środka i wszedłem, znalazłem się w korytarzu a przede mną były kolejne szklane drzwi.
Ruszyłem do nich starając się zachowywać normalnie, moja dłoń nawet nie zdążyła dotknąć klamki gdy usłyszałem ostry męski głos.
- Nazwisko-odwróciłem się powoli do mojego rozmówcy który na miłego nie wyglądał.
Stał przede mną wielki barczysty facet, do paska miał przywiązaną długą pałkę (ciekawe do czego mu ona służy)
- Peterson. -powiedziałem najnormalniej jak tylko mi się udało
Facet zmarszczył brwi
- Nie znam Cię, a Doktor Pam nic nie wspominała o nowym Pielęgniarzu...-jego głos ociekał podejrzliwością, jeszcze chwila i po mnie.
- Nie? Powiedziała że mam dzisiaj przyjść żeby mogła sprawdzić jakie mam podejście do Pacjentów oraz ile potrafię. Nic Ci nie mówiła? -udałem zdziwionego
W jednej sekundzie podjąłem szybką decyzję, uderzyłem faceta w środek czoła, nie za mocno by mu nie roztrzaskać czaszki ani nie za lekko, wprost idealnie.
Stracił przytomność.
- Sorry-powiedziałem gdy kradłem mu kluczyki do wszystkich drzwi w tym budynku
Mój kolejny cel jest znalezienie kartoteki pacjentów, nie wiem gdzie przetrzymują Mery...
Ruszyłem szybkim krokiem i po prostu zacząłem otwierać wszystkie drzwi, bo żadne nie były podpisane a oczywiście musiały wyglądać tak samo co do centymetra.
Biegałem po parterze jak poparzony i zaglądałem wszędzie, to się nazywa akcja bez żadnego planu, robisz wszystko na spontan i liczysz że szczęście cię tym razem nie opuści, że za tymi drzwiami nie wpadniesz na koleszków tamtego gościa z pałką albo tabun pielęgniarek które na twój widok wszczną alarm.
Kamery...
Oni mają tutaj kamery debilu, podniosłem głowę i zdyszany zacząłem rozglądać się po ścianach, nie znalazłem ani jednej...co do ciężkiej cholery?
Otworzyłem już chyba setne drzwi i wpadłem do pomieszczenia ze sterylnie białymi szafami na których stały teczki pacjentów przebywających w tym oddziale.
Szczęśliwy jeżeli można to tak określić zacząłem je przeszukiwać, musi tutaj gdzieś być...Mery...
Moje palce zwinnie przeczesywały tony teczek a oczy co chwila kierowały się do zamkniętych drzwi.
Mogą wejść w każdej chwili...
Mogą wiedzieć że tu jestem...
A ja nie chce używać siły...
Ale nie będę miał pewnie wyboru...
I w tedy znalazłem, szybko ją otworzyłem: Mery Rosalie Sullivan, zdiagnozowana Schizofrenia.
Było tam jeszcze multum innych wiadomości typu jakie leki zażywa i w jakich ilościach.
Zacząłem kartkować jej opis gdy usłyszałem stukot ciężkich buciorów na betonowej powierzchni, jasna cholera, akurat TERAZ musieli mnie znaleźć?
Nie minęła nawet minuta gdy do pokoju wpadło trzech klonów (wszyscy wyglądali tak samo) pałkarza (od teraz tak będę go nazywał).
Jednym okiem natrafiłem na tak upragniony napis: Umieszczona w izolatce nr.5 na drugim piętrze. A drugim obserwowałem mężczyzn.
- Na prawdę nie chcecie tego robić-odezwałem się do nich- Mówię poważnie...
Odbiłem się zgrabnie od podłogi i kopnąłem z całej siły pierwszego z nich który zagradzał mi przejście, w twarz.
Udało mi się usłyszeć ciche chrupnięcie i krew bryznęła na wszystkie strony, złamany nos.
Ale to nie moja wina, to oni nie wiedzą co robią...
Ślizgając się po podłodze z zakrwawionym trampkiem pobiegłem w stronę schodów, korytarz co chwilę miał szklane drzwi które musiałem otwierać. Tylko że to zabiera za dużo czasu...
Chciałem wejść niepostrzeżenie...
Chciałem bez przemocy...
Przestałem się bawić w subtelność i po prostu kopniakiem za kopniakiem rozbijałem szybę i przedostawałem się na drugą stronę, moja noga wyła już z bólu, rozciąłem sobie ramię gdy przeciskałem się przez drzwi.
Powaliłem kilka pielęgniarek które wybiegły z pokoi zwabione zamieszaniem, skręciłem na schody i zacząłem biec przy okazji pozbywając się pielęgniarskiego kitlu, moja noga zahaczyła o stopień i boleśnie wywaliłem się na schody, syknąłem gdy twarde ranty wbiły się w moje ciało, będę miał siniaki...
Znalazłem się na pierwszym piętrze gdzie nie za uwarzyłem starej wrednej pielęgniarki która zgrabnie podłożyła mi nogę bym po raz drugi się wywalił.
Machając rozpaczliwie ramionami na wszystkie strony doznałem kolejnego bliskiego spotkania z twardą posadzką, nienawidzę tego.
- Nie ruszaj się! Coś ty za jeden? Z której izolatki się wydostałeś? Nie kojarzę cię...-słowa z jej drobnych warg wypływały z prędkością pocisków karabinu M16
Stanąłem na nogi i z pełnego obrotu kopnąłem kobietę piętą w tył głowy, jej oczy momentalnie odwróciły się do środka czaszki a białka wyszły na wierzch.
Zadyszany obróciłem się plecami do schodów i ruszyłem biegiem przez kolejny korytarz szukając schodów na drugie piętro, mijałem setki zamkniętych drzwi z których wydobywały się jęki lub jakieś słowa.
Z każdą sekundą czułem się tutaj jak w jakimś koszmarze sennym, zamknięty z kratami w oknach i miliardem korytarzy prowadzących donikąd, uciekający przed facetami z długimi i groźnie wyglądającymi drewnianymi pałkami.
Czy to nie scenariusz do Horroru?
Nie lubię Horrorów...
Ściany wydawały się napierać na mnie ze wszystkich stron, coraz gorzej mi się oddychało, nienawidzę takich pomieszczeń.
Białe drzwi przede mną z impetem otwarły się zagradzając mi przejście, w ostatniej chwili zacząłem hamować, ślizgając się wpadłem na metalową powłokę wyrywając ją z zawiasów, ktoś krzyknął gdy drzwi razem ze mną przygwoździły go do podłogi.
-Przepraszam! -wstałem szybko podnosząc ciężkie drzwi
Na podłodze leżała młoda pielęgniarka, nasze oczy się spotkały, coraz głośniej było słychać mężczyzn biegnących na górę. Popatrzyłem szybko do tyłu sprawdzając  czy już mam uciekać dalej czy jednak jeszcze mam chwilę.
- Ciebie gonią?-zapytała
Zerknąłem na nią i powoli skinąłem głową.
- Taa...-podrapałem się po karku
- A poco w ogóle tutaj przyszedłeś?-dopytywała
- Muszę porozmawiać z Mery-nie wiem czemu marnuje czas rozmawiając z obcą kobietą będąc ściganym
Było widać po jej minie że jest zdziwiona, myślę że nie często mają tutaj takie akcje, nie dodając już nic więcej wbiegłem po kolejnych schodach na drugie piętro.
Gdy już się tam znalazłem zwolniłem do szybkiego marszu i zacząłem liczyć numerki pokoi: 10, 9, 8, 7...
Stanąłem cały zdyszany przed piątką, w końcu jestem, dotarłem do Ciebie Mery...
Wyjąłem pęk kluczy i zacząłem powoli sprawdzać każdy po kolei, moje dłonie mimowolnie się trzęsły co utrudniało zadanie, spokojnie, trzeba oddychać.
Chyba po dziesiątym kluczu w końcu znalazłem ten odpowiedni, przekręciłem go i usłyszałem jak zasuwa się cofa z metalicznym zgrzytnięciem.
Chwyciłem za klamkę i powoli otworzyłem metalowe drzwi cicho wchodząc do środka.
Był to mały pokoik, oprócz materaca na ziemi oraz zakratowanego okna nie było tutaj zupełnie nic, mój wzrok napotkał chudą postać skuloną w kącie i kiwającą się w przód i w tył.
Dziewczyna miała długie czarne proste włosy, oraz wielkie ciemne oczy wpatrzone w przestrzeń, puste...niby patrzące a jednak w pewien sposób martwe...
Zrobiło mi się jej żal, podszedłem do niej i ukucnąłem, dziewczyna nawet nie zareagowała, jej usta poruszały się bezgłośnie wypowiadając jakieś słowa.
- Mery?-nie zareagowała- Ej, mała popatrz na mnie-nadal ani jednej reakcji, z westchnieniem wyciągnąłem rękę i powoli dotknąłem jej ramienia, podziałało.
Błyskawicznie popatrzyła na mnie tymi swoimi ogromnymi oczami i powiedziała.
- Jest tutaj...mówi że jesteś dobry...-w pierwszej chwili nie zrozumiałem o co jej chodzi ale potem uświadomiłem sobie że przecież na pewno mówi o swojej matce- Mama...gdzie ja jestem?...Gdzie jest mama?...
Zrobiło mi się niedobrze, czułem się paskudnie patrząc na nią, na jej ciało nafaszerowane toną leków nie kontaktujące z rzeczywistością.
- Widzisz kogoś oprócz Mamy?-zapytałem cicho
Mery patrzyła na mnie, nie, patrzyła przeze mnie, kompletnie zapadła się w sobie, zaczęła się mocniej kiwać w przód i w tył. A z jej gardła dało się usłyszeć jakąś melodię.
Oparłem się plecami o przeciwną ścianę i wyjąłem z kieszeni czarny kamień z wyrytą Runą Mannaz oznaczającą Człowieka.
Jeżeli w ręce Dziewczyny runa zaświeci się na Niebiesko będzie to oznaczało że jest tylko człowiekiem, a jeżeli zapali się na czerwono będzie to oznaczało że jest w niej coś magicznego.
Chwilę bawiłem się runą przerzucając ją z doni do dłoni odwlekając chwilę w której albo ją stąd wyciągnę i nigdy więcej tutaj nie wróci albo będę zmuszony ją tutaj zostawić...
Patrzyłem na nią jak szepcze coś rozmawiając ze swoją matką, lub tylko z wytworem jej chorego umysłu.
Przełknąłem ciężko ślinę, nawet nie zdawałem sobie sprawy że zaschło mi w ustach i drżącą dłonią delikatnie chwyciłem jej drobną rączkę i upuściłem na nią kamień.
Ta minuta trwała wiecznie, błagałem by zaświeciła się na czerwono bym nie musiał jej tutaj zostawiać.
Niestety...
Mery...jest tylko człowiekiem, runa zaświeciła się na niebiesko...
W tej samej chwili zasuwa zgrzytnęła z jękiem i do pokoju wpadli ci sami faceci którzy mnie gonili po całym Szpitalu, a na czele stała ta sama młoda pielęgniarka.
No tak, mogłem się spodziewać że im powie dokąd pobiegłem, po co ja w ogóle jej to powiedziałem?
Nie wiem.
- Nie ruszaj się! Nie masz dokąd uciec!
Wstałem i w jednej chwili przeobraziłem się w Smoka by po sekundzie wylecieć przez okno pozostawiając po sobie wygięte kraty i rozbitą szybę.
Wykonałem zadanie, Mery jest Tylko człowiekiem...

                                                                           ***
Droga powrotna przebiegła spokojnie, głównie błądziłem myślami gdzieś daleko, nawet Faar i Odala wyczówając mój parszywy nastrój były spokojniejsze niż zazwyczaj.
Cały czas myślałem o Dziewczynie, że zostawiłem ją tam, czemu nie mogła być magiczna?
Czemu zostałem zmuszony by ją tam zostawić?
Tak, pewnie jej tam pomogą...chociaż jak dla mnie to raczej wyglądało na więzienie bez możliwości wyjścia...bez możliwości ucieczki...bez żadnych możliwości.
Wyjrzałem za burtę w odmęty granatowego morza, słony wiatr targał mną przedzierając się przez ubrania aż do skóry, marzłem, ale szum fal, dotyk lodowatego wiatru na skórze w jakiś sposób dawał mi ukojenie.
Moje wargi były zupełnie sine, nawet tego nie czułem.
- Ej! Zostaw!-odwróciłem się i zobaczyłem jak starszy Mężczyzna, Kapitan tego samego promu którym płynąłem wcześniej usiłuje zabrać worek jabłek mojemu koniowi z pyska.
Westchnąłem przeciągle i ruszyłem w ich stronę, ja na prawdę nie daruję temu koniowi. Czy on nigdy nie nauczy się trzymania swojego pyska z daleka od tych cholernych owoców?
Muszę jeszcze zdać raport z całej tej eskapady Gran Domie i jestem wolny, o ile najpierw uda mi się dopłynąć cało, bo jak tak dalej pójdzie to Ja, Faar i Odala zaraz zostaniemy wyrzuceni za burtę...
- Zostaw te jabłka!

Ilość słów: 3608




13 sty 2019

Od Iwo c.d: Hope

               >poprzednie opowiadanie<
Odszedłem, nie pojawiłem się na Jej pogrzebie, dla czego? Bo czułem się tam niezbyt mile widziany. Jeszcze ten jej nażeczony...gdy umarła po prostu przestał mnie tolerować. Widocznie musiał mnie nie cierpieć.
Więc odszedłem, tak jak chciał...
Przez niego nie pojawiłem się na pogrzebie osoby na której mi zależało, stop, do której żywiłem uczucia.
Możecie powiedzieć że jestem tchurzem, bo przecież mogłem tam pójść nawet jeżeli inni patrzyli na mnie spodełba.
Ale czy to by cokolwiek zmieniło?
Ożyła by przez to?
Nie.
Gdy wruciłem do siebie starałem się żyć tak jak kiedyś. Po prostu nie myślałem o Niej, zamknąłem swoje serce na nowo i nie wracałem do przeszłości, tak, to już przeszłość.
Jedyne co, to omijałem jej Gildię szerokim łukiem, zbyt dużo wspomnień.
Pewnego dnia przyszedł do mnie list, najzwyklejszy w świecie kawałek papieru. Tylko nie zdawałem sobie sprawy, że ten zwykły kawałek papieru zrujnuje mór który w sobie zbudowałem.
Jak się okazało pisała do mnie we własnej osobie Hope, a może lepiej Azura?
Tak czy siak dziewczyna jednak żyła, chciała żebym wrócił...ale czy Ja tego chcę?
Przed chwilą była martwa...
Ja się z tym pogodziłem...
Zapomniałem o ile to w ogóle możliwe...
A teraz?
A teraz do mnie pisze, żywa.
Coś we mnie drgnęło...
Skołowany usiadłem na blacie kuchennym nadal trzymając list w dłoni. Nie spuszczałem z niego spojżenia, tak jak by to był tylko sen z którego zaraz się wybudzę.
Odpisać?
Nabrałem głęboko powietrza do płuc i postanowiłem nie odpisywać, nie pasuję do tamtego świata...
Nie przewidziałem jednego szczegółu, że Hope wcale nie zamierzała się poddać i co drugi dzień czekał na mnie list, kolejny.
Nie odpisałem na żadnego z nich, moje serce aż wyrywało się do tego by pognać do niej, chwycić w ramiona i już nigdy więcej nie puszczać.
Ale rozum mnie od tego trzymał, Ona miała swój świat,Ojca, Brata, tron oraz...Nażeczonego.
A nie miałem w stylu niszczyć czyiś zaręczyn, może byłem zbyt surowy w stosunku do siebie, dla niej że nie dawałem nam szansy.
Ale co mam zrobić z faktem że Ryoma zapowiedział mi, że jeżeli się tam pojawię to mnie po prostu zabije?
Nie widzi mi się walczenie z nim, bo wiem że jeżeli by do tego doszło,to albo Ja albo On przypłaciłby życiem. Ja nie chce musieć go zabijać a sam nie mam ochoty oddawać własnego życia.
Wziąłem czystą kartkę i drżącą dłonią odpisałem jej po raz pierwszy, napisałem że nie mam ochoty mieć z nią jakiego kolwiek kontaktu, żeby przestała do mnie pisać.
Do teraz zastanawiam się jakim cudem udało mi się wysłać ten list...
Ranienie innych nie leży w mojej naturze. Albo tylko mi się tak wydawało?
To co napisałem poskutkowało, Dziewczyna już więcej do mnie nie napisała, zamilkła, na zawszę.
Za to ja nie mogłem spać, nie miałem ochoty jeść, najchętniej po prostu bym umarł.
A mój wewnętrzny głos nie dawał mi spokoju, mówił że jestem największym nieudacznikiem życiowym jakiego świat widział, może i ma rację, nie zaprzeczam, że nie umiem walczyć o Dziewczynę którą kocham, kim ja jestem? Bo na pewno nie tym facetem którym byłem parę miesięcy temu...on by się nie poddał.
On nie Ja, ja stałem się mięczakiem.
Pewnego deszczowego dnia przybył do mnie list, taka sama koperta jak poprzednie...
Otworzyłem go i poczułem się jak ostatni idiota, Hope zamierzała wyjść za Ryomę.
Coś we mnie pękło...
Koniec ze słabym mną, koniec z użalaniem się nad sobą, koniec chowania się przed tym co po prostu nie uniknione.
Wypadłem na zewnątrz i w jednej chwili przeobraziłem w Smoka Cienia.
W takiej postaci ruszyłem złożyć niezapowiedzianą wizytę Hope.

Gdy przeleciałem przez granicę jej królestwa nikt nie próbował mnie zatrzymać. Trochę dziwne...choć tym lepiej dla mnie.
Doskonale wiedziałem gdzie mam się kierować, Dziewczyna podała mi dokładny opis jak tam dotrzeć.
Zanim zobaczyłem wielką łąkę otoczoną ze wszystkich stron lasem, usłyszałem ich.
No nie powiem, na jej ślubie było dosyć dużo osób...
Zdeterminowany by osiągnąć swój cel, wylądowałem w najbardziej widocznym miejscu zbiegowiska. Szybko przeobraziłem się z ogromnego smoka z powrotem w siebie.
Jak się można było spodziewać, straże Ryomy od razu mnie otoczyli.
Kompletnie się nimi nie przejmując szukałem w tłumie Panny Młodej.
- Jak się któryś z was do mnie zblirzy, zabiję-ostrzegłem.
Nie ufałem ludziom tego Idioty, bo jeżeli On chce mnie zabić, to Oni tym bardziej- HOPE?! AZURA!-zawołałem rozglądając się do okoła
- Iwo?-jej głos rozpoznałbym nawet na końcu świata, odwróciłem się do Dziewczyny i aż mnie zatkało.
Wyglądała jak bogini, miała na sobie piękną jasnobłękitną suknię.
Nasze oczy się spotkały a ja od razu się w nich utopiłem, nie wiem jak mogłem być takim palantem...
- Hope...-wyszeptałem jak jakieś zaklęcie, od tak dawna nie wymawiałem jej imienia że aż zapomniałem jak ono brzmi.
Chciałem do niej podejść ale żołnierze od razu podnieśli broń, zatrzymałem się.
Dziewczyna kazała im odejść, niechętnie wykonali jej rozkaz i sama do mnie podeszła nadal nie urywając naszego kontaktu wzrokowego.
- Czemu...czemu kazałeś mi do Ciebie nie pisać? -zapytała cicho
Zamknąłem na chwilę oczy, w jej głosie dało się wyczuć nutkę bólu.
- Bo byłem idiotą-przybliżyłem się do niej i delikatnie położyłem swoją dłoń na jej policzku- Wybacz mi...wybacz mi kolejny raz-gdy to wypowiadałem głaskałem kciukiem jej delikatną skórę- Muszę Ci coś powiedzieć...dla czego tak się zachowywałem,dla czego nie chciałem mieć z tobą kontaktu...
Hope stała i patrzyła się na mnie tymi swoimi ogromnymi sarnimi oczętami, pozwalając na to bym głaskał jej policzek.
Zobaczyłem jak przez tłum przebija się Ryoma, na sam jego widok moje mięśnie się spięły co nie uszło uwadzę Dziewczyny.
- Proszę cię, nie wychoć za Niego, nie jest Ciebie wart...-szepnąłem by tylko Ona to usłyszała a już po chwili zostałem mocno popchnięty przez chłopaka, potknąłem się i upadłem na trawę, patrząc na tego Idiotę z żądzą mordu w oczach...

Hope? (Ahh, w końcu udało mi się odpisać)

Ilość słów: 962

8 sty 2019

Cienisty Zabójca Smoków - Iwo Corwood

Każda chwila może być tą ostatnią… więc nie marnuj czasu i żyj tak, jakby każda sekunda mogła być tą jedyną…

Iwo Corwood
Wiek: 20 lat, chociaż wygląda dużo młodziej
Płeć: Mężczyzna
Orientacja: Hetero
Związek: Może...
Gildia: Fairy Tail
Znak gildii: Tuż nad miednicą, na plecach
Doświadczenie: Doświadczony
~ ilość punktów: 4.000
Typ magii: Magia Cienistego zabójcy smoków
Ilość klejnotów: 15.000
Sterujący: Hw: motyl333, Discord: Naremi#1201
Dodatkowe zdjęcia: [X]
Charakter
Na pewno nie jest typem który ma nie równo pod sufitem, nie lubi przemocy, sięga po nią dopiero w tedy kiedy rzeczywiście jest mu potrzebna. Nie rozumie zbędnej przemocy, jego zdaniem to szczyt głupoty, bo i po co to robić?  Nie jest też typem który bez powodu zamorduje pół swojej rodziny, bo ma taki kaprys, o nie, nie, nie. Jest przyjazny dla każdego i nie osądza nikogo po jego przeszłości, daje każdemu „białą kartkę” na start, a jak ją taka osoba zapiszę, to jej sprawa. Lubi żartować i wywoływać uśmiech u innych osób. Obserwuje innych, w tedy może wiele wyczytać z samego patrzenia, oczywiście nie jest jakimś odludkiem, wcale nie, nie gardzi innymi i lubi większe towarzystwo.  Odnajdzie się w każdej sytuacji, może być miły, śmieszny a zarazem odpowiedzialny i poważny.  Szanuje osoby szczere i będące po prostu sobą, gardzi osobami które podają się za silne, a gdy przychodzi co do czego pierwsze uciekają z „pola walki”. Ma miliard pomysłów na minutę przez co ciężko jest mu czasem po prostu usiąść w jednym miejscu dłużej niż to konieczne. Choć na pierwszy rzut oka jest otwarty do wszystkich to gdy kogoś nie zna może obchodzić się z lekkim dystansem, w końcu nigdy nic nie wiadomo, nie?Dużo osób uważa że podchodzi do wszystkiego zbyt pozytywnie, że nie bierze niczego na poważnie, co wcale nie jest prawdą, pod tą jego wesołością kryje się idealny obserwator, świetny zabójca oraz wytrwały wojownik. Dużo przeciwników którzy stają z nim do walki źle oceniają jego możliwości, w końcu chłopak który cały czas ma dobry humor i nie skrzywdzi choć by muchy czy może okazać się godnym przeciwnikiem? Gdy przychodzi co do czego i trzeba stanąć do walki, zmienia się nie do poznania, zamiast znanego miłego chłopaka zastępuje go opanowany i idealny w walce wojownik. Każdy jego ruch jest dokładnie przemyślany i wywarzony, zada cios z prędkością błyskawicy a Ty nawet nie zdasz sobie z tego sprawy…Jak coś sobie postanowi nie ma siły która by go od jego pomysłu odciągnęła, niecierpi gdy musi przerwać zaczętą pracę. Woli zrobić to od razu i szybko a nie rozwlekać na nie wiadomo jak długo. Jeżeli zaprzyjaźni się z kimś to aż do śmierci, skoczy za taką osobą w ogień choć by miał zginąć, tak samo jak z miłością, jeżeli poczuje coś do jakiejś Dziewczyny to będzie jej wierny do końca swoich dni. Szczery do bólu, zawsze mówi wszystko prosto z mostu a nie owija w bawełnę jak co po niektórzy. Woli szybko i konkretnie a nie wolno i do dupy. Zawsze jest skory do pomocy, jeżeli będzie mógł Ci w czymś pomóc nie za wacha się tego zrobić. Lubi się zamartwiać, w szczególności gdy kogoś darzy uczuciem, woli sam zginąć i pójść za taką osobę niż żeby Ona miała zostać narażona na jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Bardzo trudno jest go wyprowadzić z równowagi, praktycznie rzecz biorąc jest to prawie niemożliwe. Ma nieskończone pokłady cierpliwości, potrafi słuchać kogoś całymi godzinami nie mówiąc przy tym nic. Zazwyczaj stara się godzić osoby u których widzi że zaczyna się robić napięcie i zaczynają się kłócić, nie przepada za konfliktami, woli ciszę i spokój. Ogólnie jest optymistą, w końcu musi się udać, nie? Nie przyjmuje że czegoś się nie da wykonać, zawsze spróbuje. 
Towarzysze
Młoda Wilczyca, Iwo przygarnął ją, gdy była jeszcze szczenięciem i nadał jej imię Odala.
­
Trzy letni ogier, chłopak dostał go od swojego Wuja i nadał mu imię Alfaar.
­
Historia
Od czego by tu zacząć? Musimy cofnąć się ażo piętnaście lat wstecz, do czasów gdy Iwo miał zaledwie pięć lat. Dobra, jak już nam się to udało…to zaczynamy! Wyobraźcie sobie pięcioletniego chłopca, który z buzią opuchniętą od nieustannego płaczu, tuli się do ciała swojej martwej matki na środku bezkresnej Pustyni. I teraz STOP!...cofnijmy się jeszcze dalej… No dobra, to teraz znajdujemy się w Pustynnym Pałacu. Matka Iwo, najpiękniejsza córka z wszystkich córek swojego Ojca, Samira. Dziesięć miesięcy temu została wydana wbrew własnej woli, za jednego z bogatszych szejków jako trzynasta żona. Niestety, kochała innego, podróżnika z innego kontynentu. Z zemsty na swojego Ojca i Męża, zdradziła go z ów mężczyzną. Jak się zapewne domyślacie, zaszła z nim w ciążę, po dziewięciu miesiącach oczekiwania, urodził jej się syn o złocistych oczach i bladej cerze.Żeby się z tym nie zdradzić, a zarazem nie wydać siebie oraz syna na śmierć, jego schowała, a wzięła sobie inne niemowlę. Udawało jej się tak żyć przez kolejne pięć lat…do czasu.W końcu zawsze musi się wszystko zawalić. Pięcioletni Iwo, wyszedł z kryjówki w najmniej odpowiednim momencie, prosto przed oczy męża Samiry. Nie trzeba się mocno domyślać co było potem, Samira dosiadła konia, wzięła syna i uciekła tam, gdzie raczej ich nie powinni znaleźć…na sam koniec pustyni. Była córką jednego z większych Przywódców ludów koczowniczych, tak więc nie było problemu przetrwania na bezkresnej pustyni. Ale jak wcześniej pisałam, szczęście nie trwa wiecznie.Po paru tygodniach wędrówki, żołnierze „byłego” męża ich odnaleźli, Samirze udało się jedynie schować syna, a samej zostać zamordowaną, żołnierze myśląc że Iwo musiał już wcześniej umrzeć, odjechali.I tak oto wracamy do momentu, gdy mały tuli się to zmarłej matki. Pomijając wszystko, miał ogromne szczęście, już po paru godzinach od zdarzenia odnalazł go…jego własny Dziadek. Targany wyrzutami sumienia, że nie pomógł swojej własnej córce, gdy go o to błagała, przygarnął chłopca i zaopiekował się nim, jak na dziadka przystało. I tak mały Iwo dorastał w koczowniczym plemieniu, nauczył się wszystkiego, władania bronią, jeżdżenia konno, przetrwania w karzdych warunkach i mnóstwa innych rzeczy. W wieku czternastu lat, Dziadek w końcu opowiedział mu o wszystkim, od tamtej pory nastolatek dzień w dzień chodził w miejsce w którym została pochowana matka.Gdy skończył swój siedemnasty rok życia, postanowił odejść i poznać własną drogę, Dziadek na pożegnanie podarował mu swojego najlepszego źrebaka, żeby nie zapomniał o swoich korzeniach, gdziekolwiek będzie…
Inne/ciekawostki
- Gdy chłopak jest mocno skupiony np. na walce, jego oczy ze złotych robią się blado-fiołkowe.
- Jest uzależniony od waniliowego budyniu, co najmniej raz w tygodniu musi sobie go zrobić.
- Od Dziadka dostał jeszcze naszyjnik z malutkim bursztynkiem, niegdyś należącym do jego Matki.