19 kwi 2019

Od Atalii cd. Angelo

Nie odezwała się słowem, poprawiła jedynie włosy i usiadła w końcu na wolnym siedzeniu. Podrapała się po policzku i utkwiła na moment wzrok w swojej herbacie. Pomimo ostrzeżenia mężczyzny, nie zamierzała spieszyć się z decyzją. W sumie nie zależało jej aż tak na poznaniu przynależności obcego gościa, żeby musiała od razu sprzedawać tajemnicę własnej gildii. Och, może nie jest tym typem i zapyta o jakieś pierdółki... Na pewno.
Mimo wszystko jego propozycja wciąż była dla niej najzwyczajniej w świecie nie w porządku, a zakład, bo jak to inaczej nazwać, po prostu nudny. Ktoś musi wiedzieć, do jakiej gildii należy blondyn, więc teoretycznie mogłaby się tego dowiedzieć właśnie od tej osoby, a nie od niego, dlatego ryzykowała tylko ona. No nie sądzę, żeby inni członkowie Sabertooth na prawo i lewo zarzucali ważnymi informacjami o gildii.
Uniosła głowę i odwróciła się do mężczyzny, na którego twarzy gościł nieznany jej dotąd uśmieszek. Nie wiedziała, co ma o nim myśleć, toteż postanowiła go zaniedbać. Nieznajomy prawdopodobnie wciąż oczekiwał jej odpowiedzi. Mocniej chwyciła w dłonie ciepłe od gorącego napoju naczynie, a następnie odparła:
– Nie może być. – Próbowała cokolwiek odczytać z jego ruchów czy mimiki, ale cóż, jej umiejętności w tym zakresie były jeszcze za słabe. – Nie zrozum mnie źle – to prawie zabrzmiało jak uprzejma prośba, aż milutko z jej strony. – Nie opłaca mi się. – Kolejne zdanie rozpoczęła od „nie”, przykro. Miała wracać do popijania swojej herbaty, ale nie chciała jeszcze rezygnować z dyskusji. Nie miała pojęcia, kiedy skończy się ulewa i będzie mogła ruszyć w dalszą drogę, toteż nie chciała się nudzić zbyt długo. – Odpowiem na każde pytanie, niezależnie od tego ile ich będzie – powiedziała pewnie, spoglądając mu prosto w oczy, – ale jeśli to mi się poszczęści, ty odpowiesz na każde moje pytanie.
Czuła się, jakby grała o rozmowę, której przebieg ustali zwycięzca w rzucie monetą. W sumie przestała się przejmować wygraną czy przegraną, zaczęła zastanawiać się, o co mogłaby zapytać blondyna. Teoretycznie nic jej nie obchodził, zresztą jak jej ogólne otoczenie. Nie miała bladego pojęcia, o co mógłby jej ciekawego powiedzieć. Z pewnością wygląda na kogoś, kto wiedzę i doświadczenie ma niemałe, ale jednak... Nie potrafiłaby w żaden sposób z tego skorzystać. Och, zaplątała się we własnych myślach, rozważaniach.
Nadeszła chwila, w której mieli rozstrzygnąć, czy zakład w ogóle się odbędzie. Jak na złość, drzwi lokalu otwarły się z wielkim impetem, a do środka wpadła tajemnicza postać. Część świec pod wpływem wpuszczonego wiatru postanowiło zgasnąć, a większość podróżnych spotkała się z nieprzyjemnym oraz nagłym uczuciem chłodu. Atalia zadrżała i spróbowała mocniej nakryć na siebie swój kożuch, a następnie rzuciła złowrogim spojrzeniem w stronę strudzonego podróżnika.
Zamknął za sobą drzwi i szybciutko podszedł do baru, aby porozmawiać z pracownikiem tego lokalu. Chciał prosić, aby udzielił mu pozwolenie na ogłoszenie, jego zdaniem, pilnego ogłoszenia. Teoretycznie nie było żadnych przeciwwskazań, ażeby móc mu zabronić, toteż odwrócił się do zgromadzonego towarzystwa i głośno odchrząknął. Nic to nie dało, więc krzyknął, a wtedy zaczął mówić o potworze, który w trakcie ulewy postanowił ponękać jego wioskę, więc z samą propozycją właściciela pobliskiej osady przybiegł aż tutaj, aby prosić o pomoc czy coś w tym stylu.
– Wyglądasz na takiego, który lubi sobie zarobić – zwróciła się do pana nieznajomego od rzutu monetą. – Nie pomożesz potrzebującym, którzy oferują ładną sumkę pieniędzy?

Angelo?
Ilość słów: 538

9 kwi 2019

Od Satoru c.d: Manon

Kiedy kładł palec na spuście nie władał nim żaden duch, żaden głos Łowcy nie szeptał mu do ucha - ten głos nie był teraz jakimś oddzielnym stworzeniem w jego głowie, ale samym Satoru. Po tylu latach wypierania się go, ignorowania i tuszowania go innymi myślami, i tak stał się częścią młodego Yoshidy. Tak też, kiedy młody Łowca ze strzelbą przy policzku i złowrogim okiem, pociągnął za spust, celując wprost w Księcia Piekła. Och, jakiż on jednak był głupi, ignorując Satoru - jakiż on był głupi, śmiejąc się prosto w twarz człowieka, dzierżącego takową broń. Cerber teraz już wiedział, co to takiego. Kiedy nabój przebił na wylot lewą pierś demona, każdy z gości wiedział. Niegdyś, dawno temu, kiedy dziada i pradziada Satoru nie było na świecie, żył Colt Yoshida. Colt był Łowcą ekscentrycznym i szalonym, chciał swoimi dziełami wysunąć się nad Boga, zapanować nad tym, co nie osiągalne dla człowieka. Wyprodukował broń, która była w stanie zabić każdego demona, bez względu na rangę, czy na wiek. Na jego cześć serię tej broni nazwano Colt. Przechodziła z rąk do rąk, każdego pokolenia i zawsze do tych pierworodnych - według wierzeń, to oni byli najsilniejsi i dziedziczyli najwięcej. Ów Colt trafił do Arsene'a, lecz teraz, gdy Satoru schodził do Piekieł, jego starszy brat bez protestu oddał mu broń; może z poczucia winy, może z czystych, dobrych chęci, kto to wie. Huk, rozdzierając całą salę, przeraził demonów tak bardzo, że na ich zwykle pogardliwych, wykrzywionych w uśmiechu twarzach, zagościł najprawdziwszy grymas strachu. Satoru patrzył, jak Salomon zaskoczony łapie się za pierś i patrzy na ciemną, jak smoła krew. Książę zmrużył oczy, jakby nie dowierzał. To koniec? Już? Ale jak to? On, wielki Książę Piekła, umierać teraz? Demon spojrzał na Satoru, który wściekle zmierzał teraz w jego stronę. Młody Yoshida powoli zaczął żałować tego, że zabił Salomona czystym strzałem. Człowiek, najzwyklejszy człowiek, beznadziejny mag i czarna owca rodziny, stał nad Księciem Piekła (Salomonem!) i mierzył jego twarz z obrzydzeniem i pogardą taką, jaką niegdyś obdarowywano jego.
- Idź do Diabła - Satoru wysyczał przez zaciśnięte zęby jak wściekła żmija i chlasnął Salomona po twarzy tak mocno lufą, że Książę zatoczył się i upadł na posadzkę improwizowanego ołtarza.
Satoru zadarł głowę i spojrzał na demoniego księdza przy również, improwizowanym, ołtarzu. Demon skulił się, jak mały, bezdomny pies, błagający o litość. Młody Yoshida kazał mu odejść, zabrać wszystkich, byle jak najszybciej i to daleko stąd, wtedy oszczędzi ich życia, choć i tak jakaś jego część tych żyć szczędzić nie chciała. Winny wszakże był tu tylko i wyłącznie on sam oraz Salomon. Satoru obiecał sobie, że nie spojrzy w oczy Manon, dopóki nie rozprawi się ostatecznie z konającym Księciem. Jak zapewne wiecie, to potężny demon, trochę jeszcze pozipie, nim kula doszczętnie rozerwie jego tkanki tak boleśnie, że całe Piekło, Niebo i Czyściec będzie słyszało jego wrzaski. Satoru z miną niezwykle poważną, sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej czarny, drobny proch. Odnalazł w nim kulkę wielkości ziarnka grochu, nawet kilka i rzucił nimi z furią o ziemię. Z posadzki zaczęły wydostawać się cienie, snuły, wiły się i syczały, by w końcu uformować się w pięć, obrzydliwych, cienistych ogarów o czterech parach oczu i zębiskach ostrych jak igiełki. Zawarczały, parsknęły i ruszyły w stronę Salomona, który z furią i przekleństwami próbował się podnieść. Psy jednak dotarły do niego wcześniej, rzuciły się na niego całą watahą i zaczęły rozdzierać ubrania i skórę demona, którą przywdział tylko po to, by bardziej ludzko się poczuć. Ogary mlaskały, szarpały i tańczyły dziki, radosny taniec. Nad ich warknięciami słychać było jego krzyki Księcia Piekła, który drapał posadzkę tak mocno, że aż szorował kośćmi dłoni po marmurze. Satoru patrzył się na to wszystko i czekał, aż będzie mu lepiej, poczuje, że zapłaci za swoje grzechy, lecz nic takiego nie nastąpiły. Patrzył na rozrywanego Salomona, na to, jak psy rozszarpują mu brzuch i flaki wyłażą na wierzch klatki piersiowej demona. Nie poczuł się ani trochę lepiej. Teraz wręcz przypomniał sobie, jak z ojcem spotkali ich piekarza-wilkołaka, który rozszarpał swoją żonę. Czuł się jak ten wilkołak, tyle że Salomon był faktycznie winny, faktycznie był grzeszny i potworny. Satoru opuścił broń, kiedy poczuł obok siebie ruch. Była to Manon. Kiedy Satoru na nią spojrzał, łamiący się przed pokusą, aby na nią spojrzeć, tysiące emocji go dotknęło. Niebywałe szczęście, że im się udało, uratował ją, prawda? Wszystko było w porządku? Przyjrzał jej się uważnie i nie mógł oderwać wzroku, czy cokolwiek powiedzieć. Była najpiękniejszą istotą, jaką kiedykolwiek spotkał, zobaczył. Wyglądała majestatycznie, bajecznie, jak królowa z bajki dla dzieci, które co on się usypia. Satoru najpierw przeanalizował jej twarz, następnie powoli jej sylwetkę, każdą krzywiznę uwydatnioną przez sukienkę. Jeśli byłby kimś obcym, i gdyby ktoś mu powiedział, że Manon wczoraj rodziła, Satoru na pewno by w to nie uwierzył. Uderzyła też go fala złości, że ktoś przez chwilę mógł ubrać Manon właśnie tak i tylko wyłącznie na swoje potrzeby. Był wściekły, że Salomon jeszcze chwilę temu usiadł na laurach i zapewne szykował się na to, że tej nocy to on zerwie z niej tę sukienkę, wyciągnie każdą szpilkę z włosów i za każdą wyciągniętą szpilkę, za każdy rozwiązany rzemyk, będzie obdarowywał ją pocałunkiem. Och, jeszcze nigdy Satoru nie był taki zły, nigdy nie mógł tak się na kogoś zezłościć. Miał ochotę raz jeszcze zabić Salomona, teraz nie żałował jego śmierci i gdyby nie psy, strzeliłby jeszcze kilka razy w pierś demona. Ostatecznie jednak wysilił się, by odpędzić tę wściekłość z oczu, która i tak pewnie nie uszła uwadze Manon i spojrzał jej w oczy. Myślał, że jej nie zobaczy, że ich losy ją już przekreślone. W tym momencie chyba oboje zapłakali. Satoru, nadal z paskudnym poczuciem winy, otoczył Manon ramionami i przyciągnął do swojej piersi, jakby nie chciał jej wypuścił. Jej sylwetka niewątpliwie się zmieniła, czuł to nawet ją przytulając i skarcił się w duchu za myśli godne wiejskiego urwipołcia.
- Manon, nigdy więcej czegoś takiego mi nie rób, jasne? - Odsunął się trochę i pocałował ją mocno, żarliwie; może dlatego, że za nią tęsknił śmiertelnie, może dlatego, że bał się, że ktoś inny mógł to robić.
Manon objęła go tylko, odwzajemniając pocałunek z takim samym zapałem. Zdawało mu się, że skinęła lekko głową na znak zgody. Trwali tak może kilka minut, a może kilkanaście, kiedy piekielne ogary, ewidentnie już najedzone, zaczęły szturchać ich nogi i skakać. Satoru nie chciał jej puścić, lecz za bardzo obawiał się, że Salomon powróci do życia - musieli wracać. Z resztą, nie chciał być w Piekle, już nie - nie miał z tym dobrych wspomnień, prócz jednego, kiedy to pierwszy raz okazali sobie z Manon nawzajem miłość. Satoru wypuścił Manon, jeszcze raz ją całując i badając wzrokiem. Sprawdzał, czy na pewno jest zdrowa, czy prawdziwa, czy nikt jej nie podmienił. Patrzył jej w oczy, które lśniły się tak samo, jej usta unosiły się tak samo w uśmiechu szczęścia i ulgi; nawet smakowały tak samo, jeśli już musicie, moi drodzy, koniecznie wiedzieć. Satoru myślał, że rozpłynie się i roztopi z ulgi. Chciał skakać ze szczęści i błagać Manon o wybaczenie. Rozlał na posadzce budynki od Cassiopeii dziwną, glutowatą ciecz i wypowiedział formułkę, którą nakazano mu zapamiętać. Chciał, aby już byli na Ziemi. Kiedy wstępowali w okrąg, a Satoru dziękował w duchu Cerberowi, natchnęła go kolejna myśl.
- Manon - serce dudniło mu w piersi szalonym tańcem, czuł, jakby zaraz grunt miał mu się urwać spod stóp. Wylądowali w tym samym miejscu co wcześniej na rynku miasta. - Manon - powtórzył ochryple, nachylając się nad nią. Wziął głęboki oddech i policzył do dziesięciu. - Manon, bardzo cię przepraszam za wszystko. Przepraszam - ścisnął jej dłonie. Musiał się ją o to zapytać teraz. Te. Raz. - Manon - spojrzał jej w oczy oprawione pięknym misternym makijażem. Już miał coś powiedzieć, ale znowu jej wygląd, jak czart, rzucił na niego klątwę. - Wyjdziesz za mnie? - w końcu wychrypiał. Ścisnął jeszcze mocniej jej dłoń, jakby w tej chwili był to jego jedyny łącznik ze światem obecnym.

aaa, mam nadzieję, że tego nie popsułam... kc <3

ilość słów: 1318

Od Manon c.d: Satoru

Jeżeli mam opisywać, jak przebiegało życie Manon w Piekle, to ujęłabym to w jedno słowo: piekielnie. Dziewczyna nie wiedziała powoli za co ma się wziąć, jadła samotnie, w pokoju, ponieważ nawet za wszystkie skarby świata, nie chciała wychodzić w tym stroju, żeby spotkać się z Władcą Piekła; byłoby to jedynie pakowaniem się w niepotrzebne tarapaty, a i tak zrobiła już w tym kierunku zbyt wiele. Czasami zastanawiała się, czy może jej matka tutaj była, bo... Nie, to niemożliwe, była wiedźmą, ale nie złą! Nie mogła trafić do podziemi, to byłoby niesprawiedliwe. Manon cicho westchnęła, próbując wyobrazić sobie moment, gdy sama przychodziła na świat, czy jej matka, Lothian Czarnodzioba, zaraz po tym, gdy została ścięta przez własną rodzicielkę, czy zaznała.. Takiej samej śmierci klinicznej, jak ona sama; co zakrawa o ironię, bo umarły praktycznie w tym samym momencie, zaraz po porodzie; tylko, że Lothian nie była winna swojej śmierci, za to Manon już zdecydowanie tak. Chciała wiedzieć, co dzieje się na górze, jak przeżywa to wszystko Satoru i jak ma się ich nowonarodzony synek, synek, który właśnie stał się starożytnym wiedźminem i białowłosa zauważyła to od razu po tym, gdy spojrzała w jego oczka. Wiedźmini, czytała o nich w legendach, byli synami wiedźm, zwykle zgładzeni zaraz po wydostaniu się na świat, aby nie siać niepotrzebnego zamętu; dlaczego? Otóż kiedyś, pierwsza w historii wiedźma, zrodzona z mroku i ogniska piekielnego, stojąca na czele armii później nowonarodzonych wiedźm; powiła syna, nikt wcześniej nie zaznał tego cudu, więc kobiety były nim bardzo zafascynowane, chłopczyk rósł w bardzo szybkim tempie, razem z emanującą z niego złością, tylko z jedną, bardzo maleńką różnicą; on był Czarnodziobym z krwi i kości, nie tak, jak nasz malutki Henryś; ten miał pazury takie same, aczkolwiek włosy czarne jak smoła, a zęby tak ostre jak te, które posiadały Żelaznozębne… Jak mówią, diabeł tkwi w szczegółach; chłopiec rósł jeszcze szybciej, osiągnął pełnoletność 10 lat po narodzinach, a później przestał się starzeć, nie był nieśmiertelny, aczkolwiek długoletni, mógł nie jeść tygodniami, aby później zaspokajać się całym stadem jeleni, bądź chmarą ludzkich, żywych istot; pochłaniał duszę jedna po drugiej, nie znając umiaru, co fascynowało wiedźmę tak samo mocno, jak ją przerażało, ponieważ jej syn był potworem w wiedźmiej skórze, prawdziwym, chodzącym demonem-apokalipsą, przepisem na totalną destrukcję wszystkiego, co oddychało. Spora część Klanu odradzała jej dalsze wychowywanie dziecka, ponieważ siał on tak liczny zamęt, że nie dało się go za nic w świecie oswoić; nie rozumiał słów typu "przestań, tak nie wolno, to za dużo", zazwyczaj wtedy prychał i szedł dalej, a zatrzymanie go zwykle kończyło się.. Śmiercią jednej z nich. Wtedy właśnie nasza Starożytna, pierwsza Matrona Klanu zaczęła zastanawiać się nad uśmierceniem własnego dziecka, ale nie mogła, była nim za mocno zauroczona, jej serce, chociaż martwe, w pełni należało do jej syna, więc postanowiła chronić go tak, jak tylko mogła, przy tym próbując troszkę ostudzić jego temperament, nie musze wspominać, jak to wszystko skończyło się dla Atiope? I tak wspomnę, otóż wiedźmini mają to w sobie, że ich moce są nieograniczone, nie skupiają się na niczym, a je mają, ich wewnętrzna studnia zawsze jest pełna i czeka na więcej wrażeń związanych z zabijaniem, mogą wszystko, oprócz ożywiania, ponieważ to.. To tylko sam jeden Bóg może. Wywołać ogień? Jejku, nie ma problemu, zmienić pogodę? Żaden problem? Usunąć z ciebie duszę jednym mrugnięciem oka? Litości, może coś trudniejszego? W każdym bądź razie Atiope próbowała, ile to już razy mierzyła w syna sztyletem, gdy ten słodko spał, lecz wyglądał wtedy tak niewinnie, jak nie ta sama osoba, która samotnie plądruje miasta bez żadnego wysiłku, pewnego razu, podczas jej ostatniej próby, która nie miała dojść do skutku; Hektor, bo tak miał na imię ów wiedźmin, przebudził się i zauważył stojącą nad nim matkę z nożem, nasiąkniętym zabójczą dawką najgroźniejszej z trucizny, której kropla powodowała wstrząsy, hibernację, ślinotok, a później natychmiastową śmierć, rzucił się na nią z przeraźliwym krzykiem, a ta nawet nie zauważyła, kiedy syn pożarł jej duszę.. I tak największa legenda Czarnodziobych, pierwsza matka wiedźm, zakończyła swój żywot, a zabił ją własny syn, któremu krzywdy nigdy nie chciała zrobić; z racji tego, że jej dusza została pożarta, nigdy też nie dostała się do piekła i nie zaznała życia po śmierci. Czarnodziobe ostatecznie złączyły się i zaczęły polować, po wielu próbach, latach walki z Hektorem; zabiła go Hekate, prababka Manon, a matka Rhiannon Czarnodziobej; dlatego też krew Manon stała się krwią następców wiedźm, przecudowną linią bordowej krwi, która uwolniła świat od wiedźminów, a teraz Manon, powiła syna, Henryiego, który żył i również był wiedźminem. Nasza białowłosa robiła dosłownie wszystko to, czego nie powinna, a jej prababka pewnie teraz przewraca się w grobie, a co... Jeżeli jest w piekle? Przez chwilę Manon przeszyła fala przerażenia, ale uspokoiła się, gdy uświadomiła sobie, że i tak nie da się jej zabić, jedyne co, to miałaby tu żyć z rodziną, która nie do końca ją teraz polubi, to wszystko, jakby nic nie zmieniło się od tego, co miała na górze przed spotkaniem z Yoshidą. W każdym bądź razie, jej wywody przerwały służki, które weszły do jej pokoju z cudowną, naprawdę cudowną, czarną, błyszczącą suknią, która wręcz emanowała królewskim majestatem, a więc miała być teraz władczynią piekła?
- Zostawiamy to dla Ciebie na jutro - prychnęła jedna z nich - Żal patrzeć, że wymienili Cię za Arsenka - westchnęła, a ta druga jakby pogrążyła się teraz we własnych marzeniach - nadal nie rozumiemy, co ty masz w sobie takiego, czego my nigdy nie miałyśmy - cmoknęła, jak wcześniej zrobił to Salomon i wypięła się niczym kocica - kształty masz niczego sobie, ale nam nie dorównasz, co masz w sobie, wiedźmo? - Manon przez chwilę była pewna, że jedna z nich zaraz się na nią rzuci, więc od razu przyjęła postawę obronną, lecz one tylko zaśmiały się przeraźliwie, lecz zamilkły, gdy do pokoju zawitała kolejna osoba, Salomon we własnej osobie.
- Wystarczy już tego, drogie panie - odparł i wyprosił je gestem dłoni, białowłosa w tym momencie cała przykryła się ciemną kołdrą, jakby próbowała ochronić się od mierzącego ją wzroku demona - Boli mnie to, kiedy tak się przede mną zasłaniasz, droga Manon, naprawdę nie wiesz ile bym dał, żeby w końcu cię skosztować, ten człowiek musiał mieć niesamowite szczęście - mężczyzna cały się napiął, jakby jego rządze zamieniły się w chwilową zazdrość - Cóż, skoro ja Cię tak bardzo kuszę, jak ty mnie, to zostawię tę noc na jutro - westchnął, był odrobinę zawiedziony i Manon wiedziała, że w wyobraźni wyrabia właśnie niezbyt normalne rzeczy - Dobranoc moja miła i do zobaczenia przy ołtarzu.
W momencie, gdy demon zniknął, Manon się rozpłakała. Nigdy nie sądziła, że miałaby zostać czyjąś żoną, a jeżeli już miała nią być, to tylko jednego Łowcy. Osunęła się powoli na poduszki, które o dziwo wydawały się miękkie, jej zmęczone, szklane oczy, od razu wyrażały protest, bardzo chciały spać, aczkolwiek nasza wiedźma nie chciała zbliżać się do kolejnego dnia... Tę walkę z ciałem niestety przegrała.
~~*~~
Następnego dnia wielkie przygotowania zaczęły się bardzo wcześnie, dziewczyna była na przeróżnych zabiegach, u fryzjerów, demonic, które zajmowały się makijażem, wszystko tak, jak na górze, tylko wykonywane bardziej brutalnie i.. wyzywająco. Nie ukrywały tego, jakie miały do niej uczucia, bo uderzały ją przy przejściu w bark lub mocno szarpały za włosy, gdy starały się uformować różne, niesamowite fryzury, które idealnie podkreślałyby wystające kości policzkowe wiedźmy. Po paru godzinach Manon była już gotowa, a gdy zobaczyła się w lustrze, to naprawdę oniemiała.. Wyglądała cudownie, jakby rola Królowej Piekła była jej przypisana od urodzenia, jakby właśnie tak miało być, lecz czy była szczęśliwa? Oczywiście, nigdy wcześniej nie czuła się tak piękna, jej skóra, którą okalały czarne, choć cudowne szaty, wręcz błyszczała, ale... W końcu przypomniała sobie za kogo wychodzi i cały czar prysł. Była piękna, nigdy nie czuła się piękniejsza, wszystko to związane z ciążą, zostało zagojone, lecz nawet dodało jej uroku i lepszych kształtów, pełniejszych, nie była już kościstą Manon, lecz Manon w pełni kobietą, z kształtami dalszej gruszki, aczkolwiek o wiele seksowniejszą. Zastanawiała się, czy teraz podobałaby się Yoshidzie jeszcze bardziej, w końcu przestała być dziewczyną i zyskała więcej atutów; zmieniła się, na lepsze, chociaż nie mnie to oceniać, bo sama jestem tylko płcią żeńską. Zbliżali się do ołtarza, widziała w nim Księcia Ciemności takiego radosnego, jakby właśnie zdał sobie sprawę, że odkrył lekarstwo na raka, więc tak wiele niepotrzebnych dusz nie musiałoby się mu tutaj kręcić, aczkolwiek wiadome było, że to nie to wprawiło go w ten cudowny nastrój, jedynie fakt, że dziecko z tą przepiękną wiedźmą da mu to, czego zawsze chciał; podbije niebiosa.
- Salomonie, czy chciałbyś połączyć się węzłem małżeńskim z tą istotą ciemności, córą demonów i szatańskim nasieniem we własnej osobie i czy przyrzekasz, że włos nie spadnie jej z głowy w Krainie Cieni? - odparł diabelski kapłan, jakby wyśmiewał się z tego, jak ślub powinien wyglądać tam na górze.
- Chcę i przyrzekam - uśmiechnął się mężczyzna, nadal okalając kobietę swoim wzrokiem. - Czy jest na sali ktoś, kto śmie sprzeciwić się temu małżeństwu? - warknął do obywateli diabeł, lecz nie spodziewał się tego, co za chwilę miało się wydarzyć. Do niby kościoła wbiegł mężczyzna z bronią, ze srogą miną i krzyknął, że zdecydowanie on nie zgadza się na to, co tu się wyrabia; Manon natychmiast poznała ten głos i odwróciła się w stronę Yoshidy, który... Nie wyglądał już jak niewinny chłopiec, tylko jako mężczyzna, który chce odzyskać to, co kocha. Myślała, że przez chwile upadnie i zemdleje, ale zapomniała, że przecież nie była cielesna.
- Satoru… - odparła, tylko jego imię zdołało się wyrwać z jej ust, gdyż zaraz po cichym śmiechu Salomona, na sali usłyszano strzały.

Musiałam przyspieszyć, bo inaczej bym nie zdażyła, gomene;-;

ilość słów: 1576

Od Satoru c.d: Manon

Satoru wpatrywał się w zaczerwienione od łez oczy Cassiopeii. Serce dudniło mu w piersi i ręce drżały, kiedy wysłuchiwał tego, co mówiła czarownica. Jego ukochana Manon poświęciła się za jego brata. Jakże to było... piękne. Z jednej strony czuł jednak się wszystkiemu winny - gdyby tamtej nocy nie pozwolił wyjść Arsene'owi z domu, Arsene nie wylądowałby w Piekle i nikt nie musiałby się za niego poświęcić, jednakże wtedy... wtedy Manon i Satoru nie mieliby syna. Młodszy Yoshida zacisnął zęby, obrzydliwe poczucie winy wciąż krążyło w jego żyłach - to on powinien teraz siedzieć w Piekle i odbębnić tam robotę za swojego brata, a nie jego ukochana! Pozwolił sobie na jeden, rozrywający gardło szloch, a później spojrzał na Arsene'a ze spojrzeniem zapewne niemiłym. Co za bezuczuciowy dupek. Co za idiota! Nic, tylko siedział tutaj z rękoma skrzyżowanymi na piersi koniec i kropka! A przecież Satoru i Manon ledwo co zaczynali wspólne życie! Mieli się wyprowadzić, zacząć żyć samodzielnie, wychować syna - Satoru nawet od dłuższego czasu planował się Manon oświadczyć. Co czekało ją w Piekle? Co chcieli jej zrobić? Dzika furia wkradła się do jego głowy i głos Łowcy, zaginiony, w końcu głośno się ozwał:
Idziemy zabić każdego, kto ją tknie.
Ponownie wrócił spojrzeniem do Cassiopeii, zaciskając dłonie, wciąż emanując wściekłością, której opanować nie mógł.
- Chcę się dostać do Piekła, natychmiast - na koniec zdania, jakby je akcentując, skinął głową. Cassiopeia puściła dłoń Henry'ego i zmierzyła Satoru od stóp do głowy zmęczonym spojrzeniem. Skinęła głową w odpowiedzi i wstała z kanapy. Wszyscy w pokoju obserwowali siebie nawzajem, swoje zatroskane i mokre od łez twarze.
- Przygotuj mi jakąś broń - warknął do brata. Ten, ku jego zaskoczeniu, burknął coś w odpowiedzi i od razu ruszył się do całego swojego łowieckiego arsenału. W tym czasie, bowiem, Satoru chciał jeszcze raz zerknąć na swojego syna i mówić do niego choć przez chwilkę, mimo tego, że maluszek i tak pewnie nie zrozumie jego słów.
Wszedł ostrożnie na górę i przystanął przy łóżeczku maleńkiego Henry'ego. W tych czasach dzieci nie leżały przez pierwsze swoje chwile w inkubatorach, lecz w swoich łóżeczkach albo przy matce. Tak samo od razu piły mleko matki, aby zaspokoić swój głód. Satoru, myśląc tak, prawie opadł na swoje kolana i spuścił wodę. Zabije tego Salomona, a później brata, no chyba że ten zmądrzeje i okaże krztynę wdzięczności. Jego Manon żyła, prawda? Poniekąd? Wróci po nią, zabierze ją i wszystko będzie jak dawniej. Musi wziąć sprawy w swoje ręce, a nie wierzyć bogom na słowo, że będą szczęśliwi. Spojrzał ostatni raz na pogrążonego we śnie syna i wstał, wypowiadając do maleństwa proste "Kocham cię".
W pokoju obok, najprawdopodobniej tam, gdzie wezwano Salomona, bo śmierdziało wszędzie siarka, Cassiopeia już czekała na Satoru, by odesłać go do Piekieł. Satoru nie miał bladego pojęcia, gdzie szukać Manon, na pewno w okolicy pałaców Salomona, ale gdzie konkretnie? Zarzucił plecak na plecy, strzelbę przewiesił przez ramię i skinął wszystkim wokół. Wciąż był zły. Był okropnie wściekły - na siebie. Wszedł do środka wielkich okręgów, podobnych do tych na pierścieniu i w milczeniu wysłuchiwał rytuału odprawianego przez dwie czarownice. Jego oczy błyskały wściekłością i gromami jak wzburzony ocean. Kiedy ostatnia zwrotka rytuału się zakończyła, Satoru dostrzegł, jak wszystkie kształty się zamazują, cały pokój wiruje i podłoga zapada się pod nim. Właśnie trafiał do Piekła.
xxx
Wylądował na miękkiej, niepasującej do Piekła trawie. Sprawdził, czy wszystko ma i podniósł się na łokciach. Zadarł głowę do góry i nad jego twarzą wisiały trzy, ogromne psie łby. Zamiast poblednąć, jak niegdyś by to zrobił, uniósł z furią strzelbę i ją odbezpieczył, kiedy pies odezwał się niepozornym, idiotycznym tonem głosu:
- O matko, to Łowca! Proszę nas nie zabijać, wy psów i tak nie jadacie! - Cerber cofnął się o kilka łokci.
Satoru nie opuszczał broni, ciężko mu było uwierzyć, że legendarny strażnik Piekieł to taka oferma, która w dodatku ma głos strasznego przygłupa. Chyba tylko straszyła wyglądem tych rzekomo "odważnych". W końcu Yoshida opuścił broń.
- Czy trafiłem na ziemie Salomona? - młody Yoshida uważnie zbadał wzrokiem okolicę - były to jakieś przedmieścia, prawie jak wieś, lecz na swój sposób urokliwa. Satoru jednak widział tu jedynie potencjalne zagrożenie życia, nic więcej.
- Och, tak, to tutaj. Pewnie się zastanawiasz, co tak pusto, no nie? - Cerber zaszczebiotał i wyszedł na przód Satoru. - Dzisiaj Salomon się żeni, całe jego księstwo jest na ceremonii!
Satoru odeszły wszystkie kolory twarzy tak szybko, jak nowa fala wściekłości zamroczyła mu w oczach. Salomon się żenił, tak? Czyżby z Manon? Żołądek mu się ścisnął, co jak...? O matko, co jak on się spóźnił?
- Jesteśmy daleko? Musisz mnie tam zaprowadzić - Satoru warknął niezbyt mile na Cerbera, lecz ten nawet tego nie zauważył i radośnie skinął głową. - Tylko żwawo, nie jestem tutaj na wycieczce.
- A powinieneś - rzucił tylko w odpowiedzi Cerber i ruszył swoje ogromne, płowe cielsko.
Szli dosyć długo, Satoru cały w nerwach, ciągle majstrując coś przy strzelbie. Podobno jej naboje są w stanie zabijać demony. Jeśli Salomon choć tknął Manon, Yoshida już wiedział, że cały magazynek pójdzie na szczytny cel zabicia tego demona. Cerber w tym czasie plótł trzy po trzy i bujdy na resorach o Piekle, pewnie byle się komuś wygadać. Satoru nie za bardzo go słuchał, za co też czuł się może troszkę okropnie. Pies prowadził go, szczebiocąc radośnie po mieście, nawet nie pytał się o cel przybycia Yoshidy ani o jego imię, po prostu sam gadał jak najęty i podśpiewywał. Satoru trochę się rozluźnił słuchając takich dyrdymałów, lecz kiedy stanęli przy wejściu do głównej części miasta złość, wręcz wściekłość oraz reszta negatywnych emocji wróciła, tak samo jak głos Łowcy, który drażnił i prowokował. Satoru miał ochotę tu wszystko zniszczyć, instynkt mu mówił, że wszystko jest tutaj przeklęte, że naturalnym dla niego jest właśnie zniszczenie wszystkiego wokół. Zabawne, jakoby jego geny rodzinne ujawniły się dopiero po dwudziestu dwóch, prawie trzech, latach. Cerber zauważył jego spięcie, więc przekrzywił swoje trzy łby, co wyglądało komicznie i wychrypiał:
- Tak właściwie, to po co ty się tam na to wesele pakujesz? Demonem raczej nie jesteś - psisko zachichotało.
- Cóż... stare porachunki - Satoru syknął i wiedziony siłą wyższą lawirował między uliczkami, wysilając swe zmysłu. Nie mógł teraz wybuchnął, byłaby to strata czasu, którego i tak, kto wie, może już nie miał wcale. Przyspieszył.
- Czekaj! Nie biegnij tak! Jesteś człowiekiem, oni cię zjedzą! - Cerber ruszył za nim, prawie jak ogary Satoru, noga za nogą.
- Niech tylko spróbują - Satoru spojrzał na psa w trzy pary jego oczu. - W naszej rodzinie od wieków się na to nie pozwala. I dzisiaj też na to nie pozwolę.
Cerber zacisnął swoje szczęki każdego z łbów i już w milczeniu prowadził młodego Yoshidy, trochę chyba przerażony spojrzeniem młodego mężczyzny i jego stanowczością. Cerber, jak Boga w Piekle kocham, nie spotkał jeszcze tak śmiałej duszy. W prawdzie, Satoru i tak rzucał się w sam ogień piekielny, a za kim? Cerber mógł tylko snuć domysłu. Może i na pozór głupi, domyślał się, że piękna, młoda małżonka Salomona wcześniej mogła być z tym dziwnym człowiekiem. Cerber patrzył na Yoshidę ukradkiem. Był to na pewno chłop wysoki, dobrze zbudowany. Wojskowy? Z Ziemi? No nieźle. W dodatku ta strzelba. Zwykle normalne naboje nie krzywdzą demonów, więc Cerber nie miał, co się obawiać, ale ta broń pachnęła znacznie inaczej niż ludzka. Co w niej było? Strażnik Piekieł nie wiedział, postanowił milczeć, bo sztorm w oczach chłopaka mógł zatopić furią niejednego Księcia Piekieł.
- Em... człowieczku, to tutaj.
Wraz z Satoru zatrzymał się przed ogromnym gmachem czarnej jak smoła, lecz urzekającej budowli, która zdawać by się mogła kościołem z daleko. Tak na prawdę był to budynek wzniesiony raczej ku kpi kościoła - patrzcie, bierzemy ślub w odświętnym miejscu. Satoru zacisnął szczękę tak mocno, że aż poczuł nieprzyjemne chrupnięcie w żuchwie. Nie miał na co czekać, więc ruszył żwawym krokiem do wrót, kiedy wielkie łapsko Cerbera.
- Chcesz tam tak po prostu wbiec? Pomyślałeś, co dalej? - Satoru szarpał się wściekle i dopiero wtedy, kiedy uniósł strzelbę przed czoło Cerbera, ten go puścił. - Poczekajmy może chociaż na właściwy moment, wtedy, kiedy będzie można wnosić sprzeciwy. To będzie zgodne z prawem i nie będą mogli cię od razu zabić.
- To ma być śmieszne? Wolę żarty w innych chwilach, wiesz? Co, mam stać i patrzeć przez okienko kiedy ich... ksiądz? Nie wiem, kto, ale powiedzmy, że ksiądz, zapyta się, czy są jakieś sprzeciwy? 
- W rzeczy samej - Cerber skinął głową, śmiertelnie poważnie. Satoru zmrużył oczy, był teraz kłębkiem nerwów, ale pies miał rację, musiał myśleć, co dalej. Jeśli zabiją go tutaj, teraz, to na nic się nie przyda. Umrze. Nie zobaczy już więcej swojego syna... Manon też. Gardło mu się zacisnęło i ostatecznie skinął głową. Podszedł do małego okieneczka w drzwiach i przyłożył do niego oko. Jakież wydawało mu się głupie, ale jak mawiano: Diabeł tkwi w szczególe. Cerber stał za nim i jakby z aprobatą kołysał się na wielkich łapskach. Za to głos Łowcy darł się w głowie Satoru: No już, wbiegnij tam! Odebrali ci kobietę, odebrali ci szczęście! Idź i ich zabij! IDŹ, a później z rąk zmyj ich krew, jak zwycięstwa. Głos ten przerażał zwykle spokojnego i życzliwego Satoru, ale czasami również i dodawał niewyobrażalnie wielkiej adrenaliny. Motywował, brzmiał jak tysiące ludzi, całe tłumy wykrzykujące mu nowe idee. Cerber szepnął mu do ucha:
- Teraz, człowieczku! Leć!
Satoru jak z procy otworzył drzwi, prawie kopniakiem, jak to często widzi się na filmach. Strzelbę miał opartą na ramieniu i oko przy wizjerze.
- Nie zgadzam się! - ryknął, czując jak jego paznokcie na spuście zamieniają się w smocze szpony. Widział go, widział dokładnie Salomona i w tym momencie twarz Satoru była pozbawiona emocji, jakby grał w karty i jakby trzymał tę swoją ostatnią.
Salomon wyszczerzył się jedynie do niego. Trochę z zawodem, może spodziewał się czegoś lepszego, kto wie? Satoru dopiero potem przeniósł swoje spojrzenie na Manon, opuszczając wizjer strzelby. Była ubraną w czarną suknię o fasonie bynajmniej ślubnym. Satoru pobladł. Spóźnił się? Manon wyglądała na zdrową... Jej sylwetka trochę się zmieniła, zapewne przez ciąże - trochę się wypełniła wręcz i w tej sukni wyglądała majestatycznie, jak władczyni. Satoru zatrzęsły się ręce, kiedy poruszył ustami, wypowiadając jej imię. Wzdrygnął się, słysząc ponownie głos Łowcy w głowie. Kazał mu się skupić na Salomonie. I go zabić. Teraz. Satoru uniósł strzelbę.

omg, ale wąż. Manon? <3

ilość słów: 1679

Od Manon c.d: Satoru

Czy każdy z nas oby dobrze wie, czym jest śmierć kliniczna? Śmierć, jaka by nie była, ta świadoma, pozostaje najgorszą z jej odmian; ponieważ człowiek, a w tym przypadku nawet i wiedźma, wiedzą i widzą w pełni to, co aktualnie dzieje się wokół ich już martwego ciała. Wszelkie oznaki życia znikają, ciało; niegdyś ciepłe, dzisiaj już uderzający, brutalny chłód, który sugeruje, że Kostucha pozostawił już na nim swoje kościste łapska; ginie na zawsze i nieodwracalnie. Manon, białowłosa wiedźma, stała obok nich wszystkich, rozpaczających i nie kryjących urazy co do jej popełnionego czynu; z rozłożonymi rękami, gdyż teraz swego paktu odwrócić nie mogła; patrzyła na swojego syna, na mężczyznę swojego życia i na Henryiego, który również płakał; przypomniało jej się wtedy zdarzenie sprzed roku, gdy to pierwszy raz odwiedziła to miejsce, jako nieustraszona i przeraźliwa Manon, następczyni Klanu Czarnodziobych, która nie brata się z ludźmi; dzisiaj nawet stworzyła rodzinę z jednym z nich, ale na jak długo? Dwie, może trzy minuty, zanim wszystko spaprała, odchodząc na zawsze. Jej dziecko nie będzie miało matki, o ile Satoru nie znajdzie sobie ponownie kobiety.. Ta myśl zabolała odrobinę naszą wiedźmę, ale nie mogła być przecież taką egoistką, każdy zasługiwał na szczęście, a tym bardziej ten Yoshida. W każdym bądź razie trafiła tutaj przypadkowo, oziębła i opadająca z sił przez gorączkę, która trawiła jej ciało gorącym, piekielnym żarem; była wtedy w stanie wręcz przed agonalnym i gdyby wtedy umarła... Może los Yoshidy potoczyłby się inaczej, w każdym bądź razie nie płakałby, nie teraz. Przechodziła koło nich po kolei, patrząc na ich smutne twarze i próbując ich rozweselić, nawet coś powiedzieć, że będzie w porządku, przecież poradzą sobie bez niej, lecz żadna z tych żywych dusz niczego nie słyszała. Białowłosa ostatecznie odetchnęła, jakby próbowała wszystkie swoje problemy odeprzeć od siebie grubym murem z powietrza, nie żałowała niczego, co zdarzyło się w jej życiu, popatrzyła na swoje małe dziecko, na synka, którego oczy były tak wspaniałe i znów prawie się popłakała, a on... Płakał również. Przez chwilę bała się spojrzeć na siebie, zobaczyć, kim teraz jest, ale uniosła dłoń wysoko i ostatecznie na nią spojrzała; dłoń, niby taka sama, lecz jeszcze bledsza niż kiedykolwiek wcześniej i przeźroczysta; no jasne, Manon stała się przecież duchem; była tylko duszą, której ludzkie oko w normalnym świecie dostrzec nie mogło. Uśmiechnęła się smutno jeszcze raz do wszystkich, słyszała, jak Satoru nadal krzyczy i błaga, żeby Henry próbował ją uratować, widziała w nim tą wściekłość, że lekarz był bezradny, ale przecież to nie była jego wina, tylko jej. Yoshida przeklinał wniebogłosy, że Bogowie powinni być zawsze pomocni, nosić szczęście i rozdawać je tym, którzy go potrzebowali, a on potrzebował tego szczęścia i ba, przez chwilę go miał, lecz bezkarnie mu to zabrano. Nasza wiedźma jeszcze nigdy w życiu nie chciała tak mocno kogoś przytulić, powiedzieć, że sercem będzie zawsze z nimi, że ich nie opuściła, nie tak do końca, ale nie mogła i chyba to uderzyło ją najbardziej. Dotknęła dłoni Cassiopei, a ta najeżyła się przez chwilę jak kot; no tak, przecież była jedyną, która miała kontakt z zaświatami; wyczuwała jej obecność, chociaż nie mogła jej dostrzec i Manon przysięgła, że usłyszała, jak najstarsza z wiedźm cicho wymawia jej imię. Tuż przed samym odejściem wiedźmy, ta spojrzała jeszcze na brata Arsene; mężczyznę, który był plątaniną emocji, bardzo chciał nie pokazywać, że ubolewa nad tym, co właśnie się wydarzyło i mniej więcej domyśla, dlaczego białowłosa leży martwa.
- Kocham was - wyszeptała Manon, gdy cały jej widok rozlał się w czerń. Opadła na zimną posadzkę z czarnego marmuru, a wszędzie wokół panowała grobowa cisza i było.. Tak przytulnie ciepło; była to zatem kwatera główna Władcy Piekieł, Salomona. Dziewczyna wstała na nogi i otrzepała się z kurzu, a raczej popiołu, który okalał cały zakątek Piekła. Mężczyzna, władca, wyglądał jak zwykle mężnie i dostojnie, jakoś bardzo mało piekielnie, ale dalej strasznie; niczym dojrzały, dobrze zbudowany mężczyzna o czerwonych ślepiach, mierzących teraz od stóp do głów Czarnodziobą. Uśmiechał się, lecz w jego uśmiechu kryła się dzikość i plan, którego dziewczynie nie udało się do tej pory poznać; jasne, że obiecała, że za niego wyjdzie, ale co miał na celu umawiając się na małżeństwo z wiedźmą, która była teraz martwa?
- Jeżeli sądzisz, że nie jesteś cielesna, lepiej spójrz na siebie - uśmiechnął się żarłocznie Salomon, w dalszym ciągu goszcząc białowłosą swoim wzrokiem. Manon nawet się nie zawahała, spojrzała i niedowierzała w to, co właśnie zobaczyła; miała ciało, mogła się dotknąć i nie była już przeźroczysta - Otóż to zasługa tego, że jesteś teraz w Piekle, czyli tam, gdzie miejsce zmarłych, jeżeli ponownie znalazłabyś się na górze, znów byłabyś tylko białym duszkiem, którego nikt nie widzi, chociaż w dalszym ciągu nie mogą dotknąć Cię osoby żywe, lecz zobaczyć już tutaj tak - stworzył obok białowłosej wielki, czarny tron, z wielką, wygrawerowaną literką C, która od wieków oznaczała Ród Czarnodziobych - Będziesz teraz moją żoną, siądź dostojnie, jutro wieczorem stanę się twoim mężem, a gdy już to się stanie, wreszcie Cię posiądę i twoje ponętne od zawsze ciało - cmoknął wymownie, powoli wypowiadając owe słowa - Nie wiem tylko jak taka wiedźma, taka najpiękniejsza z wszystkich obecnych, oddała się zwykłemu człowiekowi, hm? To smutne, że musze gościć w twoich progach po zwykłym człeku, aczkolwiek wątpię, że wytrzymam nawet do ślubu - wtem zasyczał niczym wąż, który skrada się do swojej ofiary po cichutku; belzebub we własnej osobie. Manon przez chwilę siedziała nieruchomo, ale teraz odważyła się na to, aby zasłonić swoje ciało, gdyż nosiła teraz bardzo ekstrawagancką kreację, która zbyt dużo odsłaniała; miała odkryty brzuch, już wyleczony, jakby za sprawą magii i prawie było widać jej piersi, nie wspominając już o przykrótkiej mini spódniczce, która pojawiła się na niej od razu przy lądowaniu. Nie mogła dopuścić do siebie faktu, że miałaby jutro oddać się Salomonowi, że w ogóle miałaby oddać się innemu, oprócz Yoshidzie; kochała go, całym sercem i wiedziała, że jej ciało należało tylko do niego, lecz w obecnej sytuacji, cóż, nie miała zbyt wielkiego wyboru; nie wydostanie się z Piekła. Służące, lekko zazdrosne demonice wzięły wiedźmę za ręce i zaprowadziły do odosobnionej komnaty, w której miała spędzić ostatnią noc sama.
~~*~~
Cassiopeia stała i nie mogła uwierzyć w to, co właśnie się działo, mimo tego, że wiedziała, co Manon zrobiła i jakie będą tego konsekwencje; uparcie wierzyła, że może Salomon zapomniał o pakcie, że zapomniał o jednej duszy, przecież miał ich tak wiele, lecz nie, zabrał dziewczynę z tego świata tak szybko, że nawet nie zdążyła nacieszyć się swoim własnym, dopiero urodzonym synem. Cała się trzęsła, pierwszy raz od wieków nie wiedziała, co ma zrobić, jak postąpić i co powiedzieć, dopóki nie poczuła na swojej dłoni chłodu, jakby ktoś, coś zimnego i nie z tego świata; położyło na niej swoją dłoń; wzdrygnęła się mimochodem, po czym szepnęła; jakby sama do siebie imię dziewczyny, od której myślała, że dotyk pochodził; łzy potoczyły się żwawym strumykiem, lecz dopiero po chwili, gdy usłyszała głos swojej małej dziewczynki, który mówił o tym, że ich kocha, zaczęła naprawdę niesamowicie płakać, albo nawet i wyć; dotyk zniknął, lecz wzrok wszystkich spoczął na najstarszej z wiedźm, która dawała upust swoim emocjom, nawet Henry do niej przybiegł, a ta przez targane nią emocje, dała się mu przytulić.. I siedzieli tak, przez chwilę, wszyscy razem, rozpaczając nad tym, co stracili, ale też ciesząc się z tego, co zyskali, dopóki Cassiopeia Czarnodzioba nie ocknęła się z transu i nie zrozumiała tego, co właśnie udało jej się zaznać.
- Manon Czarnodzioba nie odeszła - uniosła do góry głowę i pozbyła się nadmiaru łez na policzkach - przed chwilą tu była, wiem, bo poczułam jej dotyk, jej cząstka dalej żyje, przebywa - spojrzała wściekle na Satoru, który rozmawiał teraz z Arsene, którego hipotezy niby zgadzały się z rzeczywistością, lecz nie miały odpowiednich informacji - Ona żyje, Satoru, nie tutaj, ale na dole. Związała Pakt z Królem Salomonem, aby twój brat mógł wrócić, początkowo w zamian chciał waszego syna, lecz ta oddała mu się szybciej, niż zdążyłam mrugnąć i cokolwiek począć w tej sprawie; oddała mu swoje życie, za Ciebie, Arsenie - spojrzała teraz na brata Oru - Za Ciebie, za osobę, która do dziś nienawidzi wiedźm i tępi je w głowie, wiedźma Arsenie, WIEDŹMA - krzyknęła te słowa w jego stronę, aby wzbudzić w nim chociażby jakiekolwiek emocje, nawet nie zauważyła, że przy tym wszystkim trzyma Henryiego za rękę i ściska ją mocno - Satoru, jeżeli chcesz ją jakkolwiek uratować, to musisz się pospieszyć i zejść po swoją ukochaną aż po samo dno Piekła.

Beng!x"D Mamy to, ale się cieszę, że napisałam to dzisiajXD Oruś? <3

ilość słów: 1400

Od Satoru c.d: Manon

Kiedy minęły dwa dni - spędzone w niezwykle... niezręcznej, wyczekującej atmosferze - Satoru siedział jak na szpilkach. Dziecko mogło przyjść na świat w każdej chwili, prawda? Rano, przy śniadaniu, kto wie, może na spacerze. Jeśli mam być szczera już wcześniej przeczytał chyba wszystkie książki na temat rodzicielstwa i wysłuchał wszystkich rad wuja, mimo że ten dzieci własnych nie miał. Kupili już prawie wszystko dla ich dziecka, wystarczyło tylko w zasadzie czekać. I w tym czekaniu tkwił cały diabeł. W dodatku, dzień wcześniej przyszedł do wuja Arsene, obwieszczając, że będzie tu nocować - koniec i kropka. Satoru starał się jakoś z nim porozmawiać, w inteligentny sposób wydobyć informacje, lecz ten odpowiadał jedynie monosylabami. "Tak", "Nie" i "Idź sobie, tatuśku". Młodszy z Yoshidów nie miał zamiaru się kłócić, w zasadzie nie cierpiał kłótni i sporów - to była jedna z wielu przyczyn opuszczenia jego rodzinnego domu. Gdy Satoru siedział przy stole i zastanawiał się jaką tymczasową pracę wybrać, usłyszał pośpieszne kroki... No może nie pośpieszne, ale zdanie "No jeszcze trochę, Manon, kawałeczek" i cichy syk, rzucił się do drzwi jak opętaniec. Dzięki Bogu, nie wyrwał ich z zawiasów, wtedy to dopiero by było! Cassiopeia i Asterin wyglądały na potwornie zaniepokojone, ale też w pewien sposób na... może... szczęśliwie? Wszakże to teraz Manon... rodziła. Ona rodziła. Satoru zatrzęsły się ręce - to teraz, to właśnie ten moment! Już zaraz oboje będą rodzicami, czyż nie? Przy jego boku przystanął wuj Henry z miną poważną - wiedział prześwięcie, co się właśnie dzieje.
- Manon, dasz radę - wuj tylko rzucił i pomógł przejść białowłosej przez próg.
Henry skinął na swoich obu bratanków. Arsene złapał Satoru za ramię, wręcz szarpnął i odciągnął. Zniknęli na chwilę i w tym momencie Henry opowiadał Manon jak ma się ułożyć na łóżku w sali. Nigdy nie odbierał porodu czarownicy, więc kiedy zakładał rękawiczki, obmywszy ręce, zastanawiał się, jak bardzo może różnić się to od porodu człowieka. Zapewne jest to o wiele boleśniejsze. Poinstruował Manon jak ma oddychać - powiedział jej wszystko; ile mogą trwać skurcze, ile może trwać poród, jak powinna reagować na skurcze i jak dostosować swój oddech w takiej sytuacji. Wszystko było ważne, wszyściutko. Zapewnił białowłosą, że Satoru zaraz się zjawi, że do tej chwili Manon ma jego i Cassiopeię... Henry widział, jak młodszą czarownicę nękają fale bólu, mimo że próbowała to skutecznie ukryć. Kobiety, różnie oczywiście to bywało, zazwyczaj krzyczały i przeklinały swoich mężów podczas porodu. Wiadomo, że te przekleństwa prawdziwe nie były, raczej był to impuls, każący się wykrzyczeć. Manon, jednak, takich rzeczy nie robiła, choć pobladła wyraźnie na twarzy. Henry'ego wiele kosztowało odwrócenie się do Cassiopeii, kiedy przygotowywał rozmaite ręczniki. Spojrzał jej prosto w oczy, wziął głęboki oddech i nakazał przynieść morfiny. Powinno to pomóc naszej białowłosej. Musiało. W końcu do sali wpadł i Satoru. Wiele emocji właśnie atakowały jego głowę. Miał wrażenie, że zaraz nogi mu się ugną. Trwał ten dzień, ten, w którym ich syn przyjdzie na świat. Nie dowód ich miłości, a jej owoc, a są to, wszakże, dwie różne rzeczy. Blady jak papier, z sercem walącym w piersi, prawie podczołgał się do Manon i chwycił ją za rękę. Od razu białowłosą ją ścisnęła, prawie z całej siły - aż kości zatrzeszczały naszemu Yoshidzie. Henry spoglądał na zegarek - kiedy nadchodzą skurcze przez określony kawałek czasu, kobieta musi przeć, aby dziecko mogło wyjść na świat. Później dał zegarek Satoru - wiedział, bowiem, że jego głos, ciche wypowiadanie liczb i instrukcji działa bardziej kojąco na naszą białowłosą. Henry wszystko nadzorował, sprawdzał stan zdrowia Manon. Pobladł również, kiedy jej puls przyśpieszał, zwalniał - skakał w górę i w dół.
- Manon, musisz spokojnie oddychać - powiedział do Czarnodziobej, wciąż patrząc się na monitory.
Henry pokusił się też, aby mierzyć temperaturę Manon. Stale i cyklicznie rosła, toteż z uporem nakładał jej na czoło zimne okłady. Z każdą chwilą byli coraz bliżej tego cudu. Satoru nie opuszczał Manon i raz po raz wpatrywał się w wuja wyczekująco - czy nie ma nic do powiedzenia. Minęły trzy godzina, kiedy Henry Yoshida oznajmił dumnym, teraz już, rodzicom, że jest to zdrowy chłopiec. Dzieciątko zaczęło płakać. Miało zdrowie płuca w takim razie. Kiedy Henry odciął pępowinę małemu Henry'emu, ułożył na rękach Satoru chłopczyka. Wuj zamrugał szybko odpędzając łzy. Usłyszał, jak Manon zaszlochała i wraz Satoru. Młody Yoshida pozwolił sobie płakać, gdy tak trzymał na rękach ich... swojego synka. To było dziecko - będzie ich dzieckiem, cudem, któremu pokażą cały świat. Wielki obowiązek, wielkie doświadczenie. Czar wielkiego szczęście, czar tego cudu, tej... magii prysł, kiedy na salę wbiegła Cassiopeia, krzycząc przeraźliwie. Satoru pobladł i mimowolnie ich synka przytulił bardziej do piersi. I wtedy wszyscy spojrzeli na monitory i na Manon. Zapadła cisza, wręcz grobowa. Białe włosy czarownicy rozsypały się po poduszce, a jej blade ciało leżało nieruchomo w łóżku. Jedyną osobą, która w tym momencie się ruszyła i przystąpiła do ratowania białowłosej był Henry.
- Ratuj ją! - wykrzyknął Satoru, podchodząc do wuja i do Manon. Patrzył się na jej nieruchomą twarz i szloch rozdarł mu brutalnie pierś.
Henry bardzo chciał ratować białowłosą, nawet dla swojego wnuka, ale wcale nie zbliżali się do ratunku Czarnodziobej. Satoru zapłakał jeszcze mocniej, nie mógł w to uwierzyć, wydawało się to niemożliwe!
- RATUJ JĄ! - wykrzyknął jeszcze głośniej, nachylając się na łóżkiem, na którym leżała jego ukochana. Osunął się na kolana, wciąż trzymając swojego płaczącego synka w ramionach.
Satoru ścisnął dłoń Manon i poruszał nią mimowolnie, błagając, aby wróciła. Wydawało mu się to potwornie niesprawiedliwe! Zyskał syna, lecz stracił swą ukochaną. Gdzie tu była sprawiedliwość? Spojrzał na maleńkiego chłopczyka i otulił go jeszcze ciaśniej, chyląc głowę nad malutką główką dziecka. Satoru kołysał się, słuchając Henry'ego, który klął potwornie i próbował jeszcze jakoś pomóc Manon. Kiedy mówił, że odeszła, młody Yoshida wciąż tulił swojego syna i ściskał dłoń białowłosej. Uderzyła w niego jedna, jedyna myśl:
Manon była martwa.
Odeszła. Wstrząsnął nim kolejny szloch.
Henry nakazał mu się odsunąć z śladami łez na policzkach, lecz Satoru kręcił głową. Nie chciał pozwolić nikomu na odsuwanie go od Manon, nie chciał nikomu pozwolić na to, aby śmiał ją stąd zabrać. Przesiedział tak na podłodze, ściskając jej martwą dłoń do następnego rana.
Stał wtedy nad nim Arsene. Henry i Cassiopeia zabrali syna Manon oraz Satoru na oględziny, i tak młody Yoshida trzymał go zbyt długo. Młodszy z braci, wciąż klęczący na podłodze uniósł głowę do góry - jego oczy ciskały gromami w Arsene'a.
- Czy jest coś, czego nikt mi nie powiedział? - Satoru wychrypiał, jego struny głosowe ledwo co działały.
Arsene skrzyżował ręce na piersi i westchnął ciężko. Tak jak Satoru niegdyś opowiedział całą swoją historię i historię Manon, tak teraz Arsene mu ją mówił, nie pomijając pewnego paktu, którego sam starszy Yoshida się domyślił.

chyba nadążamy nad Szekspirem heh

ilość słów: 1103

8 kwi 2019

Od Angelo c.d: Atalii

Bacznie przyjrzałem się nieznajomej. Słuchając jej, nie mogłem powstrzymać się przed lekkim uniesieniem jednej brwi w geście niejakiego zdumienia. Nie podejrzewałem, że podejdzie, otwarcie włączy się do rozmowy i że należy do gildii, na której od dobrych kilku minut z pasją wieszałem psy. Gdybym wiedział, pewnie nieco powściągnąłbym język, a tak... No, już trudno. Kto by się zresztą spodziewał, że taka drobna i urocza panna może być konfratrem Jiemmy? Ha, i te jej słowa! Cóż za buta i hardość! Mało kto, słysząc mój twardy monolog, odważyłby się wtrącić i zaprotestować; prędzej położyłby uszy, udał, że nie słyszy, ewentualnie popatrzyłby na mnie z ukosa, z awersją, i to byłoby wszystko. Można powiedzieć, że poczułem coś na kształt uznania.
Zakołysałem przezroczystą szklanką, a napój w jej wnętrzu rozbłysnął złotymi refleksami, gdy znalazła się w pobliżu dopalającej się grubej świecy.
- Nie powiedziałem, że jesteś mizernym magiem, tylko że Jiemma jest mizernym mistrzem - stwierdziłem z uśmiechem rozbrajającej, młodzieńczej szczerości. - Co w gruncie rzeczy jest prawdą, z całym szacunkiem i uszanowaniem dla ciebie, moja droga. A co do mojej gildii, tajemnica.
Dziewczyna zadarła lekko nosek. Arno przyglądał się nam w milczeniu, pocierając ponuro ręce, z niepokojem wypisanym na twarzy wielkimi literami. Strzelał wzrokiem to na mnie, to na nieznajomą, zupełnie jakbyśmy mieli zaraz wywołać awanturę na cały lokal, skoczyć sobie do gardeł i w międzyczasie roznieść go w proch i pył. Przeciekający sufit, trzeszczące deski i telepiące się w ramach szyby nagle jakby zupełnie przestały go martwić.
- Skoro zdradziłam, do jakiej gildii należę, uprzejmość nakazywałaby, żebyś zrobił to samo. - Dziewczyna uniosła szklankę do ust. Jej ton był taki sam jak wcześniej: śmiały, pełen swady, waleczny w wyjątkowo zuchwały sposób.
Westchnąłem teatralnie i bezradnie rozłożyłem ręce.
- Niestety!, nie jestem uprzejmym człowiekiem.
Szczerze mówiąc, to, do jakiej gildii należałem, nigdy nie było żadnym sekretem. Postanowiłem zataić ten fakt, ponieważ zwyczajnie nudziłem się i chciałem nieco podroczyć się z szatynką, zobaczyć, co może wyniknąć z tej jakże burzliwej rozmowy. Miałem nadzieję, że jeśli nie wydarzy się nic ciekawego, to dzięki niej przynajmniej oczekiwanie na koniec ulewy przestanie być tak uciążliwe.
Poczułem szturchnięcie ze strony gospodarza.
- Ona ma rację... - szepnął z mocą. Widać było, że bardzo zależało mu na możliwie najszybszym zakończeniu konfliktu.
- I ty przeciw mnie? - udałem nadąsanego. - No dobrze, mniejsza. Mam pomysł, jak rozwiązać to inaczej.
Wyciągnąłem z kieszeni płaszcza niewielką, złotą monetę. Podrzuciłem ją parę razy w dłoni, nie odwracając wzroku od dziewczyny. Gdy wypolerowany metal obracał się w locie, światło kiedy niekiedy załamywało się na jego brzegach i rozbłyskiwało oślepiająco.
- Myślę, że rzut monetą to uczciwe wyjście z sytuacji. Oddajmy sprawę losowi. Jeśli wypadnie reszka, powiem ci, gdzie przynależę i kto jest moim mistrzem. Jeżeli nie... hm... odpowiesz wyczerpująco na jedno dowolne pytanie, które zadam ci na temat twojej gildii. Może być? - Uśmiechnąłem się figlarnie. - Tylko ostrzegam, decyduj się szybko, w każdej chwili mogę zmienić zdanie. Jestem bardzo kapryśny. To być może jedyna taka szansa.
Miałem wielką nadzieję, że dziewczyna przystanie na mój pomysł. Nie tylko dlatego, że lubiłem ryzyko i uważałem je za świetny sposób na zabicie czasu. Chodziło też o możliwość zysku. Grając, nie traciłem nic, mogłem za to prostym i, co najlepsze, darmowym sposobem mogłem dowiedzieć się interesujących rzeczy na temat Sabertooth, i to z najlepszego źródła. Na takiej informacji mogłem wiele zarobić - wystarczyłoby jedynie znaleźć odpowiedniego kupca, a - jak sądziłem - z tym nie powinno być problemów. Sabertooth interesowało się wielu magów, w tym całkiem sporo zaprzysiężonych wrogów Jiemmy, zdecydowanych zapłacić każdą cenę za co pożyteczniejszą informację na jego temat.

Atalisia? :3
poprawię się, obiecuję!
Liczba słów: 
578