21 mar 2019

Od Manon c.d: Satoru

Do dziewczyny bodźce z zewnątrz dochodziły powoli, dalej nie mogła uwierzyć w to, co aktualnie się działo; czuła, jak ta malutka istotka się porusza... Jakby było jej już niewygodnie i jakby szukała nowego, mniej ciasnego pomieszczenia, aby dalej w spokoju sobie spać. Nigdy nie myślała, że dożyje takich chwil, że będą one jej kiedykolwiek dane, bo na litość boską, była przecież wiedźmą! Tam ciążę nie są wielką ekscytacją, tam się po prostu zachodzi i tyle, bez większych ceregieli, bez szczęścia i wzruszeń, ciąża za ciążą, śmierć za śmiercią, odwieczny rytuał. Kiedyś była święcie przekonana, że tak, jak każda inna wiedźm poderwie w dzień Krwawego Księżyca jakiegoś potężnego maga, zrobi to, co jej dane i urodzi córkę, albo zabije syna, ale teraz.. Było to po prostu nie do pomyślenia, teraz, żyjąc u ludzi, widząc ich zwyczaje i dobro w sercu zaczęła zauważać, dlaczego wiedźmy od lat były dla nich barbarzyńskimi stworzeniami, chociaż to właśnie im przyswajało się legendy, że ludzie na każdym kroku chcą je zaatakować, może i tak było, ale z większą mniejszością ich populacji, Teraz była tutaj, nosząc dziecko Yoshidów i będąc szczęśliwą, przysięgam, że jeżeli powiedzielibyście jej, że jej życie potoczy się w ten sposób jeszcze przed akcją z kościołem i masowym mordem, to mielibyście automatycznie sztylet wbity na środku czoła. Henry zrobił im zdjęcie, które później razem na kanapie, w trójkę, a raczej w czwórkę podziwiali; Manon i Satoru wyszli tam.. Wyszli po prostu bezbłędnie, ich czoła oparte o siebie, dłonie na brzuchu, które prawie się stykały i to wzruszenie, którego nie jestem w stanie opisać, wymalowane na twarzach. Białowłosa ocknęła się po chwili, gdy usłyszała pukanie do drzwi; Cassiopeia. Migusiem, a raczej "szybkim pędem" jak na ciężarówkę przystało poszła otworzyć czarnowłosej wiedźmie, na której twarzy wiecznie gościł grymas, gdy musiała tutaj wchodzić, sami domyślcie się dlaczego. Unikając jakiegokolwiek kontaktu wzrokowego z wujem Yoshidą, od razu poszła na górę, co zmartwiło następczynie, gdyż zauważyła, że Henry nieznacznie drgnął, jakby chciał podejść, zagadać, ale nie był w stanie. Ich historia jeszcze pewnie długo się potoczy, zanim dotrwamy do happy endu, gdyż oboje byli siebie warci; tak samo dumni, chodzili z uniesioną głową, jakby tak naprawdę wewnętrznie nie umierali. Manon cicho westchnęła, powiedziała, że teraz ma "ziołowe sprawy" z Panną Czarną Wdową (zaczęła ją tak nazywać dlatego, że ciągle musi jej powtarzać, aby zrobiła jakiś krok w stronę byłej miłości swojego życia, bo inaczej zostanie starą panną, ale ta uporczywie trzymała się swojego milczenia). Pocałowała leciutko swojego Oru w usta, ponieważ nie bardzo miała ochotę pogłębić pocałunku przy Henrym, już i tak wystarczająco zmieszanym przez zachowanie Cassiopei i ruszyła w górę, a raczej doczłapała.
- Powiedz mi kiedy przestaniesz zachowywać się jak dziecko, Cass? - dziewczyna mruknęła i zamknęła za sobą drzwi, patrząc wiedźmie prosto w oczy; była smutna, ale uporczywie próbowała to ukryć i nie dać tego po sobie znać.
- Nie skracaj mojego imienia Manon, proszę - powiedziała jak zwykle unosząc wysoko głowę, ostatnio robiła się coraz bardziej poważna i coraz mocniej przypominała Manon wiedźmę z lodu, czyli jej powstały przydomek. Białowłosa wiedziała, dlaczego ma go nie skracać, dlatego też z uporem maniaka robiła to dalej, aby wywrzeć jakieś emocje na zdębiałej, starszej wiedźmie. Cassiopeia przewróciła oczami i wyciągnęła księgi, o które prosiła ją wcześniej białowłosa; czarna magia, najgorsza z najgorszych, ale Manon słyszała raz rozmowę Henryiego z Satoru o tym, że jest mu przykro, że jego brat nie może zobaczyć, jakim szczęśliwym jest prawie-tatą i to wywarło ogromny wpływ na dziewczynie; postanowiła, że jakoś musi wydostać Arsene z piekła, praktycznie każdym kosztem, bo to on przyczynił się do tego, że Manon jest teraz w ciąży.. Można tak to ująć, prawda? Zabrał ich z klanu, ich losy mogłyby potoczyć się inaczej, a teraz są szczęśliwi... I mają w drodze synka.
- Nie mam pojęcia co ty wyczyniasz, Manon, ale nie podoba mi się to - powiedziała wręczając jej książki, dziewczyna zaczęła je czytać, nie odpowiedziawszy swojej praktycznie matce żadnym słowem, musiała znaleźć jakąś wskazówkę, jakieś runy.. Cokolwiek. Cassiopeia otoczyła pomieszczenie bańką, aby żadne głośne odgłosy, nie wydostały się na zewnątrz, żeby zaraz Satoru z tym przeokropnym lekarzem, który kiedyś skradł jej serce, nie dostali kolejnych zawałów przez to, co właśnie wyczynia nasza wiedźma. Czarnowłosa wiedziała, że nie ma żadnego wpływu na Manon, bo ta i tak zrobiłaby to, co by chciała. Tymczasem nasza ciężarówka zaczęła malować na podłodze runy baranią krwią, którą dostała w fiolce od Cassiopei, rysowała je zgodnie ze wskazówkami, które znajdowały się w starej księdze, dzięki nim miała wezwać samego Salomona, Króla Piekieł; demona, który więził Arsene.
- Vul­ne­rant om­nes, ul­ti­ma ne­cat - zaczęły wymawiać pradawne słowa, które były zapisane w języku, który od dawna pozostawał zapomniany... Może i zapomniany, ale nie dla wiedźm. - Ne­ces­se est mul­tos ti­meat quem mul­ti ti­ment - brzmiało to raczej jak plątanina głupich słów, ale obie wiedźmy doskonale wiedziały, słowo za słowem, co mówią - Bo­num ex ma­lo non fit, Si Deus pro no­bis, quis con­tra nos? - po ostatnim słowie runy, które Manon perfekcyjnie narysowała na podłodze zaczęły się świecić, Cassiopeia przez to zaczęła zastanawiać się, czy dziewczyna już wcześniej tego nie robiła. Uprzednie słowa, które wypowiadały, oznaczały mniej więcej to:
Wszystko rani, ostatnie zabija
tutaj wielu musi się bać ten, kogo wielu się boi
skoro dobro nie rodzi się ze zła
a Bóg jest z nami, to kto przeciw nam?
Wtem otworzył się portal, dosyć głośno, lecz Cassiopeia zadbała, aby pozostały niewykryte, z czerwonego światła, wyszedł osobnik już dobrze znany naszej Czarnodziobej; Salomon, wielki i potężny Książę Ciemności we własnej osobie. Spojrzał zaciekawionym, choć poważnym wzrokiem na wiedźmy, które odważyły się go przyzwać, po czym wyciągnął swoją dłoń do białowłosej.
- Dobrze wiem, czego ode mnie chcesz, niedobra duszyczko, więc zaproponuje ci układ - jego głos wcale nie należał do tych najbardziej łagodnych; wiedział, że zatrzymując Arsene, mógłby mieć później z niego wielki pożytek. Spojrzał martwym wzrokiem na brzuch Czarnodziobej, w którym rozwijał się ich syn - wasze dziecko będzie bardzo silne, Manon Czarnodzioba, ponieważ zostało poczęte w piekle, czyż nie? - w tym momencie Cassiopeię przeszedł piorun, stanęła jak wryta i z niedowierzaniem spojrzała na następczynie, przysięgam, że jeszcze chwila, a pomyślałabym, że meduza zamieniła ją w kamień. Myślała, że przez chwilę się przesłyszała, była w wielkim szoku, bo to oznaczało, że - W takim bądź razie to dziecko należy się mi w równym stopniu, co wam. Oddam wam Arsene w zamian, za Twojego syna, chociaż interesowałby mnie większy dobytek - złapał białowłosą za podbródek i zbliżył się w taki sposób, że dziewczyna czuła jego oddech na policzkach, nie śmiała się nawet wyrwać - Sama Następczyni największego Klanu wiedźm, jako moja oficjalna, martwa już służka, byłaby wielkim pożytkiem dla samotnego gościa, jakim jestem ja - w tym momencie udał smutek. Cassiopeia siedziała niczym zamurowana, jakby próbowała to wszystko sobie wchłonąć na raz, a Manon przeszywały skrajne emocje; jeżeli tego nie zrobi, Satoru nigdy nie odzyska brata, prawda? Przecież nie da rady wygrać w Władcą Piekieł, a on od samego początku tego właśnie chciał. Białowłosej ściekła jedna, jedyna łza po policzku, która próbowała powiedzieć jej, żeby tego nie robiła, żeby się nie zgadzała, miała przecież stworzyć rodzinę, a nie umierać! Złapała się za brzuch, spojrzała na niego i uśmiechnęła się, głaszcząc go powoli; skoro tak miało być, niech będzie.. A oru… Ohh, w tym momencie ręce zaczęły jej się trząść, ale wiedziała, że z ich miłości miałby chociaż małego Henriego, prawda? Nic nie poszłoby na marne, nie zostałby sam..
- Manon, ani mi się wa…- Cassiopeia nie dokończyła zdania, który właśnie miał wybić z Manon ten okropny pomysł, ponieważ białowłosa rozcięła sobie dłoń i pokropiła runy Salomona własną krwią na znak, że przyjmuje ofertę.

Ja coś chyba nie mam głowy do tych odpisów;-; Przepraszam;-; Oruś? <3

ilość słów: 1260

20 mar 2019

Od Satoru c.d: Manon

Czas mijał niesamowicie szybko. Od pamiętnego dnia, w którym to wuj Satoru dowiedział się o prawdziwej tożsamości swojej partnerki, minęło kilka miesięcy; konkretnie - sześć, może siedem. Cassiopeia Czarnodzioba opuściła dom Henry'ego Yoshidy, a ten nawet nie próbował jej zatrzymać. Satoru mógł tylko patrzeć, jak jego wuj chowa się ponownie w swojej skorupce. Chłopak stawał wtedy na rzęsach, nie tylko by poprawić samopoczucie mężczyzny, ale też i dla swojej Manon. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, ileż ona mogła zjeść! Satoru poniekąd to w końcu rozumiał - jadła za dwóch. Wiedźma zielarka przynosiła białowłosej steki krowie i bycze - wszystkie znikały w kilka dni, więc Satoru też pracował jako kurier z domu, do rzeźnika, z rzeźnika do domu. Przyznam, że taki wysiłek fizycznie dobrze mu służył! Troszczył się o... wszystkich, przebywających pod dachem lekarza. Uśmiechał się non stop, a gdy tylko usłyszał, jak Manon wypowiada jego imię, on już stał na baczności i leciał jej pomóc nawet, jeśli nie było takiej potrzeby. Codziennie kładł się spać obok niej w jego starym pokoju, gdzie niegdyś spędzał całe wakacje. Podziwiał każdego wieczora i rana to, jak brzuch jego ukochanej rośnie. Miał wrażenie, że każdej nocy pnie się do góry. W pewnym momencie, kiedy Manon nosiła jego koszule do snu, Satoru widział, jak materiał z większym trudem niż zwykle, opina sylwetkę białowłosej. Wtedy jego uśmiech był jeszcze szerszy. Będę ojcem, tak sobie myślał. I dopowiadał, że najlepszym. Mógł gładzić brzuch Manon godzinami, mógł szeptać do niej całymi wiekami z ustami przy jej skórze. Skórze pachnącej jego domem, jego życiem. Zasypiał jednak zazwyczaj jak postrzelony. No... może nie zawsze, ale po dniu uganiania się za białowłosą męczenie brało górę. Myślał sobie, że za dziesięć, a nawet dziewięć miesięcy wróci do Gildii - będzie mógł zacząć szkolenie od nowa, będzie mógł zarobić na lepszy dom i zapewnić Manon lepsze warunki. I wtedy też przychodziła inna myśl. Myśl oświadczyn czarownicy. Kochał ją, chciał spędzić z nią resztę życia, czy długą, czy krótką - nie dbał o to. I na mego Boga, spodziewali się dziecka - syna, według Cassiopeii silnego i zdrowego. Nie podlegało wątpliwości, że młody Yoshida pragnie to zrobić, lecz wciąż myślał nad odpowiednią chwilą, odpowiednim momentem. Nie zapomniał również o tym, że Arsene utknął w piekle i czekał na ich pomoc. Och nie, to zawsze gdzieś tkwiło mu z tyłu głowy.
Tego dnia Satoru wyciągnął wuja na świeże powietrze. Manon mu powiedziała, aby porozmawiali ze sobą, jak to mężczyzna z mężczyzną, a ona poczeka na wizytę Cassiopeii - kobieta, jak już wspomniałam, miała w zwyczaju odwiedzać Manon. Wciąż, bowiem, omijała Yoshidów szerokim łukiem, nawet Satoru. Chłopak przytaknął, jeśli tak radziła mu Manon, to tak będzie najlepiej, prawda? Ucałował swoją wiedźmę i jej brzuch, po czym, mimo tego, że pewnie wyszedł na wariata, powiedział z pełną powagą, aby, tutah cytuję, "Henry, masz być grzeczny". Wstał i po kilku minutach namawiania i dyskutowania z wujem, udało mu się go wyciągnąć z domu o dziewiątej rano. Udali się na wyścigi, które wuj chłopaka pokochał od ich samych początków. Świadczyły o postępach ludzi - w końcu nie były to zwykłe konie, a konie MECHANICZNE, panie i panowie. Te pojazdy w niczym nie przypominały Ferrari, czy dumnych Chevroletów tych czasów. To było coś zupełnie innego. Yoshidowie zasiedle z przodu, przy bramkach. Wuj chłopaka wydawał się być trochę bardziej zrelaksowany, warkot, przypominający krzyk, chyba go uspokajał. Było to na pewno coś głośnego, pojazdy huchały, warczały i wyły na starcie. Zdażały się kraksy, karambole. Raz jednemu kierowcy podpalił się silnik i musiał natychmiastowo opuścić pojazd. Każdy z nich poruszał się z prędkością dwustu (trochę mniej) kilometrów na godzinę, a to i tak dużo! Nikt z was raczej nigdy tak nie pędził w lichym samochodziku. Wuj Satoru był niezwykle poruszony, kiedy kierowcę z jego ulubionej drużyny potrącono, a ten wypadł z toru. Wyglądało to strasznie; jakby pojazd go pożerał, a dym zabierał w zaświaty. Kierowca, jednak, po chwili wyszedł z dymu, jak dumny bohater. Nie mógł kontynuować wyścigu, ale opuścił go z klasą i głową uniesioną wysoko do góry. Przez całą drogę powrotną dwaj Yoshidowie debatowali o tym, czy powinno też się zdyskwalifikować tego, co wjechał we wcześniej wspomnianego kierowcę, czy nie. To była dopiero zagadka! Pochłonęła ich doszczętnie - zabrała z tego świata i szli ramię w ramię, niczym ojciec i syn. Prawdziwy rodziciel chłopaka nigdy nie rozmawiałby z nim o samochodach. Wolałby prowadzić konwersację o... uciętych głowach, modlitwie i o tym, czy ma na oku jakąś damę z innego rodu Łowców. Oczywiście, jak wiemy, Satoru związał się z inną damą, damą rodu Czarnodziobych i to bardzo mu się podobało. Wrócili do domu, powitali Manon uśmiechami i gorączkowym streszczeniem wyścigu. "No i Swägz został zdyskwalifikowany", "Tak nie wolno, to niesprawiedliwe", "... I wtedy walnął w bandę", "Myślałem, że już po nim". Satoru potem zaczął się wypytywać, czy nic się nie stało i jak jego ukochana spędziła czas. Odparła mu, że chłopak nie ma się, czym martwić i wróciła na górę, choć trochę sprawiło jej to trudności. Wtem, niespodziewanie, wuj Satoru usadził go na kanapie i podał puszkę z napojem sodowym chłopakowi, jakby byl jeszcze małym dzieckiem. Wuj zapalił dyskretnie fajeczkę - starał się nie palić w towarzystwie Manon.
- No i co, Oru? Kiedy masz zamiar się oświadczyć? - zagaił jego wuj; był w nieziemsko dobrym humorze.
Satoru zastygł na chwilę, czyżny jego wuj posiadal jakiś szósty zmysł? Aż tak było wieać to po młodym Yoshodzie?
- Pytam się, synu, bo wiem, że prędzej, czy później to uczynisz - Henry dodał, zaciągając się fajką tak dosadnie, że prawie nastąpiła w jego płucach hiperwentylacja.
- Zastnawiałem się nad tym... - od rozwinięcia wypowiedzi powstrzymało go wołanie Manon.
Stała przy schodzi, trzymając się za brzuch i Satoru w dwóch susach znalazł się przy niej. Dobrze wiedział, że nawet wuj uniósł wzrok znad dziennika i fajki w dłoni. Młody Yoshida nie wiedział, co się dzieje, więc jak wrażliwiec lawirował pomiędzy pytaniami:
- Boże Manon, nic ci nie jest, co się stało, co cię boli?
Patrzył się w oczy Manon i na jej brzuch, a ta stała spokojnie i oddychała powolutku, nieśpiesznie. Satoru za wszelką cenę chcial również zachować spokój, lecz wychodziło mu to... fatalnie. W końcu białowłosa chwyciła jego dłoń i przyłożyła do brzucha, mówiąc, że ich syn żyje. Na początku Satoru nic nie czuł, trzymał dłoń na bezdechu, zbyt przejęty i zbyt podekscytowany, aby nawet myśleć o wentylacji swojego organizmu (bo po co to komu?). Jednak po chwili to poczuł. Ruch pod dłonią. Coś na kształ legendarnego kopania. Satoru zadrżał, nie mogąc uwierzyć w to, co teraz czuje, co się właśnie dzieje. Ich syn się ruszał, ich syn ż y ł. Miał ochotę tańczyć ze szczęścia i wyć do księżyca. Oczy szkliły mu się łzami radości, w końcu był bardzo emocjonalny. Przez cały ten czas odczuwania emocji tak pięknych i tak silnych, nie potrafił oderwać dłoni od brzucha Manon. Ona również nie zabierała swojej ręki i patrzyła na Satoru z tym samym, pełnym szczęścia i uciechy spojrzeniem. Ich syn żył. To była cudna i przepiękna chwila. Oparł czoło o czubek głowy Manon i z fascynacją patrzył na koszulę, opasającą brzuch Czarnodziobej.
Usłyszał błysk lampy błyskowej. Był to Henry, z fajką w ustach i właśnie wyciągał z niezwykle starego, ale jak na tamte czasy wartościowego, aparatu. Pomachał kilka razy zdjęciem w powietrzu i zapisał na dole, na pasku papieru datę, mówiąc:
- Na pamiątkę.
Bratanek posłał mu szeroki uśmiech. Był to rozradowany uśmiech syna, którego Henry nigdy nie miał.

musiałam walnąć to z fotografią. to takie piękne. Manon?

ilość słów: 1225

Od Manon c.d: Satoru

Skrócona wersja imienia Cassiopei; uderzyła w nią, niczym kubeł z zimną wodą; tak, to naprawdę był Henry, tylko on kiedykolwiek odważył się skrócić jej imię, tylko on był do tego zdolny, a nasza Czarnowłosa jednak wcale sobie tego nie wyśniła. Bała się zrobić krok w ich kierunku, nie czuła się wpasowana w otoczenie, przecież na litość boską skończyli ze sobą jakąkolwiek relację blisko 20 lat temu. Cassiopeia pamiętała nadal ten dzień, jakby zdarzył się on wczoraj; siedzieli na kanapie, a Henry z bólem w oczach próbował uświadomić ją, że praca zdaje się zabierać resztki jego sił, że nie starczy tutaj miejsca dla niej; zgodziła się, oczywiście, że musiała, lecz jedyne, na co wtedy się odważyła, było lekkie skinięcie głowy, to wszystko; pożegnali się, a ona odeszła... Odeszła z jedną, małą niespodzianką, a może tajemnicą? Otóż Cassiopeia była wtedy w ciąży, była zdziwiona tym faktem zupełnie tak, jak Manon, gdy dowiedziała się, że będzie miała syna; dlatego tak bardzo obawiała się o życie białowłosej, ponieważ los... Ten ich los był tak podobny, że kobieta w niemalże każdym calu widziała swoje życie w następczyni. Myślała, że Satoru ją zostawi, że sprawa związana z gildiami, otaczanie się wyższymi celami, było odgórnie zapisane w genach ludzi, w końcu niczego innego się od nich nie nauczyła; nigdy też nie pomyślała, aby odnaleźć Henryiego, nie chciała zepsuć mu pasji, marzeń i stanąć na drodze do założenia normalnej rodziny, gdy już byłby na to wszystko gotowy. Teraz stała i wpatrywała się w te jego niesamowite oczy, od których ciarki przechodziły na każdym skrawku jej ciała; błagała diabły i wszelkie wiedźmie demony, aby nigdy nie musiała stanąć ponownie na ścieżce ów studenta medycyny, nie chciała rozsypać się, jak stara waza, która upada na dno; nie chciała też nigdy musieć powiedzieć mu o ciąży i o tym, że Łowcy, Łowcy... Przecież on też był Yoshidą, też był Łowcą, a Cassiopeia… Spotykała się z Yoshidą; przez chwile źrenice czarnowłosej mocno otworzyły się, jakby właśnie zrozumiała coś okropnego i strasznego.
- Henry Yoshida - wymamrotała prawie niezauważalnie, ale wiedziała, że mężczyzna i tak ją usłyszał, zdawał się również wypowiadać "Cassiopeia Czarnodzioba"; otóż wiedźma nigdy nie powiedziała mu, że nią jest; wiadomo, że wiedźmy nie były szczególnie lubiane w miastach, choć tak nienaturalnie piękne, wywierały ogromny wpływ na mieszkańców, kobieta nigdy nie przyszła tam, aby się wiązać, chciała poznawać tajniki medycyny, chociaż bardziej pod kątem natury, niż tych wszystkich pikawek, od których aktualnie musiała być uzależniona. Chciała wiedzieć, jak ludzkie istoty radzą sobie z chorobami, które trawią ich ciała w narastającym tempie, przeżyła dżumę i różne ataki wirusów, które nawiedzały miasta, ponieważ wiedźmy... Nie były do końca ludzkie, to raczej o wiele silniejsze mutanty, pod każdym względem, nawet odporności. Widziała, jak umierają, ale nie chciała im pomóc, ponieważ oni niszczyli ich Klany tak szybko, jak ludzki organizm niszczyły choroby; wydawało jej się wtedy, że to pożyteczna karma... Aż nie poznała Henryiego, szczęśliwego, wiecznie uśmiechniętego,, choć też nieco poważnego studenta medycyny, który był zachwycony tym wszystkim, co będzie mógł przekazać ludziom, gdy już skończy uczelnie, miał "chcę pomagać" jakby wytatuowane na czole, więc też nasza jeszcze wtedy młoda Czarnodzioba nie zorientowała się, że mógł być Łowcą. Racją było to, że wykluczał możliwość leczenia dzięki ziołom, które tak pasjonowały Cassiopeię; pod tym względem wiecznie się kłócili i gryźli, "Henry, wiesz, że tymianek może pomagać na różne choroby skóry, to niesamowite!", ten czasami jedyne, co potrafił odpowiedzieć, to "Tymianek dodaje tylko do sosów, nadal nie jestem gładki jak niemowlę, Cass", wtedy nasza Cassiopeia prychała zrezygnowana, że osoba bliska jej sercu nie chce poznać czegoś nowego, ale szanowała to, ponieważ każdy miał swój udział w czymś innym. Później z dnia na dzień jakby oddalał się od Czarnowłosej, która pokochała go za to, że oddawał się czemuś z taką pasją, że kochał... Kochał ją za charakter, a nie za to, że wyglądała jak Afrodyta w ludzkiej skórze; widziała, że Henry patrząc na nią, zawsze patrzył jej w oczy, a nie na kształty jej seksownego ciała, to ją w nim urzekło najbardziej, omijając fakt, że był również zabójczo przystojny i na litość boską; nadal był. Odeszła, urodziła córeczkę, z którą nikt nie miał problemu, ponieważ urodziła się w pełni.. Czarnodzioba; posiadała żółte oczka i mocno kruczoczarne włosy; Cassiopeia jakby wtedy urosła w siłę, chciała na nowo żyć, chociaż jej serce było gdzieś w środku złamane; i wtedy wybuchła ta niechybna wojna z Łowcami, którzy napadli je niezauważanie w środku nocy; złapano szamankę, torturowano, a jej dziecko... Jej dziecko, małe, malutkie dziecko zostawiono same na pastwę losu w środku lasu; córeczkę, która mając zaledwie parę miesięcy, nie mogła zrobić niczego, aby się obronić, nie miała nawet wtedy ani krzty magii! Po jakimś czasie zniewolenia czarnowłosa jak najszybciej pobiegła do miejsca, w którym zdarzył się ten horror, ale po jej dziecku nie było już śladu, wszędzie leżały kości wiedźm, którym nie udało się przetrwać noc. Wtedy też, przez ten dzień, w którym zabrano jej wszystko, stała się tą wielką Czarnodziobą, siejącą strach i praktykującą czarną magię, aby móc dowiedzieć się co stało się z jej małą, czarnowłosą córeczką, lecz nawet demony nie potrafiły odpowiedzieć jej na to pytanie.. Tak też została nazwana wiedźmą wykutą z lodu, ponieważ jej wieczny, poważny wyraz twarzy, chłód, który bił z każdego skrawka jej ciała nie pozwolił na to, aby ktokolwiek nie czuł przed nią respektu... Aż ostatecznie jej serce, a raczej skrawki serca łamanego z duszą, sklepiła wiedźma inna niż wszystkie, białowłosa i dobra Manon, której właśnie los był tak bardzo podobny do Cassiopei, chociaż o niebo lepszy; dlatego też szamanka przysięgła już sobie, że nigdy w życiu nie pozwoli, aby stała jej się krzywda, dlatego też bez zawahania przyjęła na siebie cios Rhiannon Czarnodziobej.. Gdy tak wspomnienia wleciały w naszą Cassiopeię również się zachwiała. spojrzała ostatecznie w oczy Henriego, dla którego to wszystko było równie ciężkie, co dla samej Szamanki, przytaknęła, jak wtedy, gdy uświadomił ją, że będą musieli się pożegnać i wróciła do miejsca, o które prosił ją Henry, lecz przysięgam, że zamykając drzwi, oczy zaszkliły jej się mocno z natłoku emocji, których nie miała aż tyle po 20 latach.
~~*~~
Miesiące mijały już nieubłaganie za szybko; raz Manon cieszyła się, była cała w skowronkach, a później uświadamiała sobie, że już niedługo naprawdę będzie trzymała na rękach nowe życie, które będzie od niej uzależnione. Jej brzuch był już na tyle duży, że ciężko było jej się schylać, więc wyobraźcie sobie jak to wyglądało... Satoru biegał przy niej, jak głupi piesek, który chciałby mieć coś do zrobienia. "Manon, pomóc ci w czymś? Wszystko w porządku? Jejku, myślisz, że jak on tam oddycha?" Był coraz bliżej zawału, a gdy tylko dziewczyna poczuła się gorzej, natychmiast biegł po Henryiego, który już był zmęczony wchodzeniem bez sensu po schodach, Manon wtedy uśmiechała się do niego blado, ponieważ nie mogła nic poradzić na to, że jej Satoru stawał się tak nadopiekuńczy. Co do sprawy z Cassiopeią, gdy tylko poczuła się lepiej, wyszła, po prostu, na co Henry zareagował jednak smutno; wiedziała, że było jej ciężko, ale odsuwała się od starszego mężczyzny możliwie jak najdalej, a gdy tylko przychodziła, to w miarę jak najciszej, aby nie doszło do jej konfrontacji z wujem Yoshidą; białowłosa czuła, że Cassiopeia coś ukrywała przed brunetem i wiedziała, że jeżeli znowu spojrzy mu w oczy, to wyda całą prawdę, która tak okropnie raniła jej dusze. Było jej żal tej starszej dwójki, ponieważ nie potrafili przyznać się sobie, że ich miłość wcale nie wygasła i że żałują lat, które przez głupie, młodzieńcze zachowanie i dumę - stracili bezpowrotnie. W końcu Manon odważyła się wstać, choć było to nie lada wyzwanie dla już tak wielkiej ciężarówki, chciała zejść szybko, bo wiedziała, że za moment w ich drzwiach zjawi się Czarnowłosa szamanka, która lubiła przynosić dziewczynie krwiste steki; miała ochotę ją opieprzyć, jakby to ona właśnie się nią opiekowała i kazać, aby poszła do Henryiego, żeby na litość boską w końcu wszystko sobie wyjaśnili, bo aktualnie ranili siebie nawzajem, ale gdy tylko doszła do schodów poczuła coś.. Poczuła ruch, tam, w brzuchu coś się poruszyło; stanęła jak wryta i spojrzała na miejsce cudu; pierwszy raz poczuła z całego serca, że to nie są żarty, że jej syn tam jest i że ma się świetnie.
- Satoru - krzyknęła, choć cicho, bo była już tak podekscytowana i pełna emocji, że na więcej nie było ją w tej chwili stać. Chłopak, który siedział na kanapie obok wuja, przerwał rwącą rozmowę i jak strzała podbiegł do białowłosej, która trzymała się za brzuch, jakby faktycznie działo się coś nie tak. Nawet Henry wychylił głowę spod gazety i z niepokojem w oczach spojrzał na górę.
- Boże Manon, nic ci nie jest, co się stało, co cię boli? - jego wzrok błagał o jakiekolwiek informacje, bo inaczej mógł właśnie zemdleć, albo stracić panowanie nad sobą, dziewczyna przez większość czasu po prostu stała, jakby upajała się tym, co właśnie odczuwa.
- On żyje - uśmiechnęła się do Satoru, wzięła jego rękę i położyła sobie na brzuchu, na którym było czuć niewielkie kopanie i ruchy istoty, która właśnie stała się najważniejszą w ich życiu. Przysięgam, ze tej chwili nie mogły opisać żadne słowa, a szczęście rozlało się po całym ciele naszej Czarnodziobej.

Beng^^ Satoru?

ilość słów: 1511

Od Satoru c.d: Manon

Nasz Yoshida nie spodziewał się, jak zareaguje jego ukochana. Nawet nie wiedział, czy w tym momencie powiedział mniej więcej wszystko, co chciał. Właściwie to słowa popłynęły same z jego ust, jakby jacyś bogowie już dawno temu, przy jegi poczęciu powiedzieli sobie tak: "Oho, Yoshida Satoru w pewnym momencie swojego życia m u s i po prostu wypowiedzieć te słowa". Patrzył się przez chwilę w złote oczy Manon, z których mógł wyczytać tak wiele, po czym spuścił swój wzrok na łagodne krągłości jej brzucha. Cholernie bał się, że w tym momencie białowłosa wyjdzie, wyrwie nadgarstek z jego dłoni i już więcej tu nie wróci. Nawet ja nie zdaję sobie z tego sprawy, jak wspaniałym uczuciem dla Satoru mogłoby być czyste wzruszenie swojej wybranki; jej oczy zaszkliły się od łez - zalśniły, odbijając blask wieczorowych lamp, po czym rzuciła się na niego tak szybko, że myślał, że się przewróci. Nogi mu się zatrzęsły; Manon z nim zostawała, prawda? Nie wyjdzie? Kiedy jednak czarownica nie puszczała bruneta, ten otoczył ją swoim ramieniem i przyciągnął jeszcze bardziej do siebie. W tym momencie zdał sobie sprawę, że jest jeszcze szczęśliwszy, niż zwykle. Pochylił głowę do Manon i przytknął nos do jej białych włosów, wdychając jej zapach; zapach, który dla niego oznaczał dom. Słuchał, jak czarownica mówi mu, że potworny z jego idiota, na co Satoru odpowiedział tylko szerokim uśmiechem - teraz mógł tylko się uśmiechać. Tak powinno być, do końca, do ich ostatnich dni! No i, jakby nie zwracać uwagi na to, że powtarzał to tysiące razy, będzie ojcem, na litość boską. Powinien się cieszyć! I się cieszył! Cieszył się, że Manon do niego wróciła, że znowu mógł patrzeć jej w oczy, że znów mógł jej dotknąć, mógł z nią rozmawiać choćby i o pogodzie! Wróciła do niego, prawda? Mógł kłaść się codziennie obok niej, mógł pokazać, jak ją kocha, a rano ponownie ją ujrzeć. Ta chwila była wspaniała. Kątem oka Yoshida ujrzał swego wuja; patrzył się na nich, trzymając fajkę w dłoni i uśniechnął się lekko. Satoru znał ten uśmiech - towarzyszył wujowi za każdym razem, kiedy był z kogoś lub z czegoś dumny. I szczęśliwy. Zdawałoby się, że właśnie aprobuje jednym uśniechem całą miłość dwójki! Możnaby rzec, że mówił tak: "Jestem dumny z tego, że potraficie się kochać". Takie ciche słowa zwruszyły Satoru. W końcu wuj wychowywał go tak, jakby był jego synem - każde poparcie z jego strony szczyciło naszego Yoshidę. Odwzajemnił uśmiech wuja, chciał mu podziękować za całe wsparcie i za wszystkie słowa, ale bał się, że jeśli wypuści Manon, to czarownica zniknie.
Wtem, wszyscy usłyszeli ciche skrzypienie gałki w drzwiach do salonu łączonego z kuchnią. Drzwi uchylały się niemiłosiernie wolno, aby ukazać im wszystkim postać najstarszej z wiedźm - już znacznie mniej bladą, lecz grube bandaże sugerowały, że powinna leżeć, a nie chodzić. Satoru wiedział, kim była ta kobieta, była to Cassiopeia, z którą niegdyś, w latach młodości, jego wuj miał romans. Czarownica blado uśmiechnęła się do Manon, do nich, po czym jej wzrok pomaszerował wprost na wuja. Ten już siedział z wysoko uniesioną głową i jego oczy lśniły od emocji, kiedy patrzył na kobietę. Satoru nie śmiał się poruszyć, wiedział, jak ważne to musialo być dla jego wuja, skoro ON nie wiedział, co ma powiedzieć, co z siebie wykrztusić. Patrzył się na kobietę z niedowierzaniem - to naprawdę była ona, jego młodzieńcza miłość. Uratował ją, widział ją ponownie, choć dawno pogodził się z tym, że więcej jej nie zobaczy. Policzki wuja oblały się czerwienią, co zapewne wynikało z ogromu uczuć oraz wrażeń. Klatka piersiowa mężczyzny opadała się i unosiła. Z szurnięciem odsunął krzesło, choć nawet nie wiedział, po co, i wstał. Cassiopeia nic się prawie nie zmieniła, stwierdził wuj. Ciągle patrzyła się na ten cały świat bystrymi, żółtymi oczami. Co prawda, jej włosy przecinały pasa siwizny, nadalny wydawały się być tak samo niebiańsko zdrowe i miękkie. Wyrazem twarzy, swą postawą przypominała jednak wujowi tę samą, młodą dziewczyną, którą spotkał, kiedy wychodził z uniwersytetu. Zaczepiła go, pytając się, czy mają tu jakiegoś "ludzkiego zielarza". Henry już wtedy, jako młody, wysoki, może trochę żylasty chłopak, był silnie uzależniony od nikotyny. Popatrzył się na dziewczynę tak zaskoczonym spojrzeniem, że oczy prawie wypadły mu z orbit. Powiedział, że zna jednego i zaprowadził nieznajomą do warsztatu zielarza, lecz ta rzekła, że przyjdzie tu później i tak też obeszli miasto dwa razy. Nie skończyło się tylko na tym! Na Boga, nie! Codziennie ze sobą spacerowali, dyskutując o alternatywach medycyny, które Henry Yoshida niegdyś wyśmiewał. "Przyłożenie liścia babki to rozwalonego łuku brwiowego nic nie da. Musisz go zszyć nicią". Tak kiedyś powiedział Cassiopeii.
Wiele godzin spędzili ze sobą, nie raz też dziewczyna bywała w jego kawalerce. A cóż tam robili? Nie wiem, niech to pozostanie ich słodką tajemnicą. Jak wiecie, Henry niegdyś miał na nazwidko Yoshida, lecz zmienił je od razu po wstąpieniu na studia. Chciał być normalnym studentem, a nie ochłapem słynnrj rodziny Łówców. Niegdyś jego brat, ojciec Satory, zapytał go, dlaczego Henry chce być lekarzem. Odpowiedź była banalnie prosta - wuj chciał ratować ludzi. Ten też szczytny cel rozłączył ścieżki jego, jak i pięknej Cassiopeii. A ona była iście piękna, każdy się na nią patrzył na ulicy! Na uniwersytecie rozmawiano tylko o wysokim studencie i czarnowłosej, wtedy wręcz, seksbombie. Henry z żalem powiedział swej partnerce, że medycyna to niebyle wyzwanie i musi oddać się w stu procentach tej nauce. Było to jedno z najgorszych pożegnań, lecz czarnowłosa skinęła mu spokojnie głową, jakby od początku była gotowa na taki obrót sytuacji. A więc tak też się rozeszli. Henry nie raz tego żałował, lecz zbyt zajęty był sięganiem po trofea, stypendia i pochwały lokalnych chirurgów. Przyszła pora, kiedy dowiedział się o tym, że jego brat wychodzi za uroczą Agnorę Jakąśtam. Henry był zaskoczony faktem, gdy dowiedział się, że będą mieli syna. Arsene urodził się osiem miesięcy później. Trzy lata po nim Satoru. To nie było tak, że Henry kochał bardziej młodszego z rodzeństwa, ale łączyło go z nim znacznie więcej. Od początku wydawał się być inny i zawsze w jego spojrzeniu czaiła się jakaś nadnaturalna iskierka. To prenie był zarodek magii, w końcu Henry dowiedział się, że chłopak opuszcza swoją rodzinę i wyjeżdża do Gildii Blue Pegasus. Oczywiście, że nie w warunkach pokojowych. Rozmawiał z ojcem chłopaka, ale ten z rozdrażnieniem odpowiadał, że się zawiódł na swyn synu i nie chce go znać. A potem, siedem lat później Satoru przyszedł do niego, nosząc białowłosą dziewczynę. Tą dziewczyną była teraz Manon, którą chłopak zdawał się kochać nad własne życie.
Ta masa wspomnień uderzyła w lekarza i zachwiał się, kiedy się prostował. Spojrzał na Cassiopeię i nie wiedząc, co rzec, wykrztusił:
- Powinnaś leżeć w łóżku, Cass. Jeszcze rana się otworzy, a słowo daję, wtedy dostanę już zawału.

ach, jak ja lubię henry'ego i cassiopeię

ilość słów: 1110

19 mar 2019

Od Manon c.d: Satoru

Satoru mówił te słowa, jakby były ciągiem wielkiego monologu, którego uczył się od najmniejszych lat, aby później, gdy już się przydadzą; wywrzeć na drugiej osobie tak wielki wpływ, że aż wiedźmy by zapłakały.. I przysięgam, na litość boską przysięgam, że w tym momencie serce Manon omal nie wypadło jej z piersi; czuła, jakby samym biciem mogło odlecieć hen daleko i już nigdy by się nie znalazło; chciała wyjść, przeokropnie bardzo chciała wyjść i więcej nie pokazywać się na oczy Yoshidom, dla których Czarnodziobe właśnie stały się odwiecznym problemem. Brunet mówił o swojej miłości do białowłosej z taką łagodnością, swoistym uśmiechem na twarzy i jakby nutką romantycznej twórczości, że aż Asterin złapała się framugi schodów, przy których ostatecznie znalazła się, gdy chciała biec za Manon, która wcześniej zamierzała wyjść. Widać było po niej wzruszenie, zdaje się, że chłopak nie poruszył tylko jednej osoby, a każdą możliwą, oddychającą istotę w tym domu. Dotykał brzucha swojej ukochanej w taki sposób, jakby był cenną porcelaną, której nie można zbić; jakby bał się, że samym dotykiem może zrobić krzywdę ich dziecku i do jasnej cholery nędzy, co było najważniejszym aspektem jego monologu; wypowiadał słowa "naszym" synem, nie twoim, nie moim - a naszym i to chyba wywarło największy wpływ na emocje następczyni, dziewczyna stała jak zamurowana, gdy Yoshida, Łowca, odwieczny wróg wiedźm, mówił o swojej miłości do niej, do Czarnodziobej, a później z taką lekkością i wzruszeniem patrzył na cud, którym niedługo miało okazać się ich dziecko. Wreszcie uwierzyła, że Satoru może go chcieć, może ICH chcieć i mimo tego, że stworzenie przez nich rodziny, a raczej stworzenie tej rodziny w tym czasie; nie było planowane, to mogli mieć szansę, aby zbudować razem piękną historię; historię razem z małym Henrym. Dziewczynie ciurkiem poleciały łzy z oczu i rzuciła się na chłopaka z taką szybkością, że ten nawet nie zdążył mrugnąć, a już był przytulany przez swoją wiedźmę; znowu było dobrze. Ich przeboje wydawały się być istną linią życia, monitorem, który pokazywał tylko wzloty i upadki bijącego serca, znajdującego się raz na dole, a raz na górze.
- Idiota, głupi, głupi idiota! - zdawała się tylko szeptać, gdy wtuliła się z całej siły w jego tors; czuła, jakie emocje również wywarł ten moment na mężczyźnie, gdyż był cały roztrzęsiony; obawiał się reakcji wiedźmy, poza tym Asterin mogłaby rzucić się na niego niczym kot na polną mysz, gdyby tylko powiedział coś nie tak. Wiedziała też, że Henry, osoba o tak łagodnym i dobrym sercu, był szczęśliwy widząc tą dwójkę razem, wspierał ich na każdym kroku, jakby próbował nie dopuścić do tego, aby ich historia skończyła się tak licho, jak jego życie u boku Cassiopei. Ubolewał, Manon czuła. że było mu przykro, ale trafili na siebie w momencie, gdy ich ścieżki nie bardzo się łączyły i znów na litość boską powiem wam, że najgorszym może być, gdy trafisz na kogoś, kto pasuje do ciebie niczym szklanka z wodą, z którym potrafisz zrozumieć się bez słów, a okaże się, że los nie będzie wam sprzyjał; białowłosa tak przytulając mężczyznę błagała ich wszystkich bogów, w których i tak nie do końca wierzyła, aby chociaż raz byli po stronie starszego Yoshidy i aby dali mu naprawić młodzieńczy błąd.
~~*~~
W tym samym czasie Cassiopeia obudziła się w dziwnym pomieszczeniu, tykanie małych komputerków, o których w sumie już sporo wiedziała, przyprawiały ją o ciarki; próbowała energicznie wstać, ale poczuła przyszywający ból klatki piersiowej; była cała obandażowana! W tym momencie chwile, które wydarzyły się całkiem niedawno, sfrunęły na nią niczym grom z jasnego nieba. Manon, ta głupia białowłosa, swoim nieprzemyślanym czynem, w sumie już którymś z kolei, prawie skazała swoje dziecko na śmierć (nie, żeby zrobiła to już od razu przy poczęciu). Czarnowłosa odpięła się od wszystkich przyrządów, jakby wiedziała doskonale do czego służą i jak robić to niezauważalnie; oczywiście, że wiedziała; nie dość, że była szamanką, to jeszcze kiedyś miała romans z pewnym lekarzem.. Lekarzem, a raczej studentem medycyny, do którego czuła coś dalej po dziś dzień, ale nie miała już pojęcia gdzie się podziewał, jak wygląda.. Powiedzmy, że było to bardzo dawno temu, z 20, 25 a może nawet więcej lat wcześniej. Ich ścieżki rozeszły się bardzo szybko, ale chwile, jakie zdążyli razem ze sobą przeżyć, pozostały niezapomniane; wręcz widziała ich dwójkę w Manon i Satoru, szczęśliwych, bo tak odmiennych, a równocześnie tak pasujących do siebie. Kiedyś bała się pozwolić białowłosej na związek z ludzkim mężczyzną, a co dopiero z Łowcą, ponieważ widziała już, jak jej matka przepłaciła za to życiem, jak ona żyła przez większość swojego życia ze złamanym sercem, ponieważ oboje z tym młodym, choć wtedy widocznie doroślejszym studentem medycyny o imieniu Henry, zaprzepaścili swoją szansę. Czasami zastanawiała się, jak teraz potoczyły się jego losy, czy miał żonę, dzieci i czy był szczęśliwy, ale przyłapała się na tym, że wtedy jakby... Smutnieje, czuła się egoistką, że nie chciała, aby faktycznie tak było, bo przecież każdy zasługiwał na szczęście, a co dopiero ten dobry człowiek, który poświęcił swoje życie ratowaniu innych. Czarnowłosa powoli wstała, chwiejnym krokiem podeszła do drzwi, które znalazła dosyć szybko i bardzo zdziwił ją fakt, że czuła, jakby miała deja vu; jakby kiedyś już tutaj była, ale zbagatelizowała te myśli, ponieważ w swoim poł wiecznym życiu miała szansę na pojawienie się gdziekolwiek i wcale nie musiała znajdować ku temu powodu. Otworzyła drzwi, tam od razu ujrzała szczęśliwą, przytulającą się do swojego mężczyzny, do ojca jej dziecka; Manon Czarnodziobą; więc automatycznie też się uśmiechnęła, lecz jej wzrok poleciał tez tak jakby na miejsce, gdzie siedział człowiek z nieodpaloną jeszcze fajką. Mężczyzna spojrzał na nią w tym samym momencie, w którym Cassiopeia odnalazła jego oczy; oczy Henryiego i przysięgam, że w tym momencie nogi miała jak z waty. Jej wzrok przeniósł się na jej bandaż, który z gracją oplątał całe jej ciało, jakby ktoś, kto stworzył to dzieło, z całego serca nie chciał dać jej umrzeć.
- Najwidoczniej kiedyś nie doceniałam medycyny - powiedziała już nie jako dorosła kobieta, nie jako Cassiopeia Czarnodzioba, siejąca strach wśród Klanu, wielka, poważna i potężna wiedźma, lecz jako głupia, zakochana nastolatka, która właśnie przed sobą ujrzała studenta medycyny pierwszego roku...

Przepraszam, presja czasu;_; Zjebałam po całości. Satoru?

ilość słów: 1008

Od Satoru c.d Manon

Pewnie nie zdajecie sobie sprawy z tego, jak przepięknym uczuciem była ulga po uratowaniu człowieka czy innej istoty. Nie tylko towarzyszyło temu wielka radość, ale coś na rodzaju cudnego okresu haju, kiedy lekarz był święcie przekonany, że potrafi dokonać wszystkiego. Jest to bardzo specyficzna emocja, ciężko ją opisać, jeśli kiedykolwiek się jej nie doznało, a w mym krótkim życiu nie miałam szansy ów uczucia zaznać (moja matka zapewne jest ze mnie dumna). Wracając do naszego bohatera, Satoru, ten właśnie stał z wujem nad zlewem i starannie ścierał ze swoich palców resztki krwi, które przebiły się przez rękawice medyczne i wciskały się pod paznokciem. Szorował dłonie z takim zapałem, jakby właśnie przebiegał maraton, przy czym myślał strasznie dużo nie tylko na temat uratowanej Czarnodziobej, co było cudem, ale też o Manon i o dziecku. Matko, jak on już chciał ją zobaczyć, nie w sposób taki, jak przed drzwiami, gdzie musiał tłumić wszelkie emocje, bo liczyła się każda sekunda, którą tam przestali. Chciał z nią porozmawiać, był spragniony wszelakiego kontaktu z białowłosą i, na litość boską, w końcu w jej brzuchu rozwijał się ich syn! W końcu udało się chłopakowi zdrapać całą krew i ruszył szybko się przebrać, wręcz pobiegł, jak na skrzydłach. Wykąpał się, tak jak wcześniej zaproponował mu wuj i gdyby nie myśli nękające naszego bohatera, siedział by tam tylko dwie minutki, a w rzeczywistości przesiedział tam dobre dwadzieścia minut. Przebrał się w najzwyklejszą koszulę i zbiegł na dół. Wiedział, że Manon go unikała, uwierzcie mi, że w takim domu nieciężko się tego domyśleć. Było mu z tego powodu przykro, bo zdawał sobie sprawę, że białowłosa wini za siebie wszystko i uważa się za omen nieszczęścia w jego oczach. Młody Yoshida chciał z nią porozmawiać, ale dobrze wiedział, jak to jest, jak ktoś się narzuca, więc po prostu siedział w salonie na dole. Czekał, czekał, jak każdego, piekielnego dnia i każdej nocy. Czekał na swoją ukochaną z nie mniejszą nadzieją. Ona zejdzie, zdawała się mówić jego postawa. Tuż za nim pół drzemał jego wuj na stole. Dobrze wiedział, jak Henry był niesamowicie spokojny, jak usatysfakcjonowany tym, czego udało im się dokonać. Był zapewne w niebiańskim nastroju, papieros (niezapalony), wciąż tkwił pomiędzy jego środkowym a wskazującym palcem. Zdawać by się mogło, że obserwuje swojego bratanka spod przymkniętych powiek. Satoru wrócił wzrokiem na schody, jakby czekał na Manon i ujrzał ją. Schodziła po schodach. Na jej twarzy widział malujące się emocje, lecz przede wszystkim niepewność i bolesne w oczach Yoshidy poczucie winy. Jej żółte oczy świeciły się nie tylko od lamp, ale też ze zmęczenia, a białe włosy spływały luźno po jej ramionach. Mimo tego, że unikała wzroku chłopaka, ten już miał zamiar się zerwać, by uścisnąć Manon, lecz jej kuzynka powstrzymała go ciężkim spojrzeniem. Chłopak zacisnął zęby i usiadł ponownie na fotelu. Starał się usadowić wygodnie, nie podwijać nóg, nie wiercić się - przypominał sobie wszystkie uwagi swojej matki do tego, jak siedzi, lecz nie potrafił siedzieć spokojnie. Obserwował, jak dwie czarownice sadowią się na sofie, przed Satoru. Białowłosa patrzyła się niby w jego stronę, lecz na pewno nie na niego. Satoru ponownie się wiercił w fotelu, ale też czuł pewien luz i swobodę przy obecności dziewczyny. Dziwacznie mi opisać te dwie tak ze sobą sprzeczne emocje w jednym ciele i w jednej chwili.
- Nie jesteś mi nic winny, Yoshida Satoru - w końcu białowłosa się odezwała. Na dźwięk tak potwornie oficjalnie wymówienia jego imienia, mag aż drgnął niespokojne, a serce ścisnęło mu się niebezpiecznie. Patrzył na Manon szeroko otwartymi oczami, patrzył na nią, jakby mówił, aby przestała się obwiniać, aby spojrzała prosto na niego i mówiła do niego z taką samą swobodą jak jeszcze niedawno. - Wiem, że go nie chcesz, ale chciałabym tylko zakomunikować, że chciałabym nazwać go Henry - kontynuowała czarownica, na co moc uczuć uderzyła do głowy młodego Yoshidy. Manon uważała, że on nie chciał ich przyszłego dziecka, że nie chciał j e j. Zerwał głowę do góry w tym samym momencie, co jego wuj - właśnie Henry. Oboje spojrzeli na białowłosą, oboje z dziwaczną mieszaniną wzruszenia i niepokoju w oczach. Nie muszę chyba wspominać, jak wuj był wzruszony, a jak Satoru zaskoczony - i to pozytywnie. Można by pomyśleć, że w tym momencie mógł być on jeszcze bardziej poruszony, niż jego krewny. - Chciałabym, aby był tak dobry, jak ty - dodała Czarnodzioba do jeszcze zbyt zadziwionych mężczyzn, aby w ogóle mogli wykrztusić z siebie zdanie, które miałoby sens i gramatyczny ład oraz skład. Satoru tym bardziej nie wiedział, co ma powiedzieć. Manon się z nim autentycznie ż e g n a ł a. Uważała, była święcie przekonana, że młody Yoshida jej tu nie chce!
W tym przekonaniu upewnił się brunet jeszcze bardziej, kiedy białowłosa wstała i bliska łez ruszyła w stronę drzwi. Satoru złapał ją za nadgarstek. Nie miał zamiaru pozwolić jej wyjść, na pewno nie przed tym, aż nie powie wszystkiego, co myślał prosto do niej, patrząc wprost na nią. Manon odwróciła się w jego stronę i po raz pierwszy od tak niemiłosiernie długiego okresu czasu spojrzała mu w oczy - wreszcie, na boskie szczęście, w końcu spojrzała na niego - prosto na niego! Satoru tak bardzo tego pragnął, tak bardzo chciał, aby dziewczyna na niego w końcu spojrzała. I to zrobiła. Satoru, nim zaczął mówić, nim potok słów i wyznań pełnych emocji, i tych może bardziej bliższych goryczy, i tych tak pełnych intymności ludzi nie zakochanych, ale kochających się, potarł nadgarstek Manon kciukiem, patrząc się na jej brzuch. To tam właśnie rozwijało się ich dziecko, ich syn. Cudo, na które czekał tyle cholernych dni! Nim przeszedł do swego monologu, palnął:
- Czy mogę dotknąć?
Po chwili zdał sobie sprawę z tego, jak idiotycznie musiało to brzmieć, bo poczerwieniał cały na policzkach i spuścił wzrok na chwilę na podłogę. Lecz w tej sytuacji idiotyzmu zarzucić mu nie mogę, no bo, powiedzmy sobie jedno, myślę, że każdy chciałby położyć dłoń tuż nad rozwijającym się skarbem i owocem miłości. Myślał, że Manon się nie zgodzi albo zinterpretuje to jako wyproszenie z domu, ale ta skinęła głową - trochę niepewnie i wolno. Satoru nie obchodziło go to, czy byli obserwowani, czy nie i po prostu przyłożył dłoń do może niezbyt wielkiego brzucha białowłosej, ale i tak już takiego, aby zdradzić ciążę. Nie potrafię opisać fascynacji młodego Yoshidy tym zjawiskiem. Był święcie przekonany, że czuł bicie serca małej istotki, że czuł jak się rusza, choć fizycznie było to niemożliwe.
- Manon - powiedział głosem pewnym, łagodnym i pełnym miłości - często cię przepraszam i chciałbym cię przeprosić za to, że nie mogłem przy tobie być. Uwierz mi, że chciałem być przy tobie. Cały ten czas! Jednak nie miałem możliwości... A szukałem każdego możliwego sposobu, aby do ciebie dostrzegł - na chwilę przestał mówić, czując jak musi wziąć za wodze wszystkie swoje emocje. - Nie chciałem, abyś uznała, że cię winię za to. I nie winię, Manon, nigdy w życiu. Tak bardzo cię przepraszam, że się winisz, bo to nie jest twoja wina! - przez ten cały czas nie spuszczał dłoni z jej brzucha i patrzył się prosto w jej oczy: te piękne, złoto-żółte oczy, jakże cudne, w które mógłby się wpatrywać codziennie. - Nie mów też, że nie chcę tego dziecka, proszę. Kiedy się mnie o to zapytałaś nie byłem jeszcze gotowy, byłem niedojrzały i miękki, ale teraz jest inaczej. Manon, ja chcę, abyś została, abyśmy mogli razem żyć i razem będziemy wychowywać naszego syna - jakże dumnie brzmiało to, co właśnie powiedział nasz młody Yoshida; ujęłabym, że po prostu jego uśmiech mówił wszystko. - Wiem, że nie mówię może tego często, bo nie cierpię szastać wielkimi słowami (i tutaj Satoru nie miał na myśli urazić swej ukochanej, czy pokazywać, że tak mało mówił jej, co do niej czuje, ale powiedzmy sobie szczerze - wyznania o miłości, rzucane na prawo i lewo, tracą na znaczeniu), ale kocham cię nad życie. Kocham cię bardziej, niż mógłbym sobie wyobrazić, nigdy za mocno, nigdy nie jest za mocno. I pozwól mi pokazać, że kocham również i dziecko, które nosisz. Proszę. - uśmiechnął się lekko, był to uśmiech pełen nadziei, pełen czułości, przeznaczony tylko dla Manon i niebawem może też dla ich dziecka. O ile los pozwoli. I oby pozwolił.

oby Ci się podobało! kocham <3 Manon?

ilość słów: 1359

Od Asthi c.d: Angelo

Wiatr agresywnie lawirował pomiędzy drzewami, siadał na gałęziach, które pod wpływem jego ciężaru, uginały się we wszystkich kierunkach. Szorstko ocierał się o liście, a ich chór, prowadzony porywem, nieustannie wyśpiewywał wrogą etiudę. Ostrzegał… Ostrzegał przed samym sobą, kapryśnym i nieokiełznanym żywiołem, symbolem zmienności, nietrwałości, porywczości i próżności.
Sunąc palcem od lewej do prawej skroni, zebrałam pasma włosów, tak niemożliwie irytująco przysłaniających mi świat. Wicher ani myślał odpuścić, szamotał moimi włosami, rwał je i plątał, ciskał piaskiem w oczy. Zjadliwym uśmiechem zawtórowałam kolejnemu zrywowi, w myślach przeklinając jego narowistą naturę, a on kontynuował zabawę, nie zwracając na mnie uwagi. Bawiła go moja złości, zachęcała do dalszym igraszek.
Myśli na przemian zajmowało mi przeklinanie tego cholernego wiatru i przeklinanie konieczności wykonania kolejnej nudnej misji. Od dawna nie trafiło się nic godnego uwagi, każda wykonywana przez mnie misja przytłaczała, łatwością, schematycznością, prostotą, ogólnie szeroko zakrojoną nudą. Nie była do końca pewna, co ostatecznie przypieczętowało decyzję mojej wyprawy. Chęć przygody? Nie, nigdy nie lubiłam robić niczego z polecenia jakiegoś robaka. Z Nudy? Nie, nie można robić nie czego wbrew upodobaniom, a ja właśnie upodobałam sobie nudną bezczynność. Chęci zarobku? Śmiechu warte. Wszystkie te misje oferowały śmieszną płacę, stanowią obelgę, w ten sposób, zleceniodawcy niemal plwają na magów. Więc co? Najprawdopodobniej było to, to niespotykane nigdy wcześniej przeczucie. Nadzieja głupich, ta maluteńka iskierka, szepcząca do ucha „wydarzy się coś niesamowitego”.
Nie zwalniając kroku, sięgnęłam ku cienkiej, czarnej wstążce, którą wiązałam włosy, a spod której większość już dawno uciekła. Ciągnąc za jeden z końców, rozplątałam supeł, sprawiając, że pozostałe pod nią włosy, również zaczęły tańczyć z wiatrem. Niedługo jednak nacieszyły się wolnością, już po kilku sekundach, złapane w stalowy uścisk. Udało mi się pochwycić wszystkie wolno latające kosmyki, prócz tego jednego, złośliwego, zbyt krótkiego, by dobrać, go do reszty. Stanowczym ruchem, zwinęłam włosy w coś, co kształtem przypominać miało kok, lecz wyraźnie odstawało, od ogólnie przyjętego wyglądu tej fryzury. Nie było to jednak nic zniechęcającego, liczyło się tylko to, by dłużej nie irytowały, wijąc się po twarzy.
Droga była łatwa, nie męcząca, mogłaby być również przyjemna, gdyby nie ten wybryk natury. Na szczęście po kilku godzinach intensywnego marszu, dotarłam do jakiejś gospody, z pewnością są tam pokoje, w których będę mogła przenocować. Był tylko jeden, maluteńki ambaras, a mianowicie nie miałam grosza przy duszy. Wszystkie moje „oszczędności” rozpłynęły się o wiele szybciej, niż zakładałam, ale i na to znajdzie się sposób.
Obchodząc budynek dookoła, dokładnie badałam każdy jego element, odgadywałam sposób rozmieszczenia pomieszczeń. Nie znałam się zbyt dobrze na tego typu rzeczach, ale udało mi się zdobyć informacje, o które mi chodziło. Z tyłu gospody, rozciągały się okna pokoi dla gości, pięknie wspierane filarami, pomiędzy którymi rozciągały się małe balkony. Właśnie one, czyniły mój plan tak prostym do zrealizowania.
Jeszcze stojąc na dole, triumfalny uśmiech zagościła na moich ustach, całą ta operacja wydawała się śmiesznie łatwa. Kręcąc z politowanie głową, wzięłam rozbieg, w dwóch krokach, wspinając się na kupkę ułożoną z drewnianych klocków. Wybijając się z ich szczytu, złapałam za poszycie pierwszego balkonu. Bez większych trudności, podciągnęłam się, pokonanie barierki było już tylko formalnością. Teraz pozostało już tylko sprawdzenie, pokoi. Zerkając przed szyby, łatwo było stwierdzić, które z nich są zamieszkałe. Na moje nieszczęście, tutaj- wszystkie. Lekko wskoczyłam na barierkę, mistrzowsko balansując ciałem, wystarczył delikatny podskok, by dosięgnąć kolejnego piętra, tam również wszystko było zajęte. Trzecie, okazało się bardziej przyjazne, wnętrze jednego, jedyne, okazało się puste. Zamknięte oko, nie okazało się przeszkodą, przed dostaniem się do środka. Wyjęłam z małej, skórzanej torby, jeszcze mniejszy wytrych. Szpara pomiędzy skrzydłami okazała się wręcz idealna, bez trudu włożyłam w nią zagięty drut, za pomocą którego wyciągnęłam haczyk z zaczepu.
Wskoczyłam do środka, nie zwracając uwagi na dźwięk wydobywający się spod podkutego buta uderzającego o drewniane klepisko. Pozycja słońca malowała w pokoju delikatny cień przysłaniający szczegóły jego wątpliwego wystroju. Z całą pewnością nie było to nic szczególnego, ot zwykłe drewniane, ale nad wyraz przytulne pomieszczenie gościnne. W środku znajdowało się sporych rozmiarów, pojedyncze łóżko, skrzynia z widocznie przerdzewiałymi zawiasami, komódka, stolik, dwa krzesła i jeszcze kilka innych mebli. Rozglądając się raz jeszcze, upewniłam się, czy aby nic nie uszło mojej uwadze, zgodnie z przewidywaniami, nie było takiej rzeczy.
Niedbale cisnęłam torbę w kąt, sama bezceremonialnie rzucając się na łóżko, nie zdejmując nawet, zabrudzonych kurzem butów. Leżąc na wznak, dopiero poczułam jak strasznie bolą mnie stopy, to co miałam na nogach i ośmielało nazywać się butami, było skrajnie niewygodne, o obtarciach nawet nie wspominając. Zbierając w sobie nieco sił, opierając podeszwę palców lewego buta na pięcie drugiego, zsunęłam, ledwie trzymającego się w kupie oficerka, po chwili, tą samą metodą pozbawiając się też drugiego.
Nie minęło wiele czasu, gdy dobiegły mnie kroki zza drzwi, z pewnością był to jakiś mężczyzn i ktoś jeszcze, ale nie byłam w stanie, stwierdzić kto.
-Dzisiaj najprawdopodobniej dotrze do nas Angelo- odezwał się głos, posiadacza zidentyfikowanych przez mnie kroków. Unosząc głowę, zaczęłam wpatrywać się w stronę, z której dobywał się dźwięk. - Mam nadzieję, że cały i zdrowy- dodał po chwili.
Drugiej części wypowiedzi towarzyszył głośny szczęk zamka, mimo to nikt nie wszedł do środka. Najwyraźniej był to gospodarz, zawczasu otwierając drzwi do pokoju, wyczekiwanemu gościowi. Skwitowałam całość sytuacji, obojętnym grymasem. Biedny Angelo będzie musiał pogodzić się z faktem, że nie ma tu już dla niego miejsca.
Po godzinie zaniechałam dalszych prób pogrążenia się w śnie, z reguły nie miałam problemu z zaśnięciem w dowolnie przez siebie wybranym miejscu, tym razem jednak coś usilnie nie dawało mi odpocząć.
Przewracając się na bok, sięgnęłam do torby po osełkę, była szorstka za to twarda i lekka. W wyciągniętej dłoni pojawił się jeden z moich ulubionych mieczy. Zaczęłam ciągnąć brusem wzdłuż ostrza, wydające z siebie kojący syk, najprzyjemniejszy dźwięk na świecie.
Z zamyślenia wyrwało mnie ciche skrzypnięcie zawiasów, nie zwróciłam większej uwagi na wchodzącego mężczyznę, mimo to kątem oka bacznie badałam jego ruchy, a raczej ich brak. Przestępując prób, stanął jak wryty, nie spodziewając się mnie siedzącej na łóżku. Widząc jego zmieszanie i zaskoczenie na jego twarzy, trudno było powstrzymać się od wybuchnięcia dzikim śmiechem, była to wręcz bezcenna mina. Choć rozbawienia mieszało mi nieco szyki, z uporem trwałam ze stoickim spokojem. Dopiero gdy wypadająca mu z ręki torba uderzyła o podłogę, po której potoczyła się większość jej zawartości, zaszczyciłam prawowitego mieszkańca pokoju spojrzeniem.
-Huh?- mruknęłam, marszcząc brwi.-A ty tu czego?
Zaskoczenia na twarzy blondyna pogłębiło się, ale w oczach malował się pewnego rodzaju opanowane i stanowczość, które podkreślały spleciona na piersi ręce.
-Tak się niefortunnie składa, że tu mieszkam – stwierdził sprawiając wrażenie niezbyt przejętego. -A ty, jeśli można spytać?
Blondyn o ładnej buźce i przenikliwych, szmaragdowozielonych oczach, napastliwie taksował mnie wzrokiem.
-Wybacz Algolo, byłam pierwsza- stwierdziłam, wzruszając ramionami z udawanym smutkiem na twarzy.
-Co? Zaraz, skąd znasz moje imię?- spytał, robiąc jelcze śmieszniejszą minę, w skład której wchodziły lekko uchylone usta, szeroko otwarte oczy i zmarszczone brwi.
-Wiem dużo rzeczy- stwierdziłam triumfalnie, karmiąc się tym małym zwycięstwem.
Nie zdążył zareagować, gdyż, do pokoju wpadła kolejna osobistość, w postaci gospodarza, którego donośny głos rozbrzmiał, odbijając się od ścian.
-Angelo wszystko w porząd… - Urwał w pół słowa. - Kim ty jesteś i co tu robisz?
-Sam chciałbym to wiedzieć- mężczyźni popatrzeli po sobie.
Odłożyłam osełkę na bok, wstając, skierowałam się ku obydwóm:
-Wypad, chcę iść spać- rzuciłam.
-Ale chyba nie tu, to mój pokój- zaprotestował blondyn, teatralnie potrząsając dłonią.
-Właśnie tu- wskazałam palcem na łóżko.
-Nie możesz tu zostać, nie zapłaciłaś- dodał gospodarz.
-Bo nie mam z czego- odparłam.
-Ale...- zaczął lokator.
-Nie ma „ale”, ja tu śpię i tyle, no, chyba że chcesz się sprawdzić?- wymierzyłam sztych w kierunku Angelo, w taki sposób, że czubek broni niemal dotykał jego nosa.
Gospodarz chciał jakoś zareagować, ale nie wiedział co zrobić, bał się, albo spokój blondyna przekonał go, że nic robić nie musi.
-Dobrze, zmierzymy się, ale nie w walce- stwierdził z lekkim uśmiechem, dwoma palcami odsuwając ostrze miecza.
-To niby jak?- spytałam, można walczyć nie na miecze?
-Zagramy w kości o to, kto zostanie w pokoju, co ty na to?
-No dobra- przytaknęłam, po krótkim namyśle.
-Danet, masz jeszcze kości?- spytał, zwracając się do mężczyzny, niezmiennie trwającego u jego boku.
-T-tak- odparł, jakby wyrwany spod jakiegoś uroku.- Już przynoszę.
W chwili, gdy gospodarz zniknął na ciemnych schodach, zaczęłam nieco żałować swoich słów, w końcu nie miałam w to grać. Były niewielkie szanse, że da mi się wygrać, ale i w przypadku przegranej, nie przewidywałam mojej eksmisji.
Chwilę później wrócił, wrócił Danat z dwoma woreczkami, które podał blondynowi, ten z kolei przekazał mi jeden z nich. Wysypałam na dłoń jego zawartość, były to ładne, czarne kości z białymi oczkami, mój przeciwnik dostał dokładnie takie same, jedynie z odwrotnymi kolorami.
-No więc, jak w to się gra?- spytałam obracając pięć kostek w dłoni.
-Nie umiesz?- zdziwił się. –To nieco komplikuje sprawę – westchnął. –W takim bądź razie, zagramy w łatwiejszą wersję tej gry. Słuchaj uważnie, bo zagramy tylko jedną rundę. Rzucamy kostkami, im więcej wypadnie kostek z tą samą ilością oczek i im wyższa będzie ich ilość, tym lepiej. W drugiej turze, możemy wybrać te kostki, którym ilość oczek nie przypadła nam do gustu i rzucić nimi raz jeszcze.
„Zagramy w łatwiejszą wersję tej gry” kto normalny, ułatwia przeciwnikowi wygraną? W tej sytuacji miałam realno szansę na wygraną.
Oboje usiedliśmy na podłodze, naprzeciwko siebie, cały czas czułam na sobie wzrok obojgu, zwłaszcza, gdy cisnęłam kostkami, które wydały cudowny dźwięk, uderzając zeszlifowanymi rogami o drewnianą podłogę. Wypadły mi trzy kostki po cztery oczka, jedna szóstka i jedynka, blondynowi z kolei każda inna. Czułam w powietrzu wiszące zwycięstwo. W drugie turze udało mi się zdobyć jeszcze jedną czwórkę i znów jedynkę.
Wynik rozpalił potworny błysk w moich oczach, wygrana była pewna, jak nic. Nawet nie zauważyłam, kiedy jadowity uśmiech wpełzł mi na usta.
-Poczekaj, ma jeszcze rzut- odparł, zauważając moją pewność co do wyniku tego starcia.
Jego białe kostki zniknęły nakryte palcami. Delikatnie potrząsając pięścią, uniósł ją do ust, dmuchnął i rzucił.
-Remis!- wykrzyknął gospodarz, nie mogąc uwierzyć, że jego znajomy w jednym ruchu wyrzucił, aż cztery te same kostki.
Ja również nie mogłam w to uwierzyć, jak można mieć aż takie szczęście?
-Jak widać, będziemy musieli się jakoś dogadać- dodał, po chwili triumfując.
Zgrzytnęłam zębami, nie podobał mi się ten stan rzeczy, jednak do przeżycia, w gruncie rzeczy, nie chciało mi się już dochodzić wyłącznych praw do mieszkania tu. Miałam ochotę się czegoś napić, pójść spać i mieć wszystko gdzieś, tylko tyle. To chyba niezbyt wiele?
Ostatecznie udało nam się dojść do pełnej ugody, gospodarz nie chciał żadnym rozrób, którymi groziłam w razie próby wyrzucenia mnie z pokoju, więc pozwolił mi zostać, zwłaszcza że kości wskazały remis.
Angelo, poprosił Danata o wino, po które mężczyzna pognał w te pędy. W tym samym czasie ustaliłam z blondynem, jak będziemy rozmieszczeni tej nocy. Nie wzbraniał się długo przed odstąpieniem mi łóżka, co było raczej oczywiste. Przestałam słuchać w momencie, gdy zaczął mówić o swoim miejscy do spania.
Leżąc, obserwowałam, jak zbiera swoje rzeczy z ziemi. Po chwili ruszył w ich poszukiwaniu na schody, nie było go dłuższą chwilę, z pewnością, spotkał na nich gospodarza i ucięli sobie jeszcze pogawędkę.
Wrócił do środka, dzierżąc w dłoni na powrót pełną torbę i dwie butelki wina. Ich widok spowodował u mnie wykwit uśmiechu. Bardzo lubię ten rodzaj alkoholu, można powiedzieć, że tylko ten.
Mężczyzna zniknął za drzwiami prowadzącymi do łazienki.
Już po kilku minutach, dotarł do mnie słodki zapach wina. Przeczekałam około godziny, czekając aż różnego rodzaju dźwięki, wydawane świadomymi ruchami ucichną. Po upływie tego czasu faktycznie większość ucichła, zastąpiona cichym pochrapywaniem. Wstając cichutko, podkradłam się do łazienki, zerkając przez szparę uchylonych drzwi, dostrzegłam Angela śpiącego w wannie z butelką wina w dłoni. Niewiele myśląc, weszłam do środka, wyjmując naczynie z jego ręki, wychyliłam ostatni łyk. Wino było mocne i bardzo smaczne, dokładnie takie jak lubię, w końcu prawdziwe wino zaczyna się od 12%, a to z pewnością ma więcej. Podmieniłam pustą na pełną butelkę i wyciągając korek, zaczęłam pić.

Angelo, moczymordo? Masz ten swój odpis :3

ilość słów: 1970