Herbata zdążyła już całkiem wystygnąć, nim skończyłam rozmowę z Miriam - dokładnie opowiedziała mi o najnowszych nowinkach z domu, ze szczególnym uwzględnieniem pierwszych oznak rozwoju małego Andy'ego jako maga: pod czujnym okiem dziadzia, który to przeżywał jakby drugą młodość, wpatrzony w ukochanego prawnuka - opowiadał dosłownie każdemu w okolicy o jego postępach malca, który, według słów staruszka, miał być "najlepiej zapowiadającym się dzieciakiem rodu Tarumi, jakiego kiedykolwiek widział". Andy ćwiczył póki co, rzecz jasna, najbardziej podstawowe techniki i najprostsze zaklęcia, które miały pomóc w wyborze dla niego najlepszej drogi, choć, na chwilę obecną, zdawał się iść w ślady swojego taty - a zatem Magii Przyzbrojenia, z której to nasza rodzina była znana od wieków.
- Mam tylko nadzieję, że będą uważać. Dziadek obiecywał, że da Anusiowi do ręki co najwyżej nóż kuchenny, a Will z kolei... oj, sama zresztą wiesz, gdyby tylko jego syn go o to poprosił, dałby mu i topór. Uważa, że sobie poradził i sam w wieku pięciu lat umiał już obsługiwać się mieczem...
- Chyba wykałaczką - parsknęłam, poklepując Miriam po dłoni. Jej skóra była ciepła i przyjemna w dotyku, choć dało się wyczuć na niej mnóstwo starych blizn i szram, będącymi pamiątkami po latach dzieciństwa, które spędziła w wojennej zawierusze w odległym państwie. - Spokojnie, zachowuje się jak dziecko, ale kocha Andy'ego i w życiu by nie pozwolił, żeby coś sobie zrobił. Po prostu chce mieć dobry kontakt z dzieckiem, zwłaszcza że to syn. I trzeba przyznać, że Przyzbrojenie jest dość trudne.
- Ale chyba nie na tyle, żeby zaczynać trening tak intensywnie, gdy ma trzy latka. To jeszcze dziecko.
- Myślę, że traktują to bardziej jak zabawę.
- Magia nie służy do rozrywki. To broń, w dodatku groźna.
- Owszem, ale teraz są lepsze czasy. Myślę, że to nawet lepiej, jeśli pozna i trochę luźniejszej magii. Sama mam z tego całkiem miłe wspomnienia, często nam służyła do zabawy, chociażby przy opowiadaniu historii. O, albo w głuchy telefon. I sporo się można nauczyć.
Po mojej twarzy przebiegł lekki uśmiech. Doskonale rozumiałam obawy swojej bratowej, tym bardziej ze względu na jej trudną przeszłość i charakter - była przykładna, ale przy tym miała ogromną skłonność do ciągłego martwienia się o bliskich. Cóż, biorąc pod uwagę beztroski charakter Willa, cieszyłam się, że znalazł kogoś, kto czasem go powstrzymuje przed głupimi pomysłami - sam z pewnością pewnego dnia zgubiłby głowę - ale i wiedziałam, że Miriam czasem powinna trochę odetchnąć.
~ Zacznij być taka rozsądna, gdy idzie o ciebie, Mała ~ mruknął sennie Akamaru ze swojego kąta.
~ Jestem ostrożna! ~ zaprzeczyłam żywo, wysyłając myśl do liska.
~ Yhym ~ przytaknął tylko i na powrót zapadł w swoją drzemkę.
- Herbata nam wystygła, swoją drogą - usłyszałam brzdęk porcelany, gdy kobieta wzięła zarówno moją, jak i swoją filiżankę. - Zrobię nam nową, co?
Jej głos był nieco wyższy niż zazwyczaj, z intensywności wibracji naczyń wywnioskowałam też, iż musiała być poruszona. Oj, Miruś z pewnością była idealną matką i żoną.
- Jasne, zaczekam tu - owinęłam się ciaśniej kocykiem. - Jest jeszcze różana?
- Powinna być. Ja sobie zrobię malinową, ukroję nam jeszcze szarlotki, zrobiłam ostatnio i wzięłam do ciebie połowę.
- Twoja szarlotka jest najlepsza na świecie - pokręciłam głową - choćby ze względu na nią mogłabym wrócić do domu.
- Drzwi zawsze stoją otworem! - krzyknęła z kuchni. Dobiegały mnie wyraźne odgłosy krzątaniny: chlupot wody, brzdęk szkła czy też kroki bratowej. Uwielbiałam czas, gdy była u mnie z wizytą, nawet jeśli trwało to zazwyczaj najwyżej kilka dni. Akurat za godzinę miała już wracać...
- Za niedługo na pewno wszystkich odwiedzę - obiecałam. - Przekaż dziadziowi, że pewnie na wiosnę wpadnę na trochę.
- Na pewno się ucieszy! - Miriam wróciła z kuchni i postawiła przede mną filiżankę. Ostrożnie wymacałam jej uszko i podniosłam, uważając, by nie wylać gorącego napoju na siebie. Czułam, że bratowa patrzy na mnie uważnie, gotowa w razie czego ruszyć z pomocą.
- Spokojnie, proszę pani, pić jeszcze umiem - zaśmiałam się.
- No ba. Tej elegancji by się od ciebie w najdroższych lokalach mogli uczyć.
***
W podobny sposób przegadałyśmy następny kwadrans - a także kolejną niemal cała godzinę, choć ta akurat wypełniona była też pożegnaniami i pakowaniem. Szłam z Miriam pod rękę, aż w końcu przytuliłam ją mocno i cofnęłam się o krok.
- To co, następnym razem ty gościsz? - zapytała wesoło.
- Możliwe - stwierdziłam. - Zobaczymy, jak będzie z misjami. W razie czego też koniecznie znowu wpadnij, choćby i bez uprzedzenia. I ślijcie mi koniecznie listy, ucałuj tam wszystkich.
- Jasne, trzymaj się!
- Ty też, bezpiecznej drogi.
Stałam jeszcze w miejscu kilka chwil, nim odwróciłam się i wzięłam głęboki oddech, dodając sobie odwagi przed drogą powrotną, która zapewne będzie... cóż, trudniejsza, skoro miałam pokonać ją samodzielnie. Aku, który zazwyczaj wiernie szedł tuż obok mnie, został w mieszkaniu, żal było mi go budził - wydawał z siebie takie przeurocze, cichutkie"puf" za każdym razem, gdy wypuszczał z pyszczka powietrze podczas snu. Co więcej, nie odeszłam daleko od domu, a okolicę znałam niemal na pamięć - oby zatem unikać zderzenia się z kimś i powinno być wszystko dobrze. Powoli ruszyłam przed siebie, na wszelki wypadek lekko i ostrożnie stawiając każdy kolejny krok. Magią skanowałam też umysły ludzi, wyczuwając obecność i przybliżoną lokalizację każdego.
Im jednak bardziej zbliżałam się jednak do rynku, wyczuwałam coraz większą - wręcz dziwnie dużą - grupę ludzi, którzy stali w miejscu, tarasując przejście. Usiłowałam zrozumieć ze strzępków słów, o co właściwie chodzi, ale zamieszanie było na tyle duże, że ciężko mi było cokolwiek zrozumieć, acz miałam wrażenie, że ludzie są całkiem zadowoleni... chyba. Pobieżnie lustrowałam też ich myśli, starając się nie naruszać równocześnie ich prywatności - głownie "mag".
- Przepraszam - zagadałam możliwie uprzejmie do najbliżej stojącej osoby. - Wiesz może, co się dzieje?
Ilość słów: 902
< Ezra? >
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shirley. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shirley. Pokaż wszystkie posty
21 sty 2019
25 lut 2018
Od Shirley do Jae
Stukałam palcami o drewniany stół w rytm fortepianowi. Muzyka wydobywająca się z instrumentu jakby płynęła po całej siedzibie gildii, a nuty tańczyły wszędzie dookoła, trącając lekko serca, jak ptasie pióra - z lekkim uśmiechem, wsparta policzkiem o leżącego obok Aku, wsłuchiwałam się w melodię. Siedzący obok mnie Tom, który właśnie wrócił z misji, bujał córeczkę na kolanach - mała Mimi, przeszczęśliwa z powodu powrotu ojca, gulgotała radośnie - jej dźwięczny śmiech razem z fortepianem tworzył doprawdy cudowną symfonię. Nawet jeśli nie mogłam zobaczyć gildii, przed moimi oczami malował cię ciepły, wesoły obraz istnej sielanki - mistrz Bob właśnie rozmawiał z jednym z nowym chłopców, wychwalając jego puszyste, złote włosy.
- Jest cudownie, prawda? - szepnęłam miękko, wtulając policzek w aksamitną sierść liska.
~ W porządku ~ wymruczał sennie, jakby od niechcenia. Zachichotałam cicho i wsunęłam palce za uszka przyjaciela, głaszcząc je delikatnie.
- Może rozejrzymy się za jakąś misją, co?
~ Mało ci po ostatnich? ~ fuknął, wyraźnie nagle podirytowany. ~ Nie ma mowy! Bez dyskusji, nigdzie nie puszczę.
- No już, już - pokręciłam głową z zażenowaniem. - Ale daliśmy wtedy radę, tak?
~ Ledwo co! ~ wytknął. ~ I zarobiliśmy tyle, że na razie możesz zapomnień o jakichkolwiek wyprawach, moja panno!
- A może byśmy tak wybrali się do rodzinki, co? - ziewnęłam. - Dawno mnie tam nie było, a pewnie przydałby im się ktoś do pomocy... zwłaszcza po tym wszystkim.
Skuliłam się lekko na samo wspomnienie. Ostatnie miesiące nie były dla nas łatwe - całe to zamieszanie z Miśkiem i całą tamtą... organizacją, w którą się wplątał przez jakąś kobietę. Nie po raz pierwszy przemknęło mi przez głowę, że byłoby lepiej, gdybym została w domu. Braciszek był od zawsze wrażliwy, a kiedy mama i babcia zmarły, a Mari, Magnus i później ja wyjechaliśmy, wiele obowiązków spadło na jego barki - tata przecież teraz ciągle pracował, a dziadzio dość mocno podupadł na zdrowiu, choć ostatnio podobno czuł się znacznie lepiej. Will miał własny dom, razem z Miruś i małym Andy'm, zaczął własne życie. Misiek od zawsze był wrażliwy, nawet jeśli sprawiał wrażenie osoby wyjątkowo silnej - to on przecież tak bardzo mi pomógł po sytuacji z przyjacielem. Wzdrygnęłam się lekko - tato w ostatnim liście napomknął mi gdzieś między wierszami, co brat z nim zrobił. Byłam pewna, że to dawno zamknięty rozdział. Nie przypuszczałam, że odbije się tak bolesnym echem dla całej rodziny. W dodatku cała ta organizacja, kobieta, wszyscy rozpłynęli się w powietrzu, gdy zrobiło się niebezpiecznie, a Misiek został. Co prawda, teraz był bezpieczny, gdzieś pod fałszywym nazwiskiem, ale zafundował nam kilka tygodni stresu i wiele bezsennych nocy.
~ Chodźmy się przewietrzyć, co? ~ głos Aku był teraz dużo łagodniejszy, spokojny.
- Dobry pomysł - możliwie cicho, by nie przeszkadzać słuchającym, wstałam i razem z liskiem wyszliśmy na zewnątrz. Było dość zimno, zdecydowanie powinnam była coś jeszcze na siebie narzucić - wiatr co chwila atakował moje ramiona, osłonięte tylko cienkim materiałem tuniki.
- Aku - zaczęłam, gdy szliśmy przez cichszą część miasta - jak myślisz, czym jest wiatr?
~ Powietrzem.
- A może to połączona dusza wszystkich dzikich koni? Może to są wichury? A te przyjemne zefirki to tchnienie anielskie? Jak sądzisz?
~ Dalej jestem za powietrzem ~ ziewnął.
- Jesteś niemożliwy - westchnęłam.
Nagle usłyszałam, jak coś obok głucho uderza o chodnik. Telepatią czułam, że jest też tam jakaś osoba - dość młody chłopak, ściślej rzecz ujmując.
- Nic ci nie jest? - podeszłam ostrożnie w jego stronę, by nie spowodować kolejnych szkód.
~ Po prostu się przewrócił ~ wyjaśnił mi Aku.
< Jae? >
- Jest cudownie, prawda? - szepnęłam miękko, wtulając policzek w aksamitną sierść liska.
~ W porządku ~ wymruczał sennie, jakby od niechcenia. Zachichotałam cicho i wsunęłam palce za uszka przyjaciela, głaszcząc je delikatnie.
- Może rozejrzymy się za jakąś misją, co?
~ Mało ci po ostatnich? ~ fuknął, wyraźnie nagle podirytowany. ~ Nie ma mowy! Bez dyskusji, nigdzie nie puszczę.
- No już, już - pokręciłam głową z zażenowaniem. - Ale daliśmy wtedy radę, tak?
~ Ledwo co! ~ wytknął. ~ I zarobiliśmy tyle, że na razie możesz zapomnień o jakichkolwiek wyprawach, moja panno!
- A może byśmy tak wybrali się do rodzinki, co? - ziewnęłam. - Dawno mnie tam nie było, a pewnie przydałby im się ktoś do pomocy... zwłaszcza po tym wszystkim.
Skuliłam się lekko na samo wspomnienie. Ostatnie miesiące nie były dla nas łatwe - całe to zamieszanie z Miśkiem i całą tamtą... organizacją, w którą się wplątał przez jakąś kobietę. Nie po raz pierwszy przemknęło mi przez głowę, że byłoby lepiej, gdybym została w domu. Braciszek był od zawsze wrażliwy, a kiedy mama i babcia zmarły, a Mari, Magnus i później ja wyjechaliśmy, wiele obowiązków spadło na jego barki - tata przecież teraz ciągle pracował, a dziadzio dość mocno podupadł na zdrowiu, choć ostatnio podobno czuł się znacznie lepiej. Will miał własny dom, razem z Miruś i małym Andy'm, zaczął własne życie. Misiek od zawsze był wrażliwy, nawet jeśli sprawiał wrażenie osoby wyjątkowo silnej - to on przecież tak bardzo mi pomógł po sytuacji z przyjacielem. Wzdrygnęłam się lekko - tato w ostatnim liście napomknął mi gdzieś między wierszami, co brat z nim zrobił. Byłam pewna, że to dawno zamknięty rozdział. Nie przypuszczałam, że odbije się tak bolesnym echem dla całej rodziny. W dodatku cała ta organizacja, kobieta, wszyscy rozpłynęli się w powietrzu, gdy zrobiło się niebezpiecznie, a Misiek został. Co prawda, teraz był bezpieczny, gdzieś pod fałszywym nazwiskiem, ale zafundował nam kilka tygodni stresu i wiele bezsennych nocy.
~ Chodźmy się przewietrzyć, co? ~ głos Aku był teraz dużo łagodniejszy, spokojny.
- Dobry pomysł - możliwie cicho, by nie przeszkadzać słuchającym, wstałam i razem z liskiem wyszliśmy na zewnątrz. Było dość zimno, zdecydowanie powinnam była coś jeszcze na siebie narzucić - wiatr co chwila atakował moje ramiona, osłonięte tylko cienkim materiałem tuniki.
- Aku - zaczęłam, gdy szliśmy przez cichszą część miasta - jak myślisz, czym jest wiatr?
~ Powietrzem.
- A może to połączona dusza wszystkich dzikich koni? Może to są wichury? A te przyjemne zefirki to tchnienie anielskie? Jak sądzisz?
~ Dalej jestem za powietrzem ~ ziewnął.
- Jesteś niemożliwy - westchnęłam.
Nagle usłyszałam, jak coś obok głucho uderza o chodnik. Telepatią czułam, że jest też tam jakaś osoba - dość młody chłopak, ściślej rzecz ujmując.
- Nic ci nie jest? - podeszłam ostrożnie w jego stronę, by nie spowodować kolejnych szkód.
~ Po prostu się przewrócił ~ wyjaśnił mi Aku.
< Jae? >
Ilość słów: 590
< następne opowiadanie >
5 lut 2018
Pierwsza misja klasy S
Shiruś, nasza cudowna istotka - właśnie wykonała pierwszą w historii bloga, misję Klasy S i wyszło jej to (jak zwykle) pięknie. Miejmy nadzieję, że nigdy (przenigdy) nas nie opuści! Życzę większej tak wspaniałej weny i wielu wątków:)))
Gł. Admin,
Deer
4 lut 2018
Od Shirley - misja klasy S - "Ognista Bestia"
Mag klasy S...
Dalej z niedowierzaniem ściskałam kawałek papieru, który dał mi Mistrz Bob - sama, co prawda, nie widziałam ani jednej literki, miałam zamiar jednak załączyć go do następnego listu do rodziny - wiadomość od Misia powinna przyjść lada dzień, niecierpliwie zatem każdego dnia wkładałam dłoń w zimną skrzynkę pocztową, po omacku szukając w niej kopert. Większość korespondencji czytał mi Akamaru, czasem ktoś z gildii lub rodziny, jeśli akurat zajrzał. Stanowiło to duże utrudnienie, szczególnie jeśli list był pilny - miałam zwyczaj siadania do nich razem z kimś w piątkowe wieczory, chyba że wcześniej uzbierał się pokaźny stos listów, co jednak nie zdarzało się często - rachunki i wszelkie tego typu sprawy załatwiałam osobiście, na mieście, z przygotowaną wcześniej, starannie odliczoną kwotą, o ile było to możliwe.
W zamyśleniu postukałam rulonikiem w podbródek, machinalnie wybijając palcami rytm ulubionej melodii dziadzia - Marsz Czarnych Wróżek, jak sam to określał, "najdoskonalszą symfonię dźwięków w całej historii świata". Swego czasu dawał koncerty i znany był jako utalentowany pianista, po parunastu latach postanowił jednak całe życie skupić na magii i rodzinie. Często zastanawiałam się, czego właściwie on nie umie - osiągnął przecież nawet status maga klasy S w bardzo młodym wieku... ciekawa byłam jego reakcji, gdy przyjdzie mój list z zawiadomieniem, że i ja noszę już ten tytuł, choć dalej właściwie nie wiedziałam, jakim cudem mi się to udało - ślepej pannie, która na co dzień używa właściwie tylko telepatii... dużo dała mi też jednak ostatnio opanowana sztuka przemiany, z której to miałam nadzieję zrobić dobry użytek.
Właściwie... czemu by nie od razu? Wielkimi krokami szły urodziny Liluś, krótko po niej świętował też Misio, więc chciałam kupić im prezenty, a ostatnio sporo wydałam w związku z podróżami i ubraniami - Miruś kategorycznie stwierdziła, że potrzeba mi nowych i zabrała na całodzienne zakupy.
- Aku! - cmoknęłam, wstając z bujanego krzesła, które zaszurało na drewnianej podłodze. - Idziemy do gildii i bierzemy misję, skarbie!
~ Zwykłą, mam nadzieję? ~ lisek spojrzał na mnie, ziewając głośno, jak przystało na mojego kochanego śpiocha.
- Zobaczymy, co mają na składzie!
***
- Rozumiem... - potarłam podbródek, trawiąc podane mi przed chwilą informacje. - Ognista Bestia, 300 000 nagrody, Deliara i jego siostra, Paratharmon, zniszczona wioska, trwale okaleczony szeryf... coś jeszcze?
~ Poziom niebezpieczeństwa wykraczający ponad skalę ~ przypomniał mi z wyrzutem lisek ~ 11 na 10 możliwych punktów, to nie jest zadanie dla ciebie...
- Czekają już rok, nikt nie kwapi się do tego zadania! Nie po to zostałam magiem klasy S, by pozwolić ludziom cierpieć, jeśli mogę im pomóc! - odparłam, marszcząc brwi.
- Shiruś - mistrz zaskakująco spokojnym, ciepłym tonem wymówił moje imię, kładąc mi równocześnie rękę na ramieniu. - Twoje umiejętności są najlepsze do walki z ludźmi.
- Dam radę - westchnęłam, miętoląc w palcach kartkę. - Możesz poinformować tamtejszą ludność, że podjęłam się tego zadania. Wyruszam porannym pociągiem, spakuję swoje rzeczy.
- Nie weźmiesz kogoś ze sobą?
- Może im się coś stać - przegryzłam wargi. - Hikaru jest na misji, a mówili, że chcą tylko maga klasy S, bo reszta padnie od razu na jego widok.
- Nie doceniają nas - dałabym głowę, że mistrz marszczył teraz brwi, a Akamaru obnażał swoje białe kiełki. - Jest tu wielu silnych ludzi.
~ A tobie, skoro się już uparłaś, przyda się ktoś, kto widzi.
- Mam ciebie - z czułością pogłaskałam liska po mięciutkiej główce. - Wolę mieć ciebie u swojego boku, niż jakiegokolwiek maga, nawet świętego. Poza tym, zawsze jest moja telepatia.
Mnie samą zaskoczyła pewność, z jaką to powiedziałam. Nie tak rzadko przecież dawałam wybić sobie z głowy zwykłe misje, a ta była zupełnie innego kalibru - mogłam zginąć już po pierwszych sekundach. Ryzyko było ogromne. Wykraczające nawet poza skalę. Wiedziałam doskonale, z czym czasem muszą mierzyć się magowie podejmujący się misji, które otrzymywały nawet połowę punktów w skali niebezpieczeństwa. Supeł niepewności w moim żołądku zacieśnił się, nie dałam jednak dojść do głosu żadnej z wątpliwości.
***
Bladym świtem siedziałam wygodnie na zimnej ławce przy peronie, oczekując świstu pociągu i pisku torów - Aku z kolei trzymał na swoim grzbiecie bagaże, choć nadal nie mogłam pojąć, jak to drobne ciałko jest w stanie nieść tyle kilogramów - w dodatku zupełnie swobodnie i bez wysiłku, nigdy nie słyszałam choćby sapnięcia wywołanego zmęczeniem przy dźwiganiu takich ciężarów, jakie czasem musiał nieść. Miałam wyrzuty sumienia, narażając go w dodatku na takie niebezpieczeństwo - lisek stanowił jednak w pewnym sensie przedłużenie mnie samej, cząstkę duszy. Bez niego czeka mnie rychła śmierć, z nim... mogłam mieć jakąś nadzieję.
Na naszą stację wreszcie zajechał pociąg - miałam wrażenie, że ledwo żywy, sądząc po głośnym szuraniu, jaki wydawał przy hamowaniu. Ostrożnie, wysoko podnosząc nogi i cały czas słuchając dokładnych, ostrych poleceń liska, bez żadnych przeszkód zdołałam zająć miejsce siedzące. Wygodnie się rozlokowałam, podpierając dłonią podbródek, czoło zaś oparłam o chłodną szybę - żałowałam, że nie mogłam podziwiać widoków, rozmywających się coraz szybciej wraz ze zwiększającą się prędkością pociągu, który z mocnym szarpnięciem wyrwał do przodu, zupełnie jak rozgorączkowany koń, któremu jeździec popuścił wreszcie popręg po długim czasie utrzymywania w ryzach.
***
Po paru godzinach jazdy - bardzo męczącej, przyznaję, gdy wyszłam już, co chwilę ziewałam. Byłam też cały czas sama w przedziale, Aku od razu poszedł spać, więc nie miałam z kim porozmawiać. Gdy już zatem wyszłam, marzyłam o wygodnym miejscu do odpoczynku, w czasie jazdy nigdy nie umiałam drzemać, nawet jako małe dziecko. Babcia, która często jeździła ze mną na zakupy, próbowała wszelkich sposobów, od kołysanek, przez trzymanie ciepłego mleka w termosie, aż po przykrywanie oczu. Kiedy jednak jeszcze widziałam, znacznie wolałam spędzić podróż na podziwianiu widoków - sen kojarzył mi się z marnotrawstwem, w domu czekało na mnie przecież ciepłe łóżko... no, na samą myśl się uśmiechnęłam - kochałam gwiazdy i nieraz wiele godzin spędzałam na ich obserwowaniu, wpatrzona w zachwytem w granatowy, roziskrzony miliardem punkcików nieboskłon. Teraz mogłam go już tylko tęsknie wspominać, nadal jednak miałam w pamięci wiele gwiazdozbiorów. Swego czasu myślałem przecież o astronomii jako ścieżce życia, a Magowie Gwiezdnych Duchów byli dla mnie wręcz idolami.
~ Skup się, Mała ~ ponaglił mnie nagle lisek z wyrzutem.
Oprzytomniałam. Wzięłam głęboki wdech i wolno policzyłam do dziesięciu, by uspokoić gnające myśli i drżące ręce. Musiałam wziąć się w garść - zabić mnie mogła nawet sekunda nieuwagi. Deliora i Paratharmon... na samą myśl przez moje ciało przebiegł zimny dreszcz. Nawet w mojej wsi, bezpiecznej, odległej przystani, słyszano o tych stworach - rodzice straszyli nimi nieposłuszne dzieci. Misio, wielbiciel strasznych historii, uwielbiał od czasu do czasu usiąść z nami przy świecy i opowiadać mrożące krew w żyłach opowiastki - potem zazwyczaj spaliśmy wszyscy w jednym pokoju - Liliś i Dai wtulali się wtedy mocno we mnie i Mariś - gdy ta jeszcze z nami mieszkała - dopiero wtedy mogli zasnąć. Tęskniłam za tamtymi czasami. Za niczym niezmąconą sielanką.
Za dniami, które były tak miłe i ciepłe...
- Przepraszam panią! Proszę pani! - donośny, chrapliwy głos, z całą pewnością należący do mężczyzny, przebił się ponad rozgardiasz tłumu. Aku zawarczał ostrzegawczo, co upewniło mnie w przeczuciu, że to do mnie, akurat na sekundę przed tym, jak poczułam delikatny dotyk w ramię. - Panna Shirley Tarumi? Z Blue Pegasus? - nazwę gildii wymówił w sposób charakterystyczny dla ludzi w południowych okolic, kładąc szczególny akcent na ostatnie sylaby.
- Tak, tak - potwierdziłam, nieco rozproszona. Zaraz się jednak skupiłam, używając magii telepatii.
Na dobrą sprawę, wyszłam nieco z wprawy. W mieście rzadko kiedy jej używałam, szanowałam prywatność członków gildii - używałam jej co najwyżej na ulicach, by kogoś odnaleźć, przekazać pilną wiadomość lub po prostu ustalać, gdzie są ludzie. Im większe było jednak zbiorowisko i więcej głosów w tłumie, tym bardziej było to męczące - a rozgardiasz w siedzibie i tak panował zawsze, nawet bez czytania w myślach.
- Miło mi poznać, jestem John Smith, mam zaprowadzić panienkę do wioski... to tam, na zachód!
~ Coraz bardziej nie podoba mi się ta strużka dymu ~ mruknął lisek.
- Dymu?
- Och, widzi ją panienka? To nasza wioska... - na chwilę przerwał, by wziąć krótki,świszczący oddech. - To była nasza wioska... nasz dom... moja żona. Dzieci...
Jego głos się załamał. Możliwie delikatnie, choć dość niezręcznie, przejechałam dłonią po ramieniu mężczyzny,sądząc po głosie, dobiegającego czterdziestki.
- Przykro mi to słyszeć...
- Dlatego zrobię wszystko, co w mojej mocy, by pomóc pokonać te potwory - nagle w jego ton wkradła się stal. - Ale... teraz jestem do usług, w czym mogę pomóc?
- Rozumiem. Proszę mnie zaprowadzić do prezydenta...
- Oczywiście, oczywiście, pan się już bardzo niecierpliwi - teraz dla odmiany jego głos stał się dużo bardziej nerwowy. - L-lepiej się pośpieszyć, panno Tarumi...
- Shirley wystarczy. Nawet nie skończyłam dwudziestki, jeśli mam być szczera...
- Wygląda panienka młodziutko - przyznał. - Zdziwiło mnie, że wysłali kogoś tak... ach...
Po jego głosie poznałam, że się speszył.
- Nie dziwią mnie pańskie obawy - przyznałam, ruszając za mężczyzną. Aku nakierowywał mnie na właściwą trasę, co jakiś czas pomagałam też sobie delikatnym śledzeniem myśli Johna Smitha. - Zostałam magiem klasy S dość niedawno, ale reszta obecnie jest na misjach...
- Rzuca się panienka od razu na głęboką wodę? To naprawdę nie jest dobre miejsce do ćwiczeń...
- Pomogę wiosce, panie Smith. Od tego tu jestem. Przysięgam na swój honor jako członka Blue Pegasus.
- Cieszy mnie panienki zapał - w głosie mężczyzny brzmiała pewna pobłażliwość, ale wyraźnie się rozluźnił.
- Mógłby mi pan opowiedzieć więcej...? O tej całej sytuacji?
- Lepiej zrobi do prezydent, panienko, o wiele treściwiej, a my lada chwila tam będziemy... tym bardziej, że z całą pewnością się już niecierpliwi...
~ Mała, nie podoba mi się ta sytuacja ~ Aku spróbował po raz kolejny.
~ Mówiłam ci, że się nie wycofam ~ odparłam mu telepatycznie. ~ Ktoś musi im pomóc.
~ Tym ktosiem nie musisz być ty.
~ Ale jestem. Koniec dyskusji.
- Jesteśmy - oznajmił John. - Zawołam pana...
- NARESZCIE - przerwał mu jakiś głos. - Czyżby wreszcie przybyła?
Wyczułam jeszcze parę obecności. Wzięłam głęboki oddech. Spokojnie. To jeszcze nie walka, tylko rozmowa z moimi pracodawcami.
- Smith, czemu się tak guzdrasz? Wejdźcie, czekam już całe wieki...
~ Ratunku ~ podsłuchałam myśl mężczyzny.
Nie powiem, że mnie to rozluźniło...
~ Mała, namiot. Na wprost, otwarte. Krzesło piętnaście kroków, nieco na lewo.
Ostrożnie podążyłam za wskazówkami liska.
~ Wskazuje ci na to krzesło. Siadaj.
Z ręką na sercu udało mi się znaleźć mebel, zaciskając mocno dłonie na oparciu. Zajęłam miejsce - krzesło było najwyraźniej stare, zaskrzypiało pod moim ciężarem.
-Wydajesz się być zdenerwowana. Wybacz, ale daruję sobie uścisk ręki. Nawet nie widzę. Lepiej przejść do konkretów.
- Również nie widzę. Miło mi pana poznać, prezydencie Born. Jestem...
- SŁUCHAM?! - starzec znowu mi przerwał. - JAK TO "NIE WIDZISZ"? WYSŁALI MI ŚLEPEGO MAGA?! CZY TO ŻARY?
- Nie jest to powód do krzyku - starałam się zmodulować głos na możliwie spokojny, ale i z nutą nagany. - Spełniam wszystkie wymagania, które zostały...
- ALE NIC NIE WIDZISZ, DO JASNEJ...
- Zdołałam zostać magiem klasy S - kontynuowałam niezrażona, dumnie wymawiając każde kolejne słowo. - Ślepota mi w niczym nie przeszkadza, opanowałam telepatię.
- NIE MYŚL SOBIE, ŻE RZUCISZ TU SOBIE JEDNE CZARY-MARY I PO SPRAWIE.
- Inaczej by mnie tu nie było - zauważyłam. - Tylko ktoś zupełnie inny. Podjęłam się tego zadania. Jeśli pan jednak uprze się mnie nie przyjąć, będę zmuszona odejść. Nie wiem jednak, czy tak szybko pan kogoś znajdzie...
Nie musiałam nawet wnikać zbyt głęboko wnikać w myśli prezydenta, by zdać sobie sprawę z jego obecnego stanu, istnej gonitwy myśli. Tę aurę wyczuwali pewnie teraz wszyscy obecni w namiocie.
- Niech będzie - rzucił zatem po dłuższej chwili.
~ Może potem wyślą kogoś bardziej kompetentnego ~ przechwyciłam myśl.
~ Śmiem wątpić, panie prezydencie. To zresztą nie będzie nawet konieczne ~ odparłam, rozkoszując się jego zakłopotaniem. Nawet jeśli nie przepadałam za złośliwościami, uważałam za powinność każdego człowieka utrzeć czasem nosa tym, którzy na to zasługują.
- Zaprowadzimy cię zaraz na rozmowę z Hilmem - wznowił po chwili prezydent, wyraźnie wyprowadzony z równowagi.
- Kim? - zmarszczyłam brwi.
- Nasz alchemik - wyjaśnił, zniecierpliwiony.
- Proszę o bardziej szczegółowe informacje.
- On wszystko objaśni!
- Panie prezydencie, proszę nie podnosić głosu. Chciałabym wiedzieć możliwie dużo, zanim zmierzę się z potworami.
- Te gnidy mogą pojawić się w każdej chwili - wysyczał, akcentując dobitnie każde słowo. - Nie mamy czasu na zbędne pogaduszki.
- Marnotrawstwem można określić tę bezsensowną dyskusję. By efektownie wykonać zadanie, potrzebuję możliwie wielu danych...
- Na wszystko odpowie Hilm!
Westchnęłam ciężko. Biorąc pod uwagę gościnność tego mężczyzny, który teoretycznie mnie zatrudnił i powinien powiedzieć mi najwięcej, miałam szczere wątpliwości, czy dowiem się czegokolwiek od alchemika - tym bardziej, że większość z nich była raczej skryta, nawet bardzo. Ba, wręcz... zdziwaczała.
- Strażnik cię zaprowadzi. Chyba że nasza panienka życzy sobie specjalne traktowanie?
Zaskoczyła mnie ta oschłość. Cóż, zapewne informacja o mojej ślepocie musiała nim nieźle wstrząsnąć, po magu S oczekiwał pewnie bardziej... hm, spektakularnej siły. Tym bardziej, że sama nie mogłam się pochwalić imponującymi umiejętnościami bitewnymi, postanowiłam zatem pominąć milczeniem ten przytyk. Bitwy słowne nie miały teraz żadnego sensu. Wszyscy zapewne byli wykończeni, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. John Smith stracił rodzinę, prezydent zdrowie, wszyscy domy, ich wspomnienia...
- Wystarczy, jeśli mogłabym dostać objaśnienie drogi.
- Może mapę? - zaproponował ironicznie.
- Dziękuję, nie skorzystam.
- Do jaskini alchemika prosto, panienko - wtrącił pan Smith. - Potem trzeba skręcić przy... ach, pokażę sam zresztą.
- Byłabym wdzięczna. Aku mi pomoże.
- Ślepa i lisi kurdupel...
~ Możemy go wykończyć zaraz po tamtej zgrai? ~ poprosił mały.
~ Nie, skarbie - westchnęłam. ~ Im pomagamy.
~ Zachowuje się jak burak.
~ Ale to wciąż człowiek, który cierpi...
- Panienko - mężczyzna, który siłą rzeczy nie słyszał naszej dyskusji, odezwał się cicho. - To tutaj... ja dalej nie... nie wejdę.
- Dobrze, rozumiem - pokiwałam głową, nieco zdumiona. - Cóż, zatem...
- Jakbyś czegokolwiek potrzebowała, daj znać - w jego głosie wyczuwałam coraz większe zniecierpliwienie. - Do widzenia!
- Dziękuję za wszystko, do widzenia - zdążyłam jeszcze wybąkać, zanim nie usłyszałam, jak ten odwraca się na pięcie i szybko odchodzi.
I wtedy poczułam, jak coś o zapachu truskawek okrywa mnie - może dym? Aku najwyraźniej również to zauważył, bo usłyszałam jego warknięcie.
~ Ucieka...
I wtedy zostaliśmy wciągnięci w wir. Jakaś siła wciągnęła nas do środka, a sekundę później poczułam, jak opadam na twarde, kamieniste podłoże. Podniosłam się z trudem, postękując.
- Przepraszam za ten brak manier - usłyszałam wesoły, męski głos. - Gości się tak nie traktuje, co? Ktoś by powiedział "Hilek, trzy wieki człapiesz po tym świecie, a dalej nie umiesz dam i lisów traktować, wstydziłbyś się!".
- Um... pan alchemik? - wzięłam głęboki oddech, czując przy nodze ciałko Aku, który lekko się trząsł, najwyraźniej przerażony podróżą - wręcz atakiem, jak to zapewne odbierał. Wzięłam go w ramiona i zaczęłam kołysać.
- W rzeczy samej! - wyraźnie się ucieszył. - A przede mną zapewne stoi nasza, na co żywię szczerą nadzieję, wybawicielka, panna Shirley Madelyn Tarumi? Znałem jednego z twojego rodu dwa wieki temu, Carl Tarumi się zwał, kolega po fachu, ale zmarło się biedakowi... ach, tak się kończą eksperymenty z saletrą, jak ktoś ma nadpobudliwą papugę...
- Miło mi poznać... - wydukałam. Carl... nie pamiętałam nikogo takiego. Gdzieś z tyłu głowy zanotowałam to imię, obiecując sobie w duchu zapytać o nie dziadzia przy najbliższej okazji.
- Mi również, mi również, piękna pani, całowałbym po rączkach, ale nie bardzo mam jak...
~ To duch ~ lisek przylgnął do mojego ciała.
- Och, czyli już wszystko wiadomo o mnie? - alchemik nie stracił nic ze swojego wesołego tonu. - Cóż, wiedza od zawsze wymagała poświęceń, jak głosi pewne znane porzekadło, tylko bolesna lekcja może czegoś nauczyć, czyż nie?
- Co się panu stało?
- Ach, historia długa i nieprzyjemna, a my nie mamy czasu na pogaduszki, nasza Delicja i Paróweczka lada chwila powinny nas odwiedzić... a trzeba zdążyć, nim to zrobią, droga panno Shirley.
- Gdzie są obecnie?
- W jaskini, pewnej grocie niedaleko stąd, na zachód, dosłownie rzut tiarą... nie odzyskały jeszcze pełni sił,w szczególności Deliora...
- Proszę o bardziej szczegółowe informacje, panie Hilm. Czas nagli.
- Otóż - alchemik odchrząknął - jak zapewne panience wiadomo, Deliora został zapieczętowany przez jednego ze Świętych Magów, choć ten oddał życie za ten czar...
~ A ty możesz podzielić jego los, Mała...
- Proszę bez takich czarnych scenariuszy, drogi Akamaru, tym razem okoliczności są dużo bardziej sprzyjające.
- Co pan przez to rozumie?
- Cóż, przede wszystkim, bestia nie odzyskała pełni mocy, po drugie, całe lata pozostała pod wpływem zaklęcia o olbrzymiej mocy - ciągnął wesołym tonem, którym równie dobrze można by rozprawiać o pikniku w słoneczny dzień. - Dużo czasu spędza zatem w grocie, gdzie dochodzi do siebie, przez rok odbudowała bardzo dużo, choć byłoby dużo gorzej, gdyby nie mój wywar na bazie łez pokrzyw...
- Słucham?
- Ach, nie przyjąłem takiej formy z własnej woli, panienko, jeszcze trzy miesiące temu miałem ciało z krwi i kości, nawet przywiązany do niego byłem, nieźle się trzymało. Dziś... co prawda, żyję, jednak nie mogę opuścić terenu mojej groty. Dlatego to panience powierzę dwie fiolki...
- Są skuteczne? Czy zabiją potwory?
- Jeśli będą trochę osłabione, mogą zdziałać bardzo dużo. Tutaj dam panience również wywar, który przygotowałem specjalnie dla maga klasy S... a który pozwoli jednorazowo użyć pewnego bardzo ważnego zaklęcia...
-Skoro zrobił pan tak dużo, czemu nie można było tego zamieścić w ogłoszeniu? Wtedy być może mógłby się go podjąć nawet mag dość silny, ale niekoniecznie ten klasy S...
- Zostałem kiedyś wyklęty z grona alchemików, panienko, mówienie o tym głośno nie byłoby mile widziane... a i przyjęcie w siebie wywaru niesie ze sobą wielkie ryzyko.
~ To zdecydowanie zły pomysł, Mała, masz ostatnią szansę...
- Już nie, mój drogi. Już nie - alchemik wyraźnie się zasępił, zaraz jednak jego dobry nastrój powrócił, zupełnie jak za dotknięciem magicznej różdżki.
- Jakim cudem słyszy pan to, co mówi Aku? I jakie działanie ma ten...wywar?
- To dwa bardzo istotne pytania! Cóż, w tej formie zyskałem kilka istotnych umiejętności, ta skrótowa informacja musi panience wystarczyć. Co do drugiego, pozwoli to na jednorazowe użycie pewnego zaklęcia, które powinno związać istotę jaskini razem z Delusiem i Paru, co powinno powstrzymać je na dłuższy okres czasu. Przygotowałem już ładunki wybuchowe, których użyje panienka na końcu do zniszczenia groty, co pozwoli uznać misję za udaną. Cała magia ujawni się i będzie można jej użyć, gdy nadejdzie odpowiednia chwila...
Uśmiechnęłam się słabo. Cóż... z ciężkim sercem, ale musiałam przyznać, że tylko tak miałam zapewne jakiekolwiek szanse z tymi potworami. Magia Telepatii mogła mi je pomóc co najwyżej zlokalizować i nieco zdezorientować, Historia Trupów była najskuteczniejsza w walce z ludźmi, musiałabym zatem polegać głównie na przemianie.
- Proszę zatem o wywar.
- Doceniam, panienko, wiarę w moje możliwości... i liczę, że magia się przyjmie.
- Pomimo braku ciała, jest pan w stanie pracować?
- Tak, to nawet mi w pewnym sensie pomaga. Jestem cały czas w obrębie swojej groty, chwytam przedmioty, które nie są żywe, robię dosłownie wszystko... i proszę, oto nasza fiolka. Do dna!
Moja dłoń musnęła szkło. Powędrowałam palcami nieco w górę po wąskiej, rozgrzanej od bulgoczącej wesoło cieczy probówce, a po trwającym ułamek sekundy wahaniu, jednym haustem wypiłam całą zawartość. Słodka, choć z wyczuwalnym posmakiem mięty, przypominała mi trochę dziadziną nalewkę wiśniową. No i była dużo,dużo gęstsza - kiedy płyn penetrował gardło, miałam wrażenie, jakby był to roztopiony kamień, który wraca do swojej stałej formy.
A potem przełyk stanął mi w ogniu i świat się zamazał...
***
Kiedy odzyskałam świadomość, pierwszym co poczułam, był srogi wiatr siekający mnie po całym ciele - wyjąc głośno, ze wściekłością zdawał się atakować milionami niewidzialnych, lodowatych i ostrych igiełek w moje nieosłonięte niczym ramiona, nogi zakryte cienkim materiałem spodni oraz twarz, na którą co chwilę opadały mi włosy.
~ Aku ~ spróbowałam telepatycznie skontaktować się z liskiem.
~ Nareszcie! ~ usłyszałam ku swojej uldze. ~ Mała, on to zrobił tak szybko... myślałem już...
Umilkł, a ja z jego wspomnień odczytałam, co stało się po tym, jak przyjęłam w siebie eliksir. Aku na samym początku próbował atakować alchemika, koniec końców jednak, po dłuższej kłótni, zaniósł mnie, fiolki oraz bomby do groty - tam, gdzie miały czyhać bestie.
~ Jak się czujesz? ~ pogłaskałam go czule po łebku. Musiał być absolutnie przerażony.
~ Dobrze, skarbie...
Nie kłamałam. Byłam raczej w niezłym stanie, choć trochę jak człowiek po ciężkiej chorobie i bardzo dużym wysiłku fizycznym - cała drżałam, znacznie osłabiona. Magia płynęła jednak nadal we mnie, czułam również tę, którą podarował mi alchemik - choć za każdym razem, gdy próbowałam przywołać choć jej odrobinę, cofała się. "Gdy przyjdzie czas", zdawała się mówić.
- Albo my przyjdziemy do niego - mruknęłam, odnosząc się z usłanej ostrymi kamieniami ziemi. Przyjęłam formę tygrysa, razem z Aku ostrożnie, możliwie cicho starając się pokonać drogę dzielącą nas od jaskini.
Moje zmysły szalały, węch, słuch i dotyk równoważyły brak wzroku - ba, dostarczały nawet więcej informacji. Telepatia działała na pełnych obrotach, usiłowałam znaleźć obie bestie - robiłam tak nieraz, gdy chciałam przekazać wiadomość, a po jakimś czasie okazało się to przydatne również do lokalizowania różnych istot myślących, przede wszystkich ludzi.
Wzięłam głęboki oddech, zaskoczona łatwością, z jaką pokonywaliśmy następne metry - mięśnie wciąż jednak miałam spięte, przygotowana na to, że atak może nadejść zawsze i z każdej strony, góry pełne były potworów maści wszelakiej, choć to Deliora i Paratharmon stanowili główne zagrożenie. Zamachnęłam niemrawo ogonem - zebrałam niewystarczającą ilość informacji, czułam to coraz mocniej z każdym następnym krokiem, gdy piętrzyły się przede mną wątpliwości i lęki. Byłam w tygrysiej formie, owszem, fakt opanowania Magii Przyjęcia na samym początku wprawił mnie w istną euforię, teraz jednak pytałam samą siebie, cóż właściwie mogę w starciu z dwoma tak potężnymi bestiami. Nadal byłam Shirley, ślepą pacyfistką, znaną ze swojej magii telepatii. "Mistrz Bob przyjął ją z litości", usłyszałam kiedyś. Nawet dziś, jako mag klasy S, miałam te słowa gdzieś z tyłu głowy, boleśnie obijające się o czaszkę. Samą siebie zaskoczyłam wcześniej pewnością siebie, z jaką przyjęłam zlecenie - nie zmieniało to jednak faktu, z jak wielkim ryzykiem się wiązało...
~ Mała ~ głos liska sprowadził mnie na ziemię ~ pomarzysz sobie później.
~ Wybacz ~ mruknęłam.
~ Nie przepraszaj, tylko uważaj...
Weszliśmy do jaskini - wiatr przestał nas atakować, jednak przejmujący chłód pozostał, choć gdy już ochraniała mnie gruba warstwa sierści, stał się dużo mniej groźnym wrogiem. Zawsze to jeden mniej.
Teraz byłam na terytorium obu bestii. Ich obecność nasiliła się, aura obydwu zlewała się ze sobą, tworząc coś... strasznego, przejmującego do szpiku kości - wiatr atakował wściekłymi podmuchami skórę, a sam fakt istnienia Deliory i Paratharmon zdawał się siekać ducha na plasterki. W porównaniu z nimi, byłam mrówką.
Obca magia zamruczała w moim ciele, rozlewając w nim falę ciepła. Nie było w tym jednak nic ponaglającego, jakby znowu mówiła, że jeszcze nie czas. Póki jednak żaden z potworów nas nie zauważył, musiałam działać, korzystając z ich osłabienia.
Wrzasnęłam telepatycznie, mając nadzieję, że zdezorientuję obie bestie. W krzyk wkładałam wszystko, cały swój strach, wszystkie wątpliwości, ale i moc - tu liczyła się każda sekunda.
Ruszyłam do ataku.
Na początku, przebiłam się do umysłu Deliory - bestia nawet nie stawiała oporu, sam jednak chaos w całym jej umyśle o mało mnie nie odbił, co zapewne zaowocowałoby zapewne moim ogłuszeniem - nieudane próby telepatii niosły ze sobą różne tego typu konsekwencje. Przedarłam się jednak możliwie szybko przez całą żądzę krwi, znajdując wspomnienie Świętego Maga, który ongiś stanął w szranki z Deliorą, po czym przywołałam go.
Potwór zaryczał wściekle, najwyraźniej wyczuwając gdzieś z tyłu swojego wroga, w czym upewniły mnie jego ciężkie kroki i wściekły ryk - a to dawało mi możliwość próby osłabienia Paratharmon, która to właśnie najwyraźniej właśnie zlokalizowała dwie żałosne mróweczki w postaci mojej i Aku.
~ Uważaj, Mała ~ warknął Aku ~ zaraz zionie...
~ Wiem ~ rzuciłam, zaczynając bieg w stronę bestii.
Choć wyraźnie usłyszałam, że strumień ognia zniszczył miejsce bite kilkanaście metrów ode mnie, poczułam z boku ciepły podmuch.
Potężnym susem zdołałam dostać się na przednią łapę smoka - wbijając pazury możliwie głęboko, wspinałam się coraz wyżej i wyżej, choć przypominało to bardziej próbę utrzymania się na bardzo rozhuśtanej, wrogo nastawionej linie.
~ Mała! ~ dobiegł do mnie wrzask Aku. Lisek wskoczył momentalnie na moją głowę, a stamtąd jeszcze wyżej. ~ Zostań tam!
~ Nie ma mowy ~ ruszyłam za towarzyszem, jakimś cudem udało mi się prawie bez szwanku wspiąć na pysk - doskoczyłam zatem w stronę oczu bestii i z całej siły wbiłam w nie pazury, ciągnąc dalej i rozrywając gałki oczne i powieki.
Nim jednak zdążyłam zrobić coś więcej, Paratharmon gwałtownie szarpnęła łbem - choć wczepiłam w nią pazury, poszybowałam kilkanaście metrów dalej, obijając się o ścianę jaskini, a potem lądując na ziemi. Przez kilka sekund leżałam w swojej ludzkiej formie na zimnym głazie,zwinięta w kłębek - nie mogłam ruszyć lewą nogą, a ohydny trzask, jaki usłyszałam chwilę wcześniej, jasno dowodził,co się z nią stało...
W tym samym momencie usłyszałam też rozpaczliwy pisk Aku - lisek wylądował z okropnym hukiem na ziemi... a potem była cisza.
Już czas
Jakaś niewidzialna siła podniosła mnie z pozycji embrionalnej. Opierałam cały ciężar ciała na prawej nodze, choć podejrzewałam, że i ta była uszkodzona - teraz jednak cały ból zdawał się odpływać,a magia w moim ciele zaczęła dziko pulsować.
Wywar alchemika zaczął działać.
Jeśli mam być szczera, niewiele rejestrowałam w ciągu następnych minut - jakby moje ciało przejęło inicjatywę, kierowane magią, a dusza gdzieś odpłynęła. Kojarzyłam tylko słowa, które zdawały się płynąć w powietrzu, a także wściekłe, złączone ryki Deliory i Paratharmon. Oba demony zaczęły mnie wściekle atakować, pazurami, ogniem, ogonem, kłami - większość ataków blokowała jednak dziwna błona, jak wywnioskowałam z dźwięków - trzasków, charakterystycznych dla obijania magii - ta jednak czasem jednak uginała się jednak pod siłą ciosów - ramię piekło niemiłosiernie, ubranie było w strzępach, a prawego ramienia praktycznie nie czułam - w pewnym momencie jednak nastąpił też przełom. Ruchy obu bestii były coraz wolniejsze, zdawałam się wręcz słyszeć trzaski ich stawów, jakby pokrywał je lód. Po gwałtownej zmianie z tygrysa w człowieka wciąż zachowałam nieco cech zwierzęcia, jak węch - stąd też wyczułam zapach podobny dziwnie podobny do... konia? Kleju? Co to w ogóle za magia?
~ Aku? AKU! ~ krzyknęłam, jednak odpowiedziała mi głucha cisza. Jaskinię wypełniały tylko stopniowo tracące na sile wrzaski potworów, w końcu jednak ucichły i one.
~ AKU?! ~ spróbowałam ponownie. Tym razem usłyszałam cichutki jęk.
~ Żyję ~ wyszeptał. Ledwo miał siłę nawet na taki kontakt... ignorując ból, przykuśtykałam w jego stronę, kilka metrów na prawo, gdzie też udało mi się zlokalizować malca. Objęłam liska zdrową ręką i spróbowałam zmusić ciało do przemiany, tym razem w ptaka. Wzięłam głęboki, świszczący oddech, modląc się, by bestie nas nie ruszyły.
Będzie dobrze. Najgorsze za nami.
Słowa pocieszenia powtarzałam niczym mantrę, gdy ostatkiem sił wyprowadziłam nas z jaskini. Drżąc na całym ciele, zmusiłam się do zakładania ładunków wybuchowych, polegając na tygrysim węchu i dotyku - praca szła mozolnie, Aku też był się w stanie ledwo ruszać. Skończyliśmy po blisko godzinie, wtedy też wyjęłam drugą fiolkę, jakimś cudem nienaruszoną i polałam jej zawartością lont, po czym całość podpaliłam.
Jak opisać, co działo się chwilę potem? Cóż...
BUM
***
Obudziłam się ze strasznie zaschniętym gardłem i obolałym ciałem - leżałam na miękkiej, pachnącej fiołkami pościeli. Poruszyłam lekko ręką.
~ Aku?
- Wreszcie! - jakaś dłoń złapała mnie. Znałam ten głos bardzo dobrze.
- Mistrz? - zapytałam. Nie miałam siły nawet, by skorzystać z telepatii. Ktoś przegładził mnie po włosach.
- Tak, jesteś w domu. Dałaś radę, nagroda na ciebie czeka.
- Aku?
- Oboje żyjecie, choć trochę minie, nim się z tego wykaraskacie. Prezydent Born przysłał ci podziękowania, wzięli się za odbudowę wioski, załączony jest też list od alchemika, później wszystko na spokojnie ogarniemy.
Zaskoczyły mnie słowa Mistrza, przyznaję. Były takie... łagodne? Ojcowskie?
- Ile dni byłam nieprzytomna?
- Trzy, musisz odpocząć. Przyjęcie w siebie obcej magii to ciężki kawałek chleba... ale dałaś sobie radę, pokonałaś oba, Deliorę i Paratharmon!
- Były osłabione i tak...
- Ale nadal stanowiły ogromne zagrożenie.
- Mieszkańcom Born nic nie jest, Mistrzu?
- Powoli odbudowują wioskę.
Uśmiechnęłam się słabo, całkowicie wyczerpana.
- To dobrze...
Po czym twardo zasnęłam. Kiedy się obudziłam, obok mnie leżał zwinięty w kłębek Aku - rozpoznałam go od razu po charakterystycznym sposobie oddychania - kiedy spał, wypuszczał powietrze z uroczym sapnięciem. Położyłam delikatnie rękę na jego grzbiet, gładząc aksamitną sierść przyjaciela.
- Dziękuję - szepnęłam.
THE END
< tak, wreszcie koniec... >
Dalej z niedowierzaniem ściskałam kawałek papieru, który dał mi Mistrz Bob - sama, co prawda, nie widziałam ani jednej literki, miałam zamiar jednak załączyć go do następnego listu do rodziny - wiadomość od Misia powinna przyjść lada dzień, niecierpliwie zatem każdego dnia wkładałam dłoń w zimną skrzynkę pocztową, po omacku szukając w niej kopert. Większość korespondencji czytał mi Akamaru, czasem ktoś z gildii lub rodziny, jeśli akurat zajrzał. Stanowiło to duże utrudnienie, szczególnie jeśli list był pilny - miałam zwyczaj siadania do nich razem z kimś w piątkowe wieczory, chyba że wcześniej uzbierał się pokaźny stos listów, co jednak nie zdarzało się często - rachunki i wszelkie tego typu sprawy załatwiałam osobiście, na mieście, z przygotowaną wcześniej, starannie odliczoną kwotą, o ile było to możliwe.
W zamyśleniu postukałam rulonikiem w podbródek, machinalnie wybijając palcami rytm ulubionej melodii dziadzia - Marsz Czarnych Wróżek, jak sam to określał, "najdoskonalszą symfonię dźwięków w całej historii świata". Swego czasu dawał koncerty i znany był jako utalentowany pianista, po parunastu latach postanowił jednak całe życie skupić na magii i rodzinie. Często zastanawiałam się, czego właściwie on nie umie - osiągnął przecież nawet status maga klasy S w bardzo młodym wieku... ciekawa byłam jego reakcji, gdy przyjdzie mój list z zawiadomieniem, że i ja noszę już ten tytuł, choć dalej właściwie nie wiedziałam, jakim cudem mi się to udało - ślepej pannie, która na co dzień używa właściwie tylko telepatii... dużo dała mi też jednak ostatnio opanowana sztuka przemiany, z której to miałam nadzieję zrobić dobry użytek.
Właściwie... czemu by nie od razu? Wielkimi krokami szły urodziny Liluś, krótko po niej świętował też Misio, więc chciałam kupić im prezenty, a ostatnio sporo wydałam w związku z podróżami i ubraniami - Miruś kategorycznie stwierdziła, że potrzeba mi nowych i zabrała na całodzienne zakupy.
- Aku! - cmoknęłam, wstając z bujanego krzesła, które zaszurało na drewnianej podłodze. - Idziemy do gildii i bierzemy misję, skarbie!
~ Zwykłą, mam nadzieję? ~ lisek spojrzał na mnie, ziewając głośno, jak przystało na mojego kochanego śpiocha.
- Zobaczymy, co mają na składzie!
***
- Rozumiem... - potarłam podbródek, trawiąc podane mi przed chwilą informacje. - Ognista Bestia, 300 000 nagrody, Deliara i jego siostra, Paratharmon, zniszczona wioska, trwale okaleczony szeryf... coś jeszcze?
~ Poziom niebezpieczeństwa wykraczający ponad skalę ~ przypomniał mi z wyrzutem lisek ~ 11 na 10 możliwych punktów, to nie jest zadanie dla ciebie...
- Czekają już rok, nikt nie kwapi się do tego zadania! Nie po to zostałam magiem klasy S, by pozwolić ludziom cierpieć, jeśli mogę im pomóc! - odparłam, marszcząc brwi.
- Shiruś - mistrz zaskakująco spokojnym, ciepłym tonem wymówił moje imię, kładąc mi równocześnie rękę na ramieniu. - Twoje umiejętności są najlepsze do walki z ludźmi.
- Dam radę - westchnęłam, miętoląc w palcach kartkę. - Możesz poinformować tamtejszą ludność, że podjęłam się tego zadania. Wyruszam porannym pociągiem, spakuję swoje rzeczy.
- Nie weźmiesz kogoś ze sobą?
- Może im się coś stać - przegryzłam wargi. - Hikaru jest na misji, a mówili, że chcą tylko maga klasy S, bo reszta padnie od razu na jego widok.
- Nie doceniają nas - dałabym głowę, że mistrz marszczył teraz brwi, a Akamaru obnażał swoje białe kiełki. - Jest tu wielu silnych ludzi.
~ A tobie, skoro się już uparłaś, przyda się ktoś, kto widzi.
- Mam ciebie - z czułością pogłaskałam liska po mięciutkiej główce. - Wolę mieć ciebie u swojego boku, niż jakiegokolwiek maga, nawet świętego. Poza tym, zawsze jest moja telepatia.
Mnie samą zaskoczyła pewność, z jaką to powiedziałam. Nie tak rzadko przecież dawałam wybić sobie z głowy zwykłe misje, a ta była zupełnie innego kalibru - mogłam zginąć już po pierwszych sekundach. Ryzyko było ogromne. Wykraczające nawet poza skalę. Wiedziałam doskonale, z czym czasem muszą mierzyć się magowie podejmujący się misji, które otrzymywały nawet połowę punktów w skali niebezpieczeństwa. Supeł niepewności w moim żołądku zacieśnił się, nie dałam jednak dojść do głosu żadnej z wątpliwości.
***
Bladym świtem siedziałam wygodnie na zimnej ławce przy peronie, oczekując świstu pociągu i pisku torów - Aku z kolei trzymał na swoim grzbiecie bagaże, choć nadal nie mogłam pojąć, jak to drobne ciałko jest w stanie nieść tyle kilogramów - w dodatku zupełnie swobodnie i bez wysiłku, nigdy nie słyszałam choćby sapnięcia wywołanego zmęczeniem przy dźwiganiu takich ciężarów, jakie czasem musiał nieść. Miałam wyrzuty sumienia, narażając go w dodatku na takie niebezpieczeństwo - lisek stanowił jednak w pewnym sensie przedłużenie mnie samej, cząstkę duszy. Bez niego czeka mnie rychła śmierć, z nim... mogłam mieć jakąś nadzieję.
Na naszą stację wreszcie zajechał pociąg - miałam wrażenie, że ledwo żywy, sądząc po głośnym szuraniu, jaki wydawał przy hamowaniu. Ostrożnie, wysoko podnosząc nogi i cały czas słuchając dokładnych, ostrych poleceń liska, bez żadnych przeszkód zdołałam zająć miejsce siedzące. Wygodnie się rozlokowałam, podpierając dłonią podbródek, czoło zaś oparłam o chłodną szybę - żałowałam, że nie mogłam podziwiać widoków, rozmywających się coraz szybciej wraz ze zwiększającą się prędkością pociągu, który z mocnym szarpnięciem wyrwał do przodu, zupełnie jak rozgorączkowany koń, któremu jeździec popuścił wreszcie popręg po długim czasie utrzymywania w ryzach.
***
Po paru godzinach jazdy - bardzo męczącej, przyznaję, gdy wyszłam już, co chwilę ziewałam. Byłam też cały czas sama w przedziale, Aku od razu poszedł spać, więc nie miałam z kim porozmawiać. Gdy już zatem wyszłam, marzyłam o wygodnym miejscu do odpoczynku, w czasie jazdy nigdy nie umiałam drzemać, nawet jako małe dziecko. Babcia, która często jeździła ze mną na zakupy, próbowała wszelkich sposobów, od kołysanek, przez trzymanie ciepłego mleka w termosie, aż po przykrywanie oczu. Kiedy jednak jeszcze widziałam, znacznie wolałam spędzić podróż na podziwianiu widoków - sen kojarzył mi się z marnotrawstwem, w domu czekało na mnie przecież ciepłe łóżko... no, na samą myśl się uśmiechnęłam - kochałam gwiazdy i nieraz wiele godzin spędzałam na ich obserwowaniu, wpatrzona w zachwytem w granatowy, roziskrzony miliardem punkcików nieboskłon. Teraz mogłam go już tylko tęsknie wspominać, nadal jednak miałam w pamięci wiele gwiazdozbiorów. Swego czasu myślałem przecież o astronomii jako ścieżce życia, a Magowie Gwiezdnych Duchów byli dla mnie wręcz idolami.
~ Skup się, Mała ~ ponaglił mnie nagle lisek z wyrzutem.
Oprzytomniałam. Wzięłam głęboki wdech i wolno policzyłam do dziesięciu, by uspokoić gnające myśli i drżące ręce. Musiałam wziąć się w garść - zabić mnie mogła nawet sekunda nieuwagi. Deliora i Paratharmon... na samą myśl przez moje ciało przebiegł zimny dreszcz. Nawet w mojej wsi, bezpiecznej, odległej przystani, słyszano o tych stworach - rodzice straszyli nimi nieposłuszne dzieci. Misio, wielbiciel strasznych historii, uwielbiał od czasu do czasu usiąść z nami przy świecy i opowiadać mrożące krew w żyłach opowiastki - potem zazwyczaj spaliśmy wszyscy w jednym pokoju - Liliś i Dai wtulali się wtedy mocno we mnie i Mariś - gdy ta jeszcze z nami mieszkała - dopiero wtedy mogli zasnąć. Tęskniłam za tamtymi czasami. Za niczym niezmąconą sielanką.
Za dniami, które były tak miłe i ciepłe...
- Przepraszam panią! Proszę pani! - donośny, chrapliwy głos, z całą pewnością należący do mężczyzny, przebił się ponad rozgardiasz tłumu. Aku zawarczał ostrzegawczo, co upewniło mnie w przeczuciu, że to do mnie, akurat na sekundę przed tym, jak poczułam delikatny dotyk w ramię. - Panna Shirley Tarumi? Z Blue Pegasus? - nazwę gildii wymówił w sposób charakterystyczny dla ludzi w południowych okolic, kładąc szczególny akcent na ostatnie sylaby.
- Tak, tak - potwierdziłam, nieco rozproszona. Zaraz się jednak skupiłam, używając magii telepatii.
Na dobrą sprawę, wyszłam nieco z wprawy. W mieście rzadko kiedy jej używałam, szanowałam prywatność członków gildii - używałam jej co najwyżej na ulicach, by kogoś odnaleźć, przekazać pilną wiadomość lub po prostu ustalać, gdzie są ludzie. Im większe było jednak zbiorowisko i więcej głosów w tłumie, tym bardziej było to męczące - a rozgardiasz w siedzibie i tak panował zawsze, nawet bez czytania w myślach.
- Miło mi poznać, jestem John Smith, mam zaprowadzić panienkę do wioski... to tam, na zachód!
~ Coraz bardziej nie podoba mi się ta strużka dymu ~ mruknął lisek.
- Dymu?
- Och, widzi ją panienka? To nasza wioska... - na chwilę przerwał, by wziąć krótki,świszczący oddech. - To była nasza wioska... nasz dom... moja żona. Dzieci...
Jego głos się załamał. Możliwie delikatnie, choć dość niezręcznie, przejechałam dłonią po ramieniu mężczyzny,sądząc po głosie, dobiegającego czterdziestki.
- Przykro mi to słyszeć...
- Dlatego zrobię wszystko, co w mojej mocy, by pomóc pokonać te potwory - nagle w jego ton wkradła się stal. - Ale... teraz jestem do usług, w czym mogę pomóc?
- Rozumiem. Proszę mnie zaprowadzić do prezydenta...
- Oczywiście, oczywiście, pan się już bardzo niecierpliwi - teraz dla odmiany jego głos stał się dużo bardziej nerwowy. - L-lepiej się pośpieszyć, panno Tarumi...
- Shirley wystarczy. Nawet nie skończyłam dwudziestki, jeśli mam być szczera...
- Wygląda panienka młodziutko - przyznał. - Zdziwiło mnie, że wysłali kogoś tak... ach...
Po jego głosie poznałam, że się speszył.
- Nie dziwią mnie pańskie obawy - przyznałam, ruszając za mężczyzną. Aku nakierowywał mnie na właściwą trasę, co jakiś czas pomagałam też sobie delikatnym śledzeniem myśli Johna Smitha. - Zostałam magiem klasy S dość niedawno, ale reszta obecnie jest na misjach...
- Rzuca się panienka od razu na głęboką wodę? To naprawdę nie jest dobre miejsce do ćwiczeń...
- Pomogę wiosce, panie Smith. Od tego tu jestem. Przysięgam na swój honor jako członka Blue Pegasus.
- Cieszy mnie panienki zapał - w głosie mężczyzny brzmiała pewna pobłażliwość, ale wyraźnie się rozluźnił.
- Mógłby mi pan opowiedzieć więcej...? O tej całej sytuacji?
- Lepiej zrobi do prezydent, panienko, o wiele treściwiej, a my lada chwila tam będziemy... tym bardziej, że z całą pewnością się już niecierpliwi...
~ Mała, nie podoba mi się ta sytuacja ~ Aku spróbował po raz kolejny.
~ Mówiłam ci, że się nie wycofam ~ odparłam mu telepatycznie. ~ Ktoś musi im pomóc.
~ Tym ktosiem nie musisz być ty.
~ Ale jestem. Koniec dyskusji.
- Jesteśmy - oznajmił John. - Zawołam pana...
- NARESZCIE - przerwał mu jakiś głos. - Czyżby wreszcie przybyła?
Wyczułam jeszcze parę obecności. Wzięłam głęboki oddech. Spokojnie. To jeszcze nie walka, tylko rozmowa z moimi pracodawcami.
- Smith, czemu się tak guzdrasz? Wejdźcie, czekam już całe wieki...
~ Ratunku ~ podsłuchałam myśl mężczyzny.
Nie powiem, że mnie to rozluźniło...
~ Mała, namiot. Na wprost, otwarte. Krzesło piętnaście kroków, nieco na lewo.
Ostrożnie podążyłam za wskazówkami liska.
~ Wskazuje ci na to krzesło. Siadaj.
Z ręką na sercu udało mi się znaleźć mebel, zaciskając mocno dłonie na oparciu. Zajęłam miejsce - krzesło było najwyraźniej stare, zaskrzypiało pod moim ciężarem.
-Wydajesz się być zdenerwowana. Wybacz, ale daruję sobie uścisk ręki. Nawet nie widzę. Lepiej przejść do konkretów.
- Również nie widzę. Miło mi pana poznać, prezydencie Born. Jestem...
- SŁUCHAM?! - starzec znowu mi przerwał. - JAK TO "NIE WIDZISZ"? WYSŁALI MI ŚLEPEGO MAGA?! CZY TO ŻARY?
- Nie jest to powód do krzyku - starałam się zmodulować głos na możliwie spokojny, ale i z nutą nagany. - Spełniam wszystkie wymagania, które zostały...
- ALE NIC NIE WIDZISZ, DO JASNEJ...
- Zdołałam zostać magiem klasy S - kontynuowałam niezrażona, dumnie wymawiając każde kolejne słowo. - Ślepota mi w niczym nie przeszkadza, opanowałam telepatię.
- NIE MYŚL SOBIE, ŻE RZUCISZ TU SOBIE JEDNE CZARY-MARY I PO SPRAWIE.
- Inaczej by mnie tu nie było - zauważyłam. - Tylko ktoś zupełnie inny. Podjęłam się tego zadania. Jeśli pan jednak uprze się mnie nie przyjąć, będę zmuszona odejść. Nie wiem jednak, czy tak szybko pan kogoś znajdzie...
Nie musiałam nawet wnikać zbyt głęboko wnikać w myśli prezydenta, by zdać sobie sprawę z jego obecnego stanu, istnej gonitwy myśli. Tę aurę wyczuwali pewnie teraz wszyscy obecni w namiocie.
- Niech będzie - rzucił zatem po dłuższej chwili.
~ Może potem wyślą kogoś bardziej kompetentnego ~ przechwyciłam myśl.
~ Śmiem wątpić, panie prezydencie. To zresztą nie będzie nawet konieczne ~ odparłam, rozkoszując się jego zakłopotaniem. Nawet jeśli nie przepadałam za złośliwościami, uważałam za powinność każdego człowieka utrzeć czasem nosa tym, którzy na to zasługują.
- Zaprowadzimy cię zaraz na rozmowę z Hilmem - wznowił po chwili prezydent, wyraźnie wyprowadzony z równowagi.
- Kim? - zmarszczyłam brwi.
- Nasz alchemik - wyjaśnił, zniecierpliwiony.
- Proszę o bardziej szczegółowe informacje.
- On wszystko objaśni!
- Panie prezydencie, proszę nie podnosić głosu. Chciałabym wiedzieć możliwie dużo, zanim zmierzę się z potworami.
- Te gnidy mogą pojawić się w każdej chwili - wysyczał, akcentując dobitnie każde słowo. - Nie mamy czasu na zbędne pogaduszki.
- Marnotrawstwem można określić tę bezsensowną dyskusję. By efektownie wykonać zadanie, potrzebuję możliwie wielu danych...
- Na wszystko odpowie Hilm!
Westchnęłam ciężko. Biorąc pod uwagę gościnność tego mężczyzny, który teoretycznie mnie zatrudnił i powinien powiedzieć mi najwięcej, miałam szczere wątpliwości, czy dowiem się czegokolwiek od alchemika - tym bardziej, że większość z nich była raczej skryta, nawet bardzo. Ba, wręcz... zdziwaczała.
- Strażnik cię zaprowadzi. Chyba że nasza panienka życzy sobie specjalne traktowanie?
Zaskoczyła mnie ta oschłość. Cóż, zapewne informacja o mojej ślepocie musiała nim nieźle wstrząsnąć, po magu S oczekiwał pewnie bardziej... hm, spektakularnej siły. Tym bardziej, że sama nie mogłam się pochwalić imponującymi umiejętnościami bitewnymi, postanowiłam zatem pominąć milczeniem ten przytyk. Bitwy słowne nie miały teraz żadnego sensu. Wszyscy zapewne byli wykończeni, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. John Smith stracił rodzinę, prezydent zdrowie, wszyscy domy, ich wspomnienia...
- Wystarczy, jeśli mogłabym dostać objaśnienie drogi.
- Może mapę? - zaproponował ironicznie.
- Dziękuję, nie skorzystam.
- Do jaskini alchemika prosto, panienko - wtrącił pan Smith. - Potem trzeba skręcić przy... ach, pokażę sam zresztą.
- Byłabym wdzięczna. Aku mi pomoże.
- Ślepa i lisi kurdupel...
~ Możemy go wykończyć zaraz po tamtej zgrai? ~ poprosił mały.
~ Nie, skarbie - westchnęłam. ~ Im pomagamy.
~ Zachowuje się jak burak.
~ Ale to wciąż człowiek, który cierpi...
- Panienko - mężczyzna, który siłą rzeczy nie słyszał naszej dyskusji, odezwał się cicho. - To tutaj... ja dalej nie... nie wejdę.
- Dobrze, rozumiem - pokiwałam głową, nieco zdumiona. - Cóż, zatem...
- Jakbyś czegokolwiek potrzebowała, daj znać - w jego głosie wyczuwałam coraz większe zniecierpliwienie. - Do widzenia!
- Dziękuję za wszystko, do widzenia - zdążyłam jeszcze wybąkać, zanim nie usłyszałam, jak ten odwraca się na pięcie i szybko odchodzi.
I wtedy poczułam, jak coś o zapachu truskawek okrywa mnie - może dym? Aku najwyraźniej również to zauważył, bo usłyszałam jego warknięcie.
~ Ucieka...
I wtedy zostaliśmy wciągnięci w wir. Jakaś siła wciągnęła nas do środka, a sekundę później poczułam, jak opadam na twarde, kamieniste podłoże. Podniosłam się z trudem, postękując.
- Przepraszam za ten brak manier - usłyszałam wesoły, męski głos. - Gości się tak nie traktuje, co? Ktoś by powiedział "Hilek, trzy wieki człapiesz po tym świecie, a dalej nie umiesz dam i lisów traktować, wstydziłbyś się!".
- Um... pan alchemik? - wzięłam głęboki oddech, czując przy nodze ciałko Aku, który lekko się trząsł, najwyraźniej przerażony podróżą - wręcz atakiem, jak to zapewne odbierał. Wzięłam go w ramiona i zaczęłam kołysać.
- W rzeczy samej! - wyraźnie się ucieszył. - A przede mną zapewne stoi nasza, na co żywię szczerą nadzieję, wybawicielka, panna Shirley Madelyn Tarumi? Znałem jednego z twojego rodu dwa wieki temu, Carl Tarumi się zwał, kolega po fachu, ale zmarło się biedakowi... ach, tak się kończą eksperymenty z saletrą, jak ktoś ma nadpobudliwą papugę...
- Miło mi poznać... - wydukałam. Carl... nie pamiętałam nikogo takiego. Gdzieś z tyłu głowy zanotowałam to imię, obiecując sobie w duchu zapytać o nie dziadzia przy najbliższej okazji.
- Mi również, mi również, piękna pani, całowałbym po rączkach, ale nie bardzo mam jak...
~ To duch ~ lisek przylgnął do mojego ciała.
- Och, czyli już wszystko wiadomo o mnie? - alchemik nie stracił nic ze swojego wesołego tonu. - Cóż, wiedza od zawsze wymagała poświęceń, jak głosi pewne znane porzekadło, tylko bolesna lekcja może czegoś nauczyć, czyż nie?
- Co się panu stało?
- Ach, historia długa i nieprzyjemna, a my nie mamy czasu na pogaduszki, nasza Delicja i Paróweczka lada chwila powinny nas odwiedzić... a trzeba zdążyć, nim to zrobią, droga panno Shirley.
- Gdzie są obecnie?
- W jaskini, pewnej grocie niedaleko stąd, na zachód, dosłownie rzut tiarą... nie odzyskały jeszcze pełni sił,w szczególności Deliora...
- Proszę o bardziej szczegółowe informacje, panie Hilm. Czas nagli.
- Otóż - alchemik odchrząknął - jak zapewne panience wiadomo, Deliora został zapieczętowany przez jednego ze Świętych Magów, choć ten oddał życie za ten czar...
~ A ty możesz podzielić jego los, Mała...
- Proszę bez takich czarnych scenariuszy, drogi Akamaru, tym razem okoliczności są dużo bardziej sprzyjające.
- Co pan przez to rozumie?
- Cóż, przede wszystkim, bestia nie odzyskała pełni mocy, po drugie, całe lata pozostała pod wpływem zaklęcia o olbrzymiej mocy - ciągnął wesołym tonem, którym równie dobrze można by rozprawiać o pikniku w słoneczny dzień. - Dużo czasu spędza zatem w grocie, gdzie dochodzi do siebie, przez rok odbudowała bardzo dużo, choć byłoby dużo gorzej, gdyby nie mój wywar na bazie łez pokrzyw...
- Słucham?
- Ach, nie przyjąłem takiej formy z własnej woli, panienko, jeszcze trzy miesiące temu miałem ciało z krwi i kości, nawet przywiązany do niego byłem, nieźle się trzymało. Dziś... co prawda, żyję, jednak nie mogę opuścić terenu mojej groty. Dlatego to panience powierzę dwie fiolki...
- Są skuteczne? Czy zabiją potwory?
- Jeśli będą trochę osłabione, mogą zdziałać bardzo dużo. Tutaj dam panience również wywar, który przygotowałem specjalnie dla maga klasy S... a który pozwoli jednorazowo użyć pewnego bardzo ważnego zaklęcia...
-Skoro zrobił pan tak dużo, czemu nie można było tego zamieścić w ogłoszeniu? Wtedy być może mógłby się go podjąć nawet mag dość silny, ale niekoniecznie ten klasy S...
- Zostałem kiedyś wyklęty z grona alchemików, panienko, mówienie o tym głośno nie byłoby mile widziane... a i przyjęcie w siebie wywaru niesie ze sobą wielkie ryzyko.
~ To zdecydowanie zły pomysł, Mała, masz ostatnią szansę...
- Już nie, mój drogi. Już nie - alchemik wyraźnie się zasępił, zaraz jednak jego dobry nastrój powrócił, zupełnie jak za dotknięciem magicznej różdżki.
- Jakim cudem słyszy pan to, co mówi Aku? I jakie działanie ma ten...wywar?
- To dwa bardzo istotne pytania! Cóż, w tej formie zyskałem kilka istotnych umiejętności, ta skrótowa informacja musi panience wystarczyć. Co do drugiego, pozwoli to na jednorazowe użycie pewnego zaklęcia, które powinno związać istotę jaskini razem z Delusiem i Paru, co powinno powstrzymać je na dłuższy okres czasu. Przygotowałem już ładunki wybuchowe, których użyje panienka na końcu do zniszczenia groty, co pozwoli uznać misję za udaną. Cała magia ujawni się i będzie można jej użyć, gdy nadejdzie odpowiednia chwila...
Uśmiechnęłam się słabo. Cóż... z ciężkim sercem, ale musiałam przyznać, że tylko tak miałam zapewne jakiekolwiek szanse z tymi potworami. Magia Telepatii mogła mi je pomóc co najwyżej zlokalizować i nieco zdezorientować, Historia Trupów była najskuteczniejsza w walce z ludźmi, musiałabym zatem polegać głównie na przemianie.
- Proszę zatem o wywar.
- Doceniam, panienko, wiarę w moje możliwości... i liczę, że magia się przyjmie.
- Pomimo braku ciała, jest pan w stanie pracować?
- Tak, to nawet mi w pewnym sensie pomaga. Jestem cały czas w obrębie swojej groty, chwytam przedmioty, które nie są żywe, robię dosłownie wszystko... i proszę, oto nasza fiolka. Do dna!
Moja dłoń musnęła szkło. Powędrowałam palcami nieco w górę po wąskiej, rozgrzanej od bulgoczącej wesoło cieczy probówce, a po trwającym ułamek sekundy wahaniu, jednym haustem wypiłam całą zawartość. Słodka, choć z wyczuwalnym posmakiem mięty, przypominała mi trochę dziadziną nalewkę wiśniową. No i była dużo,dużo gęstsza - kiedy płyn penetrował gardło, miałam wrażenie, jakby był to roztopiony kamień, który wraca do swojej stałej formy.
A potem przełyk stanął mi w ogniu i świat się zamazał...
***
Kiedy odzyskałam świadomość, pierwszym co poczułam, był srogi wiatr siekający mnie po całym ciele - wyjąc głośno, ze wściekłością zdawał się atakować milionami niewidzialnych, lodowatych i ostrych igiełek w moje nieosłonięte niczym ramiona, nogi zakryte cienkim materiałem spodni oraz twarz, na którą co chwilę opadały mi włosy.
~ Aku ~ spróbowałam telepatycznie skontaktować się z liskiem.
~ Nareszcie! ~ usłyszałam ku swojej uldze. ~ Mała, on to zrobił tak szybko... myślałem już...
Umilkł, a ja z jego wspomnień odczytałam, co stało się po tym, jak przyjęłam w siebie eliksir. Aku na samym początku próbował atakować alchemika, koniec końców jednak, po dłuższej kłótni, zaniósł mnie, fiolki oraz bomby do groty - tam, gdzie miały czyhać bestie.
~ Jak się czujesz? ~ pogłaskałam go czule po łebku. Musiał być absolutnie przerażony.
~ Dobrze, skarbie...
Nie kłamałam. Byłam raczej w niezłym stanie, choć trochę jak człowiek po ciężkiej chorobie i bardzo dużym wysiłku fizycznym - cała drżałam, znacznie osłabiona. Magia płynęła jednak nadal we mnie, czułam również tę, którą podarował mi alchemik - choć za każdym razem, gdy próbowałam przywołać choć jej odrobinę, cofała się. "Gdy przyjdzie czas", zdawała się mówić.
- Albo my przyjdziemy do niego - mruknęłam, odnosząc się z usłanej ostrymi kamieniami ziemi. Przyjęłam formę tygrysa, razem z Aku ostrożnie, możliwie cicho starając się pokonać drogę dzielącą nas od jaskini.
Moje zmysły szalały, węch, słuch i dotyk równoważyły brak wzroku - ba, dostarczały nawet więcej informacji. Telepatia działała na pełnych obrotach, usiłowałam znaleźć obie bestie - robiłam tak nieraz, gdy chciałam przekazać wiadomość, a po jakimś czasie okazało się to przydatne również do lokalizowania różnych istot myślących, przede wszystkich ludzi.
Wzięłam głęboki oddech, zaskoczona łatwością, z jaką pokonywaliśmy następne metry - mięśnie wciąż jednak miałam spięte, przygotowana na to, że atak może nadejść zawsze i z każdej strony, góry pełne były potworów maści wszelakiej, choć to Deliora i Paratharmon stanowili główne zagrożenie. Zamachnęłam niemrawo ogonem - zebrałam niewystarczającą ilość informacji, czułam to coraz mocniej z każdym następnym krokiem, gdy piętrzyły się przede mną wątpliwości i lęki. Byłam w tygrysiej formie, owszem, fakt opanowania Magii Przyjęcia na samym początku wprawił mnie w istną euforię, teraz jednak pytałam samą siebie, cóż właściwie mogę w starciu z dwoma tak potężnymi bestiami. Nadal byłam Shirley, ślepą pacyfistką, znaną ze swojej magii telepatii. "Mistrz Bob przyjął ją z litości", usłyszałam kiedyś. Nawet dziś, jako mag klasy S, miałam te słowa gdzieś z tyłu głowy, boleśnie obijające się o czaszkę. Samą siebie zaskoczyłam wcześniej pewnością siebie, z jaką przyjęłam zlecenie - nie zmieniało to jednak faktu, z jak wielkim ryzykiem się wiązało...
~ Mała ~ głos liska sprowadził mnie na ziemię ~ pomarzysz sobie później.
~ Wybacz ~ mruknęłam.
~ Nie przepraszaj, tylko uważaj...
Weszliśmy do jaskini - wiatr przestał nas atakować, jednak przejmujący chłód pozostał, choć gdy już ochraniała mnie gruba warstwa sierści, stał się dużo mniej groźnym wrogiem. Zawsze to jeden mniej.
Teraz byłam na terytorium obu bestii. Ich obecność nasiliła się, aura obydwu zlewała się ze sobą, tworząc coś... strasznego, przejmującego do szpiku kości - wiatr atakował wściekłymi podmuchami skórę, a sam fakt istnienia Deliory i Paratharmon zdawał się siekać ducha na plasterki. W porównaniu z nimi, byłam mrówką.
Obca magia zamruczała w moim ciele, rozlewając w nim falę ciepła. Nie było w tym jednak nic ponaglającego, jakby znowu mówiła, że jeszcze nie czas. Póki jednak żaden z potworów nas nie zauważył, musiałam działać, korzystając z ich osłabienia.
Wrzasnęłam telepatycznie, mając nadzieję, że zdezorientuję obie bestie. W krzyk wkładałam wszystko, cały swój strach, wszystkie wątpliwości, ale i moc - tu liczyła się każda sekunda.
Ruszyłam do ataku.
Na początku, przebiłam się do umysłu Deliory - bestia nawet nie stawiała oporu, sam jednak chaos w całym jej umyśle o mało mnie nie odbił, co zapewne zaowocowałoby zapewne moim ogłuszeniem - nieudane próby telepatii niosły ze sobą różne tego typu konsekwencje. Przedarłam się jednak możliwie szybko przez całą żądzę krwi, znajdując wspomnienie Świętego Maga, który ongiś stanął w szranki z Deliorą, po czym przywołałam go.
Potwór zaryczał wściekle, najwyraźniej wyczuwając gdzieś z tyłu swojego wroga, w czym upewniły mnie jego ciężkie kroki i wściekły ryk - a to dawało mi możliwość próby osłabienia Paratharmon, która to właśnie najwyraźniej właśnie zlokalizowała dwie żałosne mróweczki w postaci mojej i Aku.
~ Uważaj, Mała ~ warknął Aku ~ zaraz zionie...
~ Wiem ~ rzuciłam, zaczynając bieg w stronę bestii.
Choć wyraźnie usłyszałam, że strumień ognia zniszczył miejsce bite kilkanaście metrów ode mnie, poczułam z boku ciepły podmuch.
Potężnym susem zdołałam dostać się na przednią łapę smoka - wbijając pazury możliwie głęboko, wspinałam się coraz wyżej i wyżej, choć przypominało to bardziej próbę utrzymania się na bardzo rozhuśtanej, wrogo nastawionej linie.
~ Mała! ~ dobiegł do mnie wrzask Aku. Lisek wskoczył momentalnie na moją głowę, a stamtąd jeszcze wyżej. ~ Zostań tam!
~ Nie ma mowy ~ ruszyłam za towarzyszem, jakimś cudem udało mi się prawie bez szwanku wspiąć na pysk - doskoczyłam zatem w stronę oczu bestii i z całej siły wbiłam w nie pazury, ciągnąc dalej i rozrywając gałki oczne i powieki.
Nim jednak zdążyłam zrobić coś więcej, Paratharmon gwałtownie szarpnęła łbem - choć wczepiłam w nią pazury, poszybowałam kilkanaście metrów dalej, obijając się o ścianę jaskini, a potem lądując na ziemi. Przez kilka sekund leżałam w swojej ludzkiej formie na zimnym głazie,zwinięta w kłębek - nie mogłam ruszyć lewą nogą, a ohydny trzask, jaki usłyszałam chwilę wcześniej, jasno dowodził,co się z nią stało...
W tym samym momencie usłyszałam też rozpaczliwy pisk Aku - lisek wylądował z okropnym hukiem na ziemi... a potem była cisza.
Już czas
Jakaś niewidzialna siła podniosła mnie z pozycji embrionalnej. Opierałam cały ciężar ciała na prawej nodze, choć podejrzewałam, że i ta była uszkodzona - teraz jednak cały ból zdawał się odpływać,a magia w moim ciele zaczęła dziko pulsować.
Wywar alchemika zaczął działać.
Jeśli mam być szczera, niewiele rejestrowałam w ciągu następnych minut - jakby moje ciało przejęło inicjatywę, kierowane magią, a dusza gdzieś odpłynęła. Kojarzyłam tylko słowa, które zdawały się płynąć w powietrzu, a także wściekłe, złączone ryki Deliory i Paratharmon. Oba demony zaczęły mnie wściekle atakować, pazurami, ogniem, ogonem, kłami - większość ataków blokowała jednak dziwna błona, jak wywnioskowałam z dźwięków - trzasków, charakterystycznych dla obijania magii - ta jednak czasem jednak uginała się jednak pod siłą ciosów - ramię piekło niemiłosiernie, ubranie było w strzępach, a prawego ramienia praktycznie nie czułam - w pewnym momencie jednak nastąpił też przełom. Ruchy obu bestii były coraz wolniejsze, zdawałam się wręcz słyszeć trzaski ich stawów, jakby pokrywał je lód. Po gwałtownej zmianie z tygrysa w człowieka wciąż zachowałam nieco cech zwierzęcia, jak węch - stąd też wyczułam zapach podobny dziwnie podobny do... konia? Kleju? Co to w ogóle za magia?
~ Aku? AKU! ~ krzyknęłam, jednak odpowiedziała mi głucha cisza. Jaskinię wypełniały tylko stopniowo tracące na sile wrzaski potworów, w końcu jednak ucichły i one.
~ AKU?! ~ spróbowałam ponownie. Tym razem usłyszałam cichutki jęk.
~ Żyję ~ wyszeptał. Ledwo miał siłę nawet na taki kontakt... ignorując ból, przykuśtykałam w jego stronę, kilka metrów na prawo, gdzie też udało mi się zlokalizować malca. Objęłam liska zdrową ręką i spróbowałam zmusić ciało do przemiany, tym razem w ptaka. Wzięłam głęboki, świszczący oddech, modląc się, by bestie nas nie ruszyły.
Będzie dobrze. Najgorsze za nami.
Słowa pocieszenia powtarzałam niczym mantrę, gdy ostatkiem sił wyprowadziłam nas z jaskini. Drżąc na całym ciele, zmusiłam się do zakładania ładunków wybuchowych, polegając na tygrysim węchu i dotyku - praca szła mozolnie, Aku też był się w stanie ledwo ruszać. Skończyliśmy po blisko godzinie, wtedy też wyjęłam drugą fiolkę, jakimś cudem nienaruszoną i polałam jej zawartością lont, po czym całość podpaliłam.
Jak opisać, co działo się chwilę potem? Cóż...
BUM
***
Obudziłam się ze strasznie zaschniętym gardłem i obolałym ciałem - leżałam na miękkiej, pachnącej fiołkami pościeli. Poruszyłam lekko ręką.
~ Aku?
- Wreszcie! - jakaś dłoń złapała mnie. Znałam ten głos bardzo dobrze.
- Mistrz? - zapytałam. Nie miałam siły nawet, by skorzystać z telepatii. Ktoś przegładził mnie po włosach.
- Tak, jesteś w domu. Dałaś radę, nagroda na ciebie czeka.
- Aku?
- Oboje żyjecie, choć trochę minie, nim się z tego wykaraskacie. Prezydent Born przysłał ci podziękowania, wzięli się za odbudowę wioski, załączony jest też list od alchemika, później wszystko na spokojnie ogarniemy.
Zaskoczyły mnie słowa Mistrza, przyznaję. Były takie... łagodne? Ojcowskie?
- Ile dni byłam nieprzytomna?
- Trzy, musisz odpocząć. Przyjęcie w siebie obcej magii to ciężki kawałek chleba... ale dałaś sobie radę, pokonałaś oba, Deliorę i Paratharmon!
- Były osłabione i tak...
- Ale nadal stanowiły ogromne zagrożenie.
- Mieszkańcom Born nic nie jest, Mistrzu?
- Powoli odbudowują wioskę.
Uśmiechnęłam się słabo, całkowicie wyczerpana.
- To dobrze...
Po czym twardo zasnęłam. Kiedy się obudziłam, obok mnie leżał zwinięty w kłębek Aku - rozpoznałam go od razu po charakterystycznym sposobie oddychania - kiedy spał, wypuszczał powietrze z uroczym sapnięciem. Położyłam delikatnie rękę na jego grzbiet, gładząc aksamitną sierść przyjaciela.
- Dziękuję - szepnęłam.
THE END
< tak, wreszcie koniec... >
Ilość słów: 4726
19 sty 2018
Od Shirley c.d. Shinaru
Uniosłam lekko głowę, cofając się ostrożnie o krok. Rozluźniłam też mięśnie, słysząc przyjazny, męski głos, dość delikatny, ale też nie na tyle wysoki czy piskliwy, by określić go mianem dziewczęcego. Zapach... równie przyjemny, kojarzył mi się z kocimiętką - może być właścicielem jakiegoś futrzaka?
- Bardziej bym się martwił o ciebie urocza panienko - uśmiechnęłam się, słysząc jego słowa. Pochyliłam też głowę nieco niżej, czując ciepło rumieńców wstępujących mi na policzki. - Coś cię sprowadza w te okolice?
Hm, przynajmniej miałam pewność, że to żaden stały bywalec gildii. Co prawda, nie było mnie w siedzibie dłuższy czas z racji wizyty Mir - chciałam koniecznie pokazać jej parę miejsc, skoro już była. Miasto oferowało wiele atrakcji, od sauny, po restauracje, aż po parki czy też muzea, więc te ostatnie dni zleciały jak z bicza strzelił. W sumie, jak tak teraz o tym myślę, dużo rzadziej odwiedzałam Blue Pegasus przez ostatnie tygodnie - najpierw misja, potem chory Akamaru i ja z przeziębieniem. Z której strony by na to nie spojrzeć, pewnie to zaważyło na przyjeździe bratowej, kochana postanowiła nas postawić na nogi. Willcio to naprawdę wielki szczęściarz. Nawet jeśli już dłuższy czas temu zdążyłam się usamodzielnić, wśród rodziny nadal miałam wrażenie, że jestem małą dziewczynkę. W duchu obiecałam sobie, że w ciągu najbliższych miesięcy muszę spakować walizkę i odwiedzić dom - choć na parę dni, tęskniłam za tymi lasami, ciszą, ludźmi z wioski, a przede wszystkim za całą rodziną. Maluchy pewnie zmieniły się nie do poznania, a Daiś podobno coraz lepiej kontrolował swoją magię. Dziadzio w swoich listach pisał mi nawet, że widzi we wnuku bardzo porządny materiał na maga. Biorąc pod uwagę surowe oceny, nawet dzieciaków - dziadzio w przeszłości był bardzo wytrawnym wojownikiem, a potem nauczycielem, pod którym czujnym okiem kształciło się wiele pokoleń zarówno szermierzy, jak i magów - stanowiło to nie byle jaką pochwałę dla mojego kochanego braciszka. Tata pewnie pęka z dumy, zawsze bardzo cenił sobie zdanie teścia.
- C-cóż, gildia - uśmiechnęłam się, wzruszając ramionami z możliwą swobodą. - Jestem z Blue Pegasus, akurat tam idę.
- Och - w wesołym głosie chłopca usłyszałam wyraźną nutę zdziwienia. - Ja też! Od dawna tu jesteś?
- No proszę! - od razu podniosłam głowę i przestałam wykręcać palce. Rozmowy z obcymi zawsze bardzo mnie stresowały i były powodem nieustannych nerwów, ale teraz, gdy usłyszałam, że oboje należymy do Blue Pegasus, wszelkie troski zniknęły jak ręką odjął. Hej, byliśmy w jednej gildii! Już był dla mnie członkiem rodziny, jak brat. - To nie mieliśmy jeszcze okazji się poznać, trzeba to nadrobić! Cóż, parę lat pewnie będzie, ale teraz dłuższy czas się nie zjawiałam. Ty pewnie nowy, co? Shirley jestem, Shirley Tarumi, miło mi! A ciebie jak zwą?
- Shinaru Nakara, również bardzo się cieszę,że mogę poznać - odparł, śmiejąc się cicho.
Akamaru trącił mnie w nogę. Usłyszałam jego ciche warknięcie. Kucnęłam, biorąc liska na ręce - nie przepadał za nowo poznanymi osobami, nawet jeśli były z jednej gildii.
- A to Akamaru. Akamaru, to jest Shinaru, przywitaj się ładnie.
Maluch mruknął w miarę przyjaźnie -trzymając mocno ciałko towarzysza, poczułam też, jak jego mięśnie się ruszają - zapewne machnął łapką w stronę chłopaka. Usłyszałam nagle meczenie, które zdawało się dobiegać z okolic ramienia chłopaka.
- Huh, no a to jest Kamuri.
- Mogę dotknąć? Wybacz, raczej tak jej nie zobaczę - wyciągnęłam rękę, a moja ręka po chwili przecinania pustki, trafiła na miłe kłębowisko. Przez parę sekund tarmosiłam... hm, wełnę? - Urocza, to owieczka, zgadza się? Przepraszam, um, wiesz, one niezbyt współpracują.
Zatoczyłam w powietrzu krąg dłonią, po czym puknęłam się lekko w okolicach oczu.
- Swoją drogą - zaczęłam też od razu, odstawiając liska na ziemię. Po tupocie jego łap wywnioskowałam,że od razu poszedł obwąchać chłopaka. - Tylko najpierw, nie masz nic do lisów? Aku lubi... uum, obwąchać nowych, jak coś, to mu po prostu powiedz.
~ Mała, ja go po prostu badam ~ z wyrzutem stwierdził. ~ Nie możesz ufać wszystkim jak leci.
- Och, ale nie każdy czuje się wtedy pewnie. Poza tym, też jest z Blue Pegasus - mruknęłam. - W każdym razie, jak ci się u nas podoba? Byłeś już na jakiejś misji? W razie co, pytaj śmiało. Są w ogóle jakieś? Ostatnio ich jakoś mniej, będę musiała zapytać Mistrza. Właśnie, jak on cię przyjął? Masz uroczy głos, więc pewnie cię od razu pokochał. Mam nadzieję, że nie męczą cię tam za bardzo ani nic? Ten rozgardiasz na początku może być trochę przytłaczający, ale Blue Pegasus nie da się nie kochać, czyż nie?
< Shin~? >
- Bardziej bym się martwił o ciebie urocza panienko - uśmiechnęłam się, słysząc jego słowa. Pochyliłam też głowę nieco niżej, czując ciepło rumieńców wstępujących mi na policzki. - Coś cię sprowadza w te okolice?
Hm, przynajmniej miałam pewność, że to żaden stały bywalec gildii. Co prawda, nie było mnie w siedzibie dłuższy czas z racji wizyty Mir - chciałam koniecznie pokazać jej parę miejsc, skoro już była. Miasto oferowało wiele atrakcji, od sauny, po restauracje, aż po parki czy też muzea, więc te ostatnie dni zleciały jak z bicza strzelił. W sumie, jak tak teraz o tym myślę, dużo rzadziej odwiedzałam Blue Pegasus przez ostatnie tygodnie - najpierw misja, potem chory Akamaru i ja z przeziębieniem. Z której strony by na to nie spojrzeć, pewnie to zaważyło na przyjeździe bratowej, kochana postanowiła nas postawić na nogi. Willcio to naprawdę wielki szczęściarz. Nawet jeśli już dłuższy czas temu zdążyłam się usamodzielnić, wśród rodziny nadal miałam wrażenie, że jestem małą dziewczynkę. W duchu obiecałam sobie, że w ciągu najbliższych miesięcy muszę spakować walizkę i odwiedzić dom - choć na parę dni, tęskniłam za tymi lasami, ciszą, ludźmi z wioski, a przede wszystkim za całą rodziną. Maluchy pewnie zmieniły się nie do poznania, a Daiś podobno coraz lepiej kontrolował swoją magię. Dziadzio w swoich listach pisał mi nawet, że widzi we wnuku bardzo porządny materiał na maga. Biorąc pod uwagę surowe oceny, nawet dzieciaków - dziadzio w przeszłości był bardzo wytrawnym wojownikiem, a potem nauczycielem, pod którym czujnym okiem kształciło się wiele pokoleń zarówno szermierzy, jak i magów - stanowiło to nie byle jaką pochwałę dla mojego kochanego braciszka. Tata pewnie pęka z dumy, zawsze bardzo cenił sobie zdanie teścia.
- C-cóż, gildia - uśmiechnęłam się, wzruszając ramionami z możliwą swobodą. - Jestem z Blue Pegasus, akurat tam idę.
- Och - w wesołym głosie chłopca usłyszałam wyraźną nutę zdziwienia. - Ja też! Od dawna tu jesteś?
- No proszę! - od razu podniosłam głowę i przestałam wykręcać palce. Rozmowy z obcymi zawsze bardzo mnie stresowały i były powodem nieustannych nerwów, ale teraz, gdy usłyszałam, że oboje należymy do Blue Pegasus, wszelkie troski zniknęły jak ręką odjął. Hej, byliśmy w jednej gildii! Już był dla mnie członkiem rodziny, jak brat. - To nie mieliśmy jeszcze okazji się poznać, trzeba to nadrobić! Cóż, parę lat pewnie będzie, ale teraz dłuższy czas się nie zjawiałam. Ty pewnie nowy, co? Shirley jestem, Shirley Tarumi, miło mi! A ciebie jak zwą?
- Shinaru Nakara, również bardzo się cieszę,że mogę poznać - odparł, śmiejąc się cicho.
Akamaru trącił mnie w nogę. Usłyszałam jego ciche warknięcie. Kucnęłam, biorąc liska na ręce - nie przepadał za nowo poznanymi osobami, nawet jeśli były z jednej gildii.
- A to Akamaru. Akamaru, to jest Shinaru, przywitaj się ładnie.
Maluch mruknął w miarę przyjaźnie -trzymając mocno ciałko towarzysza, poczułam też, jak jego mięśnie się ruszają - zapewne machnął łapką w stronę chłopaka. Usłyszałam nagle meczenie, które zdawało się dobiegać z okolic ramienia chłopaka.
- Huh, no a to jest Kamuri.
- Mogę dotknąć? Wybacz, raczej tak jej nie zobaczę - wyciągnęłam rękę, a moja ręka po chwili przecinania pustki, trafiła na miłe kłębowisko. Przez parę sekund tarmosiłam... hm, wełnę? - Urocza, to owieczka, zgadza się? Przepraszam, um, wiesz, one niezbyt współpracują.
Zatoczyłam w powietrzu krąg dłonią, po czym puknęłam się lekko w okolicach oczu.
- Swoją drogą - zaczęłam też od razu, odstawiając liska na ziemię. Po tupocie jego łap wywnioskowałam,że od razu poszedł obwąchać chłopaka. - Tylko najpierw, nie masz nic do lisów? Aku lubi... uum, obwąchać nowych, jak coś, to mu po prostu powiedz.
~ Mała, ja go po prostu badam ~ z wyrzutem stwierdził. ~ Nie możesz ufać wszystkim jak leci.
- Och, ale nie każdy czuje się wtedy pewnie. Poza tym, też jest z Blue Pegasus - mruknęłam. - W każdym razie, jak ci się u nas podoba? Byłeś już na jakiejś misji? W razie co, pytaj śmiało. Są w ogóle jakieś? Ostatnio ich jakoś mniej, będę musiała zapytać Mistrza. Właśnie, jak on cię przyjął? Masz uroczy głos, więc pewnie cię od razu pokochał. Mam nadzieję, że nie męczą cię tam za bardzo ani nic? Ten rozgardiasz na początku może być trochę przytłaczający, ale Blue Pegasus nie da się nie kochać, czyż nie?
< Shin~? >
Ilość słów: 751
14 sty 2018
Wyniki
Wyniki konkursu
Jest mi niezmiernie miło, mimo, że dostałam (aż) dwie prace. Rozumiem, że szkoła nie pozwala na wiele i naprawdę wam współczuję. Cieszę się jednak, że mogłam czytać takie cudowne "kartki z pamiętnika Mistrzów". Uwierzcie mi, że każdą, napisaną przez was chwilę, przeżywałam razem z Bobem i Hadesem - jakbym sama tam była, to coś wspaniałego, nierealnego. Dziękuje za to doświadczenie.
Nigdy nie przestawajcie pisać.
Nigdy nie przestawajcie pisać.
Jesteście na to za dobre.
1 miejsce - Shirley
2 miejsce - Sashi
Nagrody zostały dodane do waszych formularzy.
2 miejsce - Sashi
Nagrody zostały dodane do waszych formularzy.
Jeszcze raz dziękuję
..za wszystko
Deer
13 sty 2018
Od Shirley - "Karta z pamiętnika Mistrza Boba"
Fiore, 783 rok
Blue Pegasus
Drogi Chłopczyku!Mój najpiękniejszy Pamiętniczku!
Pewnie za mną tęskniłeś - ja za Tobą też! Z której strony by na to przecież nie spojrzeć, milczałem bity tydzień. Wiesz, jak to jest, nowi członkowie, wariaty latające wszędzie dookoła i rozwalające co się da przy każdej możliwej okazji, sterta spraw organizacyjnych, przygotowywania, no i mnóstwo kochanych chłopców! Sam rozumiesz, nie miałem kiedy.
Innymi słowy, u mnie wszystko po staremu. Nikomu nic złego się nie dzieje, ostatnio tylko mieliśmy małą bójkę w gildii - jakiś rozeźlony sprzedawca wpadł z impetem do siedziby i zaczął wyklinać na paru członków, którym podczas ostatniej misji przydarzył się malutki wypadek - zabawy z wybuchowymi substancjami zdecydowanie nie są dla wszystkich. Koniec końców trzeba było rozdzielać dwóch, którym poszło o to, kogo należy obwinić o wywalenie stosu bardzo delikatnych fiolek. Pierwszy skończył z jelenim porożem na czubku głowy, a jego kumpel został obdarowany piękną, długą brodą, której nie powstydziłby się żaden sędziwy magik. Szkopuł tkwił tylko w fakcie, iż była właściwie dorodnymi porami, więc żeby je usunąć, trzeba było spędzić pół dnia w zakurzonej bibliotece, co niekorzystanie odbiło się na stanie moich ubrań. Widok lekko zawstydzonych po pouczeniu chłopców był jednak tego wart - nie ma nic bardziej uroczego, niż rumieńce na ich słodkich buziach, czyż nie?
Jak zatem widzisz, mój najdroższy Chłopczyku, dzień jak każdy. Nigdy bym nie pomyślał, że polubię rutynę, ale przy tej w Blue Pegasus naprawdę nie ma czasu na nudę. Tym bardziej, że przewija się nam tylu kochanieńkich paniczyków! Ach, nie musisz być zazdrosny, jesteś dla mnie Jedynym w swoim rodzaju - żaden inny Pamiętnik, choćby z wyszytym na nim najpiękniejszym chłopcem wszech czasów, nie zastąpi mi Ciebie!
Swoją drogą, jak już o chłopcach mówimy, trzy dni temu spotkałem jednego naprawdę, naprawdę uroczego! Zacznę od spraw najważniejszych - blondyn, kolczaste włosy, wzrost 171 centymetrów, waga 65 kilogramów, obwód... och, może tyle. Wspominałem o jego oczkach? Jedno niebieściutkie, zupełnie jak niebo w idealnie bezchmurne południe, drugie złote jak samo słoneczko... ach, to spojrzenie, nic, tylko kochać! Jeszcze ten głos, jak miód, krok lekki, śmiech jak dzwonki - ideał, anioł, który zstąpił na ziemię.
Szkoda tylko, że trzeba go było zabić. Zawsze to przykre, gdy tak cudowne istoty okazują się być w istocie demonami.
Ach, ale ja przecież nie pisałem do ciebie tyle czasu, nic nie wiesz! Było mówić wcześniej, teraz już nie będę mógł oddać, jak wspaniały być tamten chłopaczek. Mimo wszystko - spróbuję, a nuż nakreślę jego całkiem dobry obraz? Myślę, że zasługuje na pamięć, a kto nadaje się do tego lepiej, niż Ty? To swoją drogą zabawne, kartki są przecież tak cienkie, tak delikatne, a w ostatecznym rozrachunku wychodzi, że często przeżywają nawet nas, ludzi - tych silnych, potężnych, niepowstrzymanych. Ironia losu, czyż nie?
Tchnęło trochę pesymizmem. Raz, dwa, trzy, uśmiech w ruch, nie ma czasu na zły los! Och, byłbym zapomniał - od jednego z dzieciaków naszego członka dostałem ostatnio wierszyk! Mała to wierna kopia ojca, tylko charakter ma zupełnie jak matka, istny fiołeczek, nie sposób jej nie kochać. Idealny materiał na magiczkę, widzę w niej też potencjał na wspaniałą użytkowniczkę Ognia, zupełnie jak Tom!
Konik niebieski lata po niebie;
Piękny jak kwiatki na łące;
Świeci słoneczko złote;
Wieje wietrzyk milutki;
To miejsce jest dla mnie domem;
Tu gildia nasza stoi;
Blue Pegasus, czy wiesz o niej?
Dawno nic mnie tak nie rozczuliło. Nawet teraz, gdy patrzę na tę lekko pomiętą kartkę, czuję ciepło na sercu - ciekaw jestem reakcji małej, gdyby się dowiedziała, skąd właściwie wzięła się nazwa naszej gildii. Widzisz, ja nadal jestem przekonany, że wtedy z nieba wyleciał ten pegaz - i wciąż wierzę, że pewnego dnia wróci i będzie miał tu swoją przystań. Ostatnio przemknęło mi nawet przez myśl, iż to tamten chłopaczek mógł być ów cudownym stworzeniem - było w nim coś z wiatru, może błysk w oczach, może ruchy, które tak mocno świadczyły o jego naturze... nadludzkiej. Nigdy nie myślałem, że powiem tak o kimkolwiek, ale już od pierwszej chwili jego aura dała o sobie znać. Elektryzująca, przyciągająca - istny magnes, każdy mógłby to potwierdzić. Byłem tak pewny, że okaże się być dumą naszej gildii, członkiem, który dopełni jej piękna. Mam przecież nosa do ludzi. Zawiódł mnie tylko kilka razy - najpierw, gdy pojawiła się Karen, a teraz...
Zacznę jednak od początku. To zły zwyczaj, tak mówić od razu o finiszu historii. Nawet jeśli nie jesteś kroniką, mój drogi Chłopcze, w uczuciach też ważna jest chronologia. Ktoś mi kiedyś powiedział, że... jak on to ujął? Ach tak - miłość jest zależna od czasu. Może coś w tym rzeczywiście jest, kto wie? Jest największą potęgą na świecie, ale to też sprawia, że ma tak wiele słabości. Do istnienia potrzebuje mnóstwa rzeczy, a jeśli zabraknie choć jednej, całość zawala się niemal od razu, jak domek z kart.
Nie masz dziś ze mną łatwo, mój drogi, czyż nie? Wybacz, ale muszę komuś to powiedzieć. Mistrz Bob kocha wszystkich, nie chcę zarażać ich swoim smutkiem. Przecież oni nawet nie pamiętają tego chłopca. Zniknął z ich pamięci razem ze swoim ostatnim tchnieniem, podążając z pierwszym promieniem zachodzącego słońca, szkarłatnego jak jego krew.
Nie wiem, czy chcę pamiętać na zawsze ten dzień. To wcale nie jest przyjemne, gdy nosimy sobie wspomnienie tego bólu, choć czuję, że jestem mu to winien. Dlatego też opowiadam to jednak Tobie, mój drogi, by mieć pewność, że jego losy pozostaną spisane choć na kartkach ukrytych w jakimś kufrze. Pamięć ludzka jest bardzo ulotna, nawet jeśli jest się mistrzem tak wspaniałej gildii. Blue Pegasus to w końcu moje dziecko, moja najdroższa perełka, której poświęciłem całego siebie. Musisz mi przyznać, że nie mogłem dokonać lepszego wyboru, czyż nie?
Przy okazji, wiesz, że takimi właśnie myślami wypełniony był mój poranek w ten dzień, gdy spotkałem chłopca? Słoneczny, wesoły, taki jak każdy, gdy wesoło pomaszerowałem w stronę naszej siedziby, by zacząć kolejny dzień. I już na samym początku seria tak miłych niespodzianek!
Po pierwsze, Tom wreszcie wrócił z misji! Martwiliśmy się o dziadygę, bo wyruszył na nią dobry miesiąc temu i miał wrócić po tygodniu, więc mała wariowała - szczęśliwie jednak wrócił, choć nieźle pokiereszowany. Morskie potwory to bestie jakich mało, a ten wyprawił się całkiem sam na daleką wyprawę. Choć od kiedy zmarła Mary, ledwo wiąże koniec z końcem, a córka ciągle mu też rośnie. Gdy tylko nasza perełka go zobaczyła, wystrzeliła jak z procy prosto w ramiona ojczulka. Krótko potem wręczyła mi też swój wierszyk, szczerząc do mnie wesoło swoje białe ząbki - ostatnio wypadła jej jedynka, gdy biegała po lesie. Nasz mały promyczek - za tydzień świętuje swoje dziesiąte urodziny i Shirley zobowiązała się przygotować dla niej tort - nawet bez wzroku świetnie radzi sobie w kuchni, ma też przyjechać znowu jej bratowa - cudowna istotka, chciałbym poznać całą rodzinę - i pomóc przy dekorowaniu ciasta.
No i przede wszystkim - pojawił się chłopiec. Czekał sobie pod drzwiami gildii, zupełnie jakby już tu należał. Tak zresztą myślałem i ja - piękno dla piękna, wyglądał jak ktoś stworzony do bycia w Blue Pegasus. Te oczy, ta charyzma... ideał! wszyscy zresztą polubili go od samego początku, a nasza mała nie odstępowała go na krok - sam też zdawał się być nią urzeczony, opowiadał o młodszej siostrzyce, która podobno wyglądała zupełnie jak Mimi. Przysiadłem się do nich i zachęciłem go, by opowiedział o niej nieco więcej, zawsze staram się przecież dowiedzieć o naszych członkach tyle, ile to możliwe - jesteśmy przecież jedną wielką rodziną, stale to podkreślam. Chłopiec odpowiadał na wszystkie pytania, choć teraz, gdy wracam pamięcią do naszej rozmowy, wyłapuję coraz więcej rzeczy, które wtedy powinny dać mi do myślenia - używanie wyłącznie czasu przeszłego, ten żywiołowy opis, który koniec końców był jednak zupełnie pozbawiony emocji... anioł okazał się być diabłem.
Drogi Pamiętniczku, polubili go naprawdę wszyscy, nawet nasze kochane mruki - z każdym rozmawiał jak ze starym przyjacielem. Złotousty wąż, o tak... choć myślę, że w pewnym sensie był ofiarą samego siebie. Swojej przeszłości. Cóż, to właśnie ciężar, który dla wielu okazuje się być zbyt ciężki, by mogli uczynić z niego siłę i ulegają. Niektórzy wtedy się łamią i zostają roślinami, jeszcze inni skazują samych siebie na wieczną tułaczkę, by odpokutować nieswoje winy... i są też ci, którzy wlewają w swoją duszę mrok, przekonani o jego złudnej sile, jaką im może dać. Myślę, że do tej właśnie należał nasz chłopiec.
Jestem pewny, że byłby wspaniałym magiem. Może i ja nie zrobiłem wszystkiego, co mogłem, by go ocalić. Wtedy jednak kierowałem się przede wszystkim bezpieczeństwem gildii. Gdyby zrobił z kimkolwiek to samo, co ze swoją rodziną... nigdy bym sobie tego nie wybaczył.
Wiesz, mój drogi, na jak długo teraz zawiesiłem pióro? Myślałem długo, jak najlepiej by tu ubrać wszystkie ostatnie zdarzenia w słowa, im dłużej jednak się nad tym zastanawiam, tym bardziej dociera do mnie, że to zadanie zbyt trudne. Jakby on siedział tu obok, piękny i uśmiechnięty, prosząc, bym zostawił jego dobry obraz. Sądzę, że w głębi duszy taki właśnie był - wspaniały chłopiec, który został złamany. Przeszłość zostawmy przeszłości, nie zarażajmy nią ani teraźniejszości, ani przyszłości.
Będę więc chyba musiał pochodzić i sam z tym bólem, mój drogi. Są takie rodzaje smutków, które człowiek musi ze sobą nosić - sądzę, że to nasz swoisty obowiązek jako ludzi.
Odrobinę Ci jednak powiem. Miotam się, mój drogi, a bardzo tego nie lubię. Jako mistrz gildii, powinienem być stały, pewny. Nie chodzi tu o jednolitość czy nudę - och, temu stanowczo odmawiam, jak sam dobrze wiesz, kochany! Ale jestem całkowicie przekonany, że każdy, kto bierze na siebie taką odpowiedzialność, zostaje równocześnie rodzicem - a to największa odpowiedzialność na świecie. Nawet jeśli dusza chłopca przepełniona była mrokiem, nawet jeśli dołączył, by nas zabić, nawet jeśli... jeśli próbował zabić Mimi, był moim synem. Dzieckiem, które się zagubiło gdzieś tam po drodze w mroku. Zadaniem rodzica jest wyprowadzenie dziecka w stronę światła.
Mam nadzieję, że tam, gdzie jest teraz, nie ma ciemności. Gdy zamykał oczy po raz ostatni, na jego twarz wszedł w końcu uśmiech. Nie ten wężowy, choć tak cudowny - ale ludzi, nieco krzywy, lewy kącik minimalnie wyżej, niż prawy. To on był właśnie tym najpiękniejszym. Niedoskonałym - i dlatego też tak wspaniałym.
Wiesz... myślałem wtedy, że przybyłem zbyt późno. Wziął Mimi na spacer, miała mu pokazać okolice - mała spryciula, zna wszystkie uliczki jak własną kieszeń. Gdybym przybył sekundę zbyt późno...
Drogi Pamiętniku, nawet nie wiesz, jakie to straszne uczucie - widzieć krew na znaku gildii. Krew niewinnego dziecka, które tak bardzo kochasz, a które leży, zwinięte w kłębek. Mimi jest dziś w dużo lepszym stanie, choć nadal leży w szpitalu. Prawie straciła rękę, prawą. Chłopiec też.
Ja go zabiłem, kochany. Ja, Bob, mistrz Blue Pegasus, który wciąż i wciąż powtarza członkom gildii, by przenigdy nie byli okrutni, nawet dla najgorszych wrogów. Wszyscy jesteśmy żywymi istotami, które czują, ludzi, Gwiezdne Duchy, nawet potwory.
Chłopiec był piękny, mój drogi. Dziś o nim nie pamiętają. Magia to dobra rzecz - myślę, że nic dobrego nie przyniosłoby nikomu pamiętanie o tamtych wydarzeniach. Niech zapamiętają go jako miłego, dobrego i uczynnego człowieka, który zmarł dzielnie. Wiesz, co mi powiedział tuż przed wydaniem ostatniego tchu?
Dbaj o nich, Mistrzu.
Zamierzam, chłopcze. Drogi Rudolfie.
Każdy zasługuje na pamięć, Pamiętniczku, czyż nie? Każdy zasługuje na to, by pomóc mu wyjść z mroku. On był zbyt jasny, zbyt młody, by zgasnąć. A jednak zgasł. Na moich oczach, na moich rękach.
P.S. W gildii wszyscy mają się dobrze. Parę głośnych osób wyruszyło na misje, więc jest dość cicho, ale zobowiązali się wrócić na urodziny Mimi.
Trzymaj się, Kochany. Buziaczki!
~Bob
Ilość słów: 1905
29 gru 2017
Od Shirley do Shinaru
To był niezwykle... hm... ciekawy dzień? Nie, to zbyt prozaiczne słowo, które żadną miarą nie oddaje tych wszystkich spraw, które nagromadziły się zaledwie w przeciągu dwunastu godzin i czterdziestu minut! Był zajmujący! Tak, zajmujący to odpowiednie słowo. Ciężko byłoby znaleźć inne, równie dobrze pasujące do niego określenie. Kiedy podzieliłam się swoimi przemyśleniami z Miriam, która szła tuż obok i co jakiś czas łapała mnie za łokieć, mówiąc "Shirley, krawężnik" czy też "Uważaj, zaraz wejdziesz w krzaki!", stwierdziła, że równie dobrze mogłabym w takim razie opisać go jako chociażby interesujący czy niecodzienny.
- Ów wyraz, "zajmujący", nieodmiennie kojarzy mi się z romantyczną przygodą - wyjaśniłam, wzdychając cicho, pogrążona w zadumie. Chłodne, wieczorne powietrze przyjemnie owiewało moją twarz, gdy szłam z Miruś pod rękę przez miasto. Czułam się, jakby dobra wróżka prowadziła mnie tuż nad skrajem przepaści w stronę Dobrej Krainy, ale zaledwie jeden nieostrożny krok mógłby zabrać mnie w ciemne, piekielne otchłanie, w których, miast mleka, miodu i przyjemnej woni kwiatów, byłby jedynie przykry zapach siarki i kwasu. To wyjątkowo miłe uczucie, kiedy możemy całkowicie komuś zawierzyć. Rzecz jasna, było nieco straszne, szczególnie na początku, ale kiedy odkryłam, że przy Miriam nigdy nie dzieje się nic złego, na dźwięk imienia czy głosu dziewczyny w myślach zawsze stawał mi obraz anioła. Na dobrą sprawę, nawet nie wiem, jak naprawdę wygląda. Rzecz jasna, dotykałam jej twarzy, by wyłonić sobie jako taki obraz, a Braciszek wyjaśnił mi, iż jej długie, falowane włosy są kruczoczarne i błyszczące. Miał Willcio szczęście. - Mianem "interesującego" można określić równie dobrze człowieka, który miły wcale nie jest. A kiedy opisujemy coś jako zajmujące, od razu musi nasunąć się myśl, że i było to bardzo przyjemne doświadczenie. Z czym kojarzy ci się to słowo, Miruś? Mina sam jego dźwięk nasuwa się na myśl muzyka aniołów. Jak myślisz, na czym one grają? Ktoś mi kiedyś powiedział, że na wszelkich możliwych instrumentach, ale wyobrażasz sobie, żeby tak bajeczne stworzenia mogłyby grać na czymś tak przyziemnym jak chociażby... no, powiedzmy, perkusja?! Albo gitara elektryczna?!
- Kochana, może chodziło temu słodziakowi o jakieś takie bardziej... wiesz, stare instrumenty?- odparła Mir wesolutko.
Wydęłam wargi, chociaż częściowo mi ulżyło. Mimo to, owa kwestia nadal nie dawała mi spokoju!
- No to weźmy, na przykład, na saksofonie? To zupełnie nieromantyczny instrument!
- Ale piękny - uzupełniła moja towarzyszka, wielbicielka orkiestry.
- Jasne, jasne - przytaknęłam niemal rzewnie. - Ale kompletnie nie umiem wyobrazić sobie delikatnego lica anioła o miodowych włosach, odzianego w powłóczystą, białą szatę, który grałby na czymś takim! Nie, oni znają pewnie muzykę ze skrzypiec, harf i pianina!
- W swoim czasie się dowiemy - ugodowo uznała.
- Nie zniosłabym, gdyby się okazało, że w niebie nie ma muzyki, to byłoby straszne! - zgroza przejęła mnie na samą myśl. - Jeśli jest doskonałe, z pewnością cały czas będą się tam unosić jakieś słodkie nuty! No, ale dość. Jak z tobą? Z czym ci się kojarzy słowo "zajmujący"? Też czujesz taki przyjemny dreszcz, gdy je słyszysz? Brzmi prawie jak dźwięki harf!
- Nie wiem, Miśka - odparła rozbawiona, a ja byłam całkowicie niemal pewna, że w tym momencie jej oczy (błękitne niczym niebo, jak opisywał Braciszek) musiały patrzeć właśnie w nieboskłon. Przez chwilę szłyśmy w przyjemnej ciszy, aż w końcu dziewczyna zdecydowała się. - Chyba z gotowaniem!
Pocieszny ton i przyziemna przyjemność tak dobrze oddawały jej charakter!
- Naprawdę to kochasz, prawda? Bardzo się cieszę, że możesz oddać całą duszę pasji. Mam nadzieję, że i mnie kiedyś przyjdzie tak samo z biologią. Przechodzi mnie taki okropny, zimny dreszcz, niemający nic kompletnie wspólnego z przyjemnością, gdy nagle myślę sobie, że być może moje plany się nie powiodą. Wyobraź sobie tylko, musieć pogrzebać tak piękną ideę przez jakieś prozaiczne trudności! Byłaby to doprawdy tragiczna ofiara, nad której grobem z pewnością wylałabym morze łez. Czasem sobie myślę, że wszelkie nadzieje i marzenia muszą mieć swój własny cmentarz. Jak myślisz, kto się nim zajmuje? Osobiście zawsze wyobrażałam sobie, że te obowiązki musiały przypaść duszom narcyzów w niebie. Czyż to nie byłoby romantyczne? Gdybym mogła, po śmierci chciałabym stać się takim kwiatem. Może fiołkiem? Mają śliczny zapach, czyż nie? Mama też je podobno bardzo lubiła i kiedy jednego dnia wyszła z tatą na łąkę, gdy byli dopiero zaręczeni, ten oświadczył się jej właśnie z bukietem fiołków w ręku, pośród których ukryty był pierścionek! Myślę, że tak naprawdę ma duszę romantyka, chociaż dziadzio opowiada, że stąpa bardzo twardo po ziemi. Ale miłość wydobywa z człowieka wszystkie najlepsze cechy, nawet te ukryte bardzo, bardzo głęboko, prawda?
- Oj tak - potaknęła Mir cicho, a ja mogłabym przysiąc, że na jej blade policzki wstąpił delikatny rumieniec, który rozkwitł niczym róża w blasku zachodzącego słońca. Raz jeszcze przemknęło mi przez myśl, że Braciszek to wielki szczęściarz. Ja na dobrą sprawę też. - Też to kiedyś zrozumiesz.
- Przecież sama to właśnie stwierdziłam - odparłam buńczucznie, zaplatając ręce na piersiach.
- Kochana, ale wiedzieć to i rozumieć to dwa zupełni różne światy! Miłość romantyczna to jedyne w swoim rodzaju uczucie!
Miruś zazwyczaj była osóbką raczej przyziemną, chociaż bardzo uroczą, ale kiedy sprawy schodziły na romantyczne tematy, mogłaby stawać w szranki z samym Szekspirem. Kochała Willcia całym sercem, a ja obawiałam się, czy on kiedyś aby doceni, jak wielki ma skarb. Braciszek musi zdecydowanie ograniczyć te niebezpieczne wyprawy, obojętnie jak bardzo by nie kochał przygód. Doskonale rozumiałam jego żyłkę awanturnika, ale odkąd stał się się głową nowej rodziny, a jego dziecko musiałoby się wychowywać bez ojca, spirala nienawiści tylko coraz bardziej by się nakręcała. Miałam cudowną rodzinę, ale dobrze wiedziałam, czym jest ból niemożności poznania swojego biologicznego rodzica.
- To niezwykle zajmujące - szepnęłam wdychając zapach ciepłego wieczoru, który niósł ze sobą zapach róż i fiołków - myśleć tylko o drugiej osobie, prawda?
- Tak - przyznała. Mimo wszystko, częściowo ją i rozumiałam. Przecież z całego serca kochałam swoją rodzinę, nawet jeśli los nie postawił na mojej drodze chłopca, z którym chciałabym spędzić resztę życia. W marzeniach ów wybranek był dzielnym rycerzem na srokatym koniu, ale mi raczej było nieśpieszno. Zresztą, sama byłam zajęta raczej sprawami gildii, daleko od rodziny.
***
- No, ja już idę - oznajmiła Miruś, kiedy już odprowadziła mnie niemal pod samą furtkę. - Zaraz mam pociąg, więc muszę uciekać. Dasz sobie radę ze wszystkim?
- Jasne, dzięki za wszystko. Pozdrów tam wszystkich, dobrze? - przytuliłam mocno przyjaciółkę. Ta po chwili oddaliła się, a ja stałam jeszcze przez chwilę nieruchomo, słuchając jej lekkich kroków. Celowo przyjechała na tydzień, by nieco mi pomóc, za co też byłam jej ogromna wdzięczna, musiała jednak już wracać do rodziny, gdzie zostawiła męża i malutkie dziecko. Sami nie potrafią zawiązać sobie nawet butów!
Ostrożnie unosząc nogę, by nie zahaczyć o próg, weszłam do domu, gdzie powitało mnie wesołe szczekanie Akamaru.
- Idziemy do gildii? - ukucnęłam, a lisek wpadł w moje ramiona. Zaczęłam gładzić jego aksamitną sierść, a po ruchach stworzonka wywnioskowałam, że zapalczywie macha ogonkiem. - No to w drogę!
Weszłam tylko szybko w głąb mieszkania, lawirując, by nie natknąć się na żadne przeszkody. Aku warczał ostrzegawczo za każdym razem, gdy byłam bliska wpadnięcia na coś - wzięłam jedno z ciasteczek czekoladowych upieczonych przez bratową i narzuciłam na siebie cieńszą kurtkę.
Nieco niepewnie wyszłam na brukowaną ulicę - po tygodniu chodzenia z Mir pod ramię, dość ciężko było mi się przestawić na samodzielne wędrówki, nawet jeśli Aku dreptał tuż obok moich nóg. Całe szczęście, mieszkałam w cichej, spokojnej okolicy, gdzie ryzyko wpadnięcia na kogoś było doprawdy znikome.
Niestety, stało się - całkowicie pochłonięta rozmyśleniami o tym, co takiego smacznego można by upichcić w gildii, nie słyszałam korków drugiej osoby. Oczywiście, wyższej ode mnie, więc tylko odbiłam się i cofnęłam o parę kroków. Dosłownie parę kroków od siedzimy Blue Pegasus, jak też wywnioskowałam - jak mieć moje szczęście, to mieć je porządnie!
- Przepraszam! - złożyłam dłonie. - Nie zauwa... znaczy, przepraszam, nie wiedziałam, że ktoś idzie! Nic ci nie jest? Wszystko w porządku?
Miałam nadzieję, że chociaż mówię w dobrą stronę...
< Shin~? >
- Ów wyraz, "zajmujący", nieodmiennie kojarzy mi się z romantyczną przygodą - wyjaśniłam, wzdychając cicho, pogrążona w zadumie. Chłodne, wieczorne powietrze przyjemnie owiewało moją twarz, gdy szłam z Miruś pod rękę przez miasto. Czułam się, jakby dobra wróżka prowadziła mnie tuż nad skrajem przepaści w stronę Dobrej Krainy, ale zaledwie jeden nieostrożny krok mógłby zabrać mnie w ciemne, piekielne otchłanie, w których, miast mleka, miodu i przyjemnej woni kwiatów, byłby jedynie przykry zapach siarki i kwasu. To wyjątkowo miłe uczucie, kiedy możemy całkowicie komuś zawierzyć. Rzecz jasna, było nieco straszne, szczególnie na początku, ale kiedy odkryłam, że przy Miriam nigdy nie dzieje się nic złego, na dźwięk imienia czy głosu dziewczyny w myślach zawsze stawał mi obraz anioła. Na dobrą sprawę, nawet nie wiem, jak naprawdę wygląda. Rzecz jasna, dotykałam jej twarzy, by wyłonić sobie jako taki obraz, a Braciszek wyjaśnił mi, iż jej długie, falowane włosy są kruczoczarne i błyszczące. Miał Willcio szczęście. - Mianem "interesującego" można określić równie dobrze człowieka, który miły wcale nie jest. A kiedy opisujemy coś jako zajmujące, od razu musi nasunąć się myśl, że i było to bardzo przyjemne doświadczenie. Z czym kojarzy ci się to słowo, Miruś? Mina sam jego dźwięk nasuwa się na myśl muzyka aniołów. Jak myślisz, na czym one grają? Ktoś mi kiedyś powiedział, że na wszelkich możliwych instrumentach, ale wyobrażasz sobie, żeby tak bajeczne stworzenia mogłyby grać na czymś tak przyziemnym jak chociażby... no, powiedzmy, perkusja?! Albo gitara elektryczna?!
- Kochana, może chodziło temu słodziakowi o jakieś takie bardziej... wiesz, stare instrumenty?- odparła Mir wesolutko.
Wydęłam wargi, chociaż częściowo mi ulżyło. Mimo to, owa kwestia nadal nie dawała mi spokoju!
- No to weźmy, na przykład, na saksofonie? To zupełnie nieromantyczny instrument!
- Ale piękny - uzupełniła moja towarzyszka, wielbicielka orkiestry.
- Jasne, jasne - przytaknęłam niemal rzewnie. - Ale kompletnie nie umiem wyobrazić sobie delikatnego lica anioła o miodowych włosach, odzianego w powłóczystą, białą szatę, który grałby na czymś takim! Nie, oni znają pewnie muzykę ze skrzypiec, harf i pianina!
- W swoim czasie się dowiemy - ugodowo uznała.
- Nie zniosłabym, gdyby się okazało, że w niebie nie ma muzyki, to byłoby straszne! - zgroza przejęła mnie na samą myśl. - Jeśli jest doskonałe, z pewnością cały czas będą się tam unosić jakieś słodkie nuty! No, ale dość. Jak z tobą? Z czym ci się kojarzy słowo "zajmujący"? Też czujesz taki przyjemny dreszcz, gdy je słyszysz? Brzmi prawie jak dźwięki harf!
- Nie wiem, Miśka - odparła rozbawiona, a ja byłam całkowicie niemal pewna, że w tym momencie jej oczy (błękitne niczym niebo, jak opisywał Braciszek) musiały patrzeć właśnie w nieboskłon. Przez chwilę szłyśmy w przyjemnej ciszy, aż w końcu dziewczyna zdecydowała się. - Chyba z gotowaniem!
Pocieszny ton i przyziemna przyjemność tak dobrze oddawały jej charakter!
- Naprawdę to kochasz, prawda? Bardzo się cieszę, że możesz oddać całą duszę pasji. Mam nadzieję, że i mnie kiedyś przyjdzie tak samo z biologią. Przechodzi mnie taki okropny, zimny dreszcz, niemający nic kompletnie wspólnego z przyjemnością, gdy nagle myślę sobie, że być może moje plany się nie powiodą. Wyobraź sobie tylko, musieć pogrzebać tak piękną ideę przez jakieś prozaiczne trudności! Byłaby to doprawdy tragiczna ofiara, nad której grobem z pewnością wylałabym morze łez. Czasem sobie myślę, że wszelkie nadzieje i marzenia muszą mieć swój własny cmentarz. Jak myślisz, kto się nim zajmuje? Osobiście zawsze wyobrażałam sobie, że te obowiązki musiały przypaść duszom narcyzów w niebie. Czyż to nie byłoby romantyczne? Gdybym mogła, po śmierci chciałabym stać się takim kwiatem. Może fiołkiem? Mają śliczny zapach, czyż nie? Mama też je podobno bardzo lubiła i kiedy jednego dnia wyszła z tatą na łąkę, gdy byli dopiero zaręczeni, ten oświadczył się jej właśnie z bukietem fiołków w ręku, pośród których ukryty był pierścionek! Myślę, że tak naprawdę ma duszę romantyka, chociaż dziadzio opowiada, że stąpa bardzo twardo po ziemi. Ale miłość wydobywa z człowieka wszystkie najlepsze cechy, nawet te ukryte bardzo, bardzo głęboko, prawda?
- Oj tak - potaknęła Mir cicho, a ja mogłabym przysiąc, że na jej blade policzki wstąpił delikatny rumieniec, który rozkwitł niczym róża w blasku zachodzącego słońca. Raz jeszcze przemknęło mi przez myśl, że Braciszek to wielki szczęściarz. Ja na dobrą sprawę też. - Też to kiedyś zrozumiesz.
- Przecież sama to właśnie stwierdziłam - odparłam buńczucznie, zaplatając ręce na piersiach.
- Kochana, ale wiedzieć to i rozumieć to dwa zupełni różne światy! Miłość romantyczna to jedyne w swoim rodzaju uczucie!
Miruś zazwyczaj była osóbką raczej przyziemną, chociaż bardzo uroczą, ale kiedy sprawy schodziły na romantyczne tematy, mogłaby stawać w szranki z samym Szekspirem. Kochała Willcia całym sercem, a ja obawiałam się, czy on kiedyś aby doceni, jak wielki ma skarb. Braciszek musi zdecydowanie ograniczyć te niebezpieczne wyprawy, obojętnie jak bardzo by nie kochał przygód. Doskonale rozumiałam jego żyłkę awanturnika, ale odkąd stał się się głową nowej rodziny, a jego dziecko musiałoby się wychowywać bez ojca, spirala nienawiści tylko coraz bardziej by się nakręcała. Miałam cudowną rodzinę, ale dobrze wiedziałam, czym jest ból niemożności poznania swojego biologicznego rodzica.
- To niezwykle zajmujące - szepnęłam wdychając zapach ciepłego wieczoru, który niósł ze sobą zapach róż i fiołków - myśleć tylko o drugiej osobie, prawda?
- Tak - przyznała. Mimo wszystko, częściowo ją i rozumiałam. Przecież z całego serca kochałam swoją rodzinę, nawet jeśli los nie postawił na mojej drodze chłopca, z którym chciałabym spędzić resztę życia. W marzeniach ów wybranek był dzielnym rycerzem na srokatym koniu, ale mi raczej było nieśpieszno. Zresztą, sama byłam zajęta raczej sprawami gildii, daleko od rodziny.
***
- No, ja już idę - oznajmiła Miruś, kiedy już odprowadziła mnie niemal pod samą furtkę. - Zaraz mam pociąg, więc muszę uciekać. Dasz sobie radę ze wszystkim?
- Jasne, dzięki za wszystko. Pozdrów tam wszystkich, dobrze? - przytuliłam mocno przyjaciółkę. Ta po chwili oddaliła się, a ja stałam jeszcze przez chwilę nieruchomo, słuchając jej lekkich kroków. Celowo przyjechała na tydzień, by nieco mi pomóc, za co też byłam jej ogromna wdzięczna, musiała jednak już wracać do rodziny, gdzie zostawiła męża i malutkie dziecko. Sami nie potrafią zawiązać sobie nawet butów!
Ostrożnie unosząc nogę, by nie zahaczyć o próg, weszłam do domu, gdzie powitało mnie wesołe szczekanie Akamaru.
- Idziemy do gildii? - ukucnęłam, a lisek wpadł w moje ramiona. Zaczęłam gładzić jego aksamitną sierść, a po ruchach stworzonka wywnioskowałam, że zapalczywie macha ogonkiem. - No to w drogę!
Weszłam tylko szybko w głąb mieszkania, lawirując, by nie natknąć się na żadne przeszkody. Aku warczał ostrzegawczo za każdym razem, gdy byłam bliska wpadnięcia na coś - wzięłam jedno z ciasteczek czekoladowych upieczonych przez bratową i narzuciłam na siebie cieńszą kurtkę.
Nieco niepewnie wyszłam na brukowaną ulicę - po tygodniu chodzenia z Mir pod ramię, dość ciężko było mi się przestawić na samodzielne wędrówki, nawet jeśli Aku dreptał tuż obok moich nóg. Całe szczęście, mieszkałam w cichej, spokojnej okolicy, gdzie ryzyko wpadnięcia na kogoś było doprawdy znikome.
Niestety, stało się - całkowicie pochłonięta rozmyśleniami o tym, co takiego smacznego można by upichcić w gildii, nie słyszałam korków drugiej osoby. Oczywiście, wyższej ode mnie, więc tylko odbiłam się i cofnęłam o parę kroków. Dosłownie parę kroków od siedzimy Blue Pegasus, jak też wywnioskowałam - jak mieć moje szczęście, to mieć je porządnie!
- Przepraszam! - złożyłam dłonie. - Nie zauwa... znaczy, przepraszam, nie wiedziałam, że ktoś idzie! Nic ci nie jest? Wszystko w porządku?
Miałam nadzieję, że chociaż mówię w dobrą stronę...
< Shin~? >
Ilość słów: 1317
Mag Klasy S - Shirley Madelyn Tarumi
Szczęście jest jak ciastko - bez smaku, gdy łykamy je za szybko.
Shirley Madelyn Tarumi
Wiek: Dziewczynie dane już było zobaczyć, jak dziewiętnaście razy zakwitają chabry na okolicznych łąkach i jak śnieg dziewiętnaście razy pokrywa świat grubą, białą pierzyną. Tyleż samo razy była świadkiem, jak anioły z farby przeznaczonej na malowanie nieba w czasie wschodu i zachodu słońca barwią liście na ciepłe, jasne kolory i jak złote łany zboża szumią cicho na łąkach. Widziała dziewiętnaście równonocy wiosennych - na świat przyszła własnie w jedną z nich, otwierając miodowe oczy po raz pierwszy, kiedy to promienie słońca zaczęły swój nowy taniec.
Płeć: Kobieta, co do tego nie ma żadnych wątpliwości
Orientacja: Hetero, choć kocha dosłownie cały świat - od wróbelka, który przysiadł na rynnie, po pierwszy krokus w śniegu, aż po swoich bliskich, za których wskoczyłaby w ogień
Związek: Poza swoimi ciastkami? Raczej nikogo takiego nie ma, jest zbyt nieśmiała w kontaktach z płcią przeciwną. Nie pomagają jej również mało przyjemne doświadczenia z dawnym przyjacielem w roli głównej - choć nie stroni od kontaktów, gdy dochodzi do czulszych gestów, wycofuje się możliwie delikatnie.
Gildia: Blue Pegasus. Choć wydawałoby się, że Shir zginie w całym tym chaosie, niemal od początku jej serce zapałało szczerą miłością do całej gildii - i członków, i cały ten rozgardiasz. Traktuje tam wszystkich jak swoją rodzinę i najlepszych przyjaciół, choć często ma wrażenie, że jest krok za wszystkimi - jak sama jednak mówi, dzięki temu może łapać każdego, który będzie potrzebował oparcia.
Znak gildii: Prawe ramię, parę centymetrów nad łokciem - chciała umieścić błękitny znak tak, by był dobrze widoczny dla wszystkich. "Należę do was przede wszystkim sercem, ale chcę, by każdy wiedział, skąd pochodzi Shireley Madelyn Tarumi. Z najwspanialszej gildii na świecie - Blue Pegasus".
Doświadczenie: Elita
~ ilość punktów: 19.000;
~ punkty "Świętego Maga": 20.
Typ magii: Shirley znana jest wszystkim jako dziewoja w gruncie rzeczy sympatyczna i pomocna, jednak nieprzydatna w starciu ze względu na jej magię telepatii, której używa raczej do komunikowania się z ludźmi, co bardzo ułatwia jej życie. Dlatego trudno się dziwić, iż w mieście, szczególnie wśród mieszkańców, którzy ze słyszenia kojarzą Shirley - jej przybycie do gildii na początku było przyczyną wielu plotek i oporów - twierdzą, iż mistrz gildii przygarnął ją raczej z litości, być może chcąc spłacić komuś dawną przysługę. Mało kto zna jednak główny rodzaj magii dziewczyny, sama bowiem nie lubi o niej mówić, a na bezpośrednie pytania, odpowiada możliwe zdawkowo, usiłując zmienić temat - dawno, dawno temu, poznała bowiem magię Historii Trupów, którą sama uważa za coś strasznego - co nie zmienia faktu, iż opanowała ją perfekcyjnie. Nie pamięta nawet, kto ją tego nauczył - jak przez mgłę widzi tylko ciepły, łagodny uśmiech. Być może należący do jej biologicznego ojca...?
Trzeci typ magii Shirley zdołała opanować stosunkowo niedawno, bo tuż po zdobyciu rangi maga S - zawzięła się srogo na treningi, by móc dobrze radzić sobie w walce, co nie było łatwe - zarówno przez pacyfistyczny charakter dziewczyny, jak i jej ślepotę, która wykluczała wiele typów magii. Ostatecznie jednak, choć z dużym trudem i kosztem wielu godzin wyczerpujących treningów, zdołała przyswoić sobie tajniki Magii Przejęcia. Nie zdołała jednak przekonać się ani do goszczenia w swoim ciele ani demonów, ani innych potworów, skupiła się zatem na zwierzętach - na chwilę obecną, jest w stanie przemienić się zarówno częściowo, jak i całkowicie w dużego, podobnego wyglądem do sokoła ptaka, błękitnego tygrysa, rybę (choć najczęściej korzysta z syreniej formy, dzięki czemu ma wolne ręce), a także w ogromnego węża. Gdy zatem staje do walki i przyjmuje postać danego zwierzęcia, wyostrzają się jej zmysły, głównie słuchu i węchu, zależy od danego gatunku - bardzo przydatna jest też działająca wówczas na pełnych obrotach magia telepatii, która pozwala jej dekoncentrować i lokalizować przeciwników.
Ilość klejnotów: 400.000
Sterujący: Ayame
Płeć: Kobieta, co do tego nie ma żadnych wątpliwości
Orientacja: Hetero, choć kocha dosłownie cały świat - od wróbelka, który przysiadł na rynnie, po pierwszy krokus w śniegu, aż po swoich bliskich, za których wskoczyłaby w ogień
Związek: Poza swoimi ciastkami? Raczej nikogo takiego nie ma, jest zbyt nieśmiała w kontaktach z płcią przeciwną. Nie pomagają jej również mało przyjemne doświadczenia z dawnym przyjacielem w roli głównej - choć nie stroni od kontaktów, gdy dochodzi do czulszych gestów, wycofuje się możliwie delikatnie.
Gildia: Blue Pegasus. Choć wydawałoby się, że Shir zginie w całym tym chaosie, niemal od początku jej serce zapałało szczerą miłością do całej gildii - i członków, i cały ten rozgardiasz. Traktuje tam wszystkich jak swoją rodzinę i najlepszych przyjaciół, choć często ma wrażenie, że jest krok za wszystkimi - jak sama jednak mówi, dzięki temu może łapać każdego, który będzie potrzebował oparcia.
Znak gildii: Prawe ramię, parę centymetrów nad łokciem - chciała umieścić błękitny znak tak, by był dobrze widoczny dla wszystkich. "Należę do was przede wszystkim sercem, ale chcę, by każdy wiedział, skąd pochodzi Shireley Madelyn Tarumi. Z najwspanialszej gildii na świecie - Blue Pegasus".
Doświadczenie: Elita
~ ilość punktów: 19.000;
~ punkty "Świętego Maga": 20.
Typ magii: Shirley znana jest wszystkim jako dziewoja w gruncie rzeczy sympatyczna i pomocna, jednak nieprzydatna w starciu ze względu na jej magię telepatii, której używa raczej do komunikowania się z ludźmi, co bardzo ułatwia jej życie. Dlatego trudno się dziwić, iż w mieście, szczególnie wśród mieszkańców, którzy ze słyszenia kojarzą Shirley - jej przybycie do gildii na początku było przyczyną wielu plotek i oporów - twierdzą, iż mistrz gildii przygarnął ją raczej z litości, być może chcąc spłacić komuś dawną przysługę. Mało kto zna jednak główny rodzaj magii dziewczyny, sama bowiem nie lubi o niej mówić, a na bezpośrednie pytania, odpowiada możliwe zdawkowo, usiłując zmienić temat - dawno, dawno temu, poznała bowiem magię Historii Trupów, którą sama uważa za coś strasznego - co nie zmienia faktu, iż opanowała ją perfekcyjnie. Nie pamięta nawet, kto ją tego nauczył - jak przez mgłę widzi tylko ciepły, łagodny uśmiech. Być może należący do jej biologicznego ojca...?
Trzeci typ magii Shirley zdołała opanować stosunkowo niedawno, bo tuż po zdobyciu rangi maga S - zawzięła się srogo na treningi, by móc dobrze radzić sobie w walce, co nie było łatwe - zarówno przez pacyfistyczny charakter dziewczyny, jak i jej ślepotę, która wykluczała wiele typów magii. Ostatecznie jednak, choć z dużym trudem i kosztem wielu godzin wyczerpujących treningów, zdołała przyswoić sobie tajniki Magii Przejęcia. Nie zdołała jednak przekonać się ani do goszczenia w swoim ciele ani demonów, ani innych potworów, skupiła się zatem na zwierzętach - na chwilę obecną, jest w stanie przemienić się zarówno częściowo, jak i całkowicie w dużego, podobnego wyglądem do sokoła ptaka, błękitnego tygrysa, rybę (choć najczęściej korzysta z syreniej formy, dzięki czemu ma wolne ręce), a także w ogromnego węża. Gdy zatem staje do walki i przyjmuje postać danego zwierzęcia, wyostrzają się jej zmysły, głównie słuchu i węchu, zależy od danego gatunku - bardzo przydatna jest też działająca wówczas na pełnych obrotach magia telepatii, która pozwala jej dekoncentrować i lokalizować przeciwników.
Ilość klejnotów: 400.000
Sterujący: Ayame
Charakter
Jaka jest Shirley? Bliscy dziewczynie ludzie zazwyczaj określają ją jako zadziwiająco pogodną i wytrzymałą - trzeba przyznać, że sporo w tym prawdy. Z jej twarzy praktycznie nigdy nie schodzi ciepły, łagodny uśmiech, którym to uwielbia dzielić się z innymi. Pomimo wszelkich napotkanych w życiu trudności, a może właśnie i dzięki nim, mało co jest w stanie ją złamać lub wyprowadzić ją z równowagi. Znana jako oaza spokoju, nigdy nie podnosi na nikogo głosu i nierzadko już brała udział w rozwiązywaniu sporów jako mediator. Dąży do pokojowych rozwiązań, szuka złotych środków, które zadowolą wszystkie strony. Pomimo delikatnej aparycji i spokojnego charakteru, nie daje sobie wejść na głowę, ma plany i ambicje, do których zawzięcie dąży. Równocześnie jednak, nie uznaje zdobywania celu metodą "pójścia po trupach", jeśli uznaje, że dane rozwiązanie może skończyć się krzywdą dla zbyt wielu osób, szuka innych możliwości. Obiektywna i cierpliwa, zawsze gotowa do wysłuchania każdej ze stron, szybko zapomina o urazach i rzadko kiedy żywi do kogokolwiek nienawiść. Jest jednak przeciwniczką brutalnych rozwiązań i ma raczej nadzieję na to, że pewnego dnia świat znajdzie jakoś wspólny język dzięki pokojowym rozmowom. Uparta, ale nie zadziorna - woli raczej pozostawać bardziej w cieniu, unika kłótni i hałaśliwego stylu życia, z racji swojej nieśmiałej natury, rzadko kiedy stara się o bycie w centrum uwagi, chyba że otacza ją grono przyjaciół. Ciężko pracuje, by osiągnąć swoje cele, zawsze daje z siebie wszystko i nie używa wymówek takich jak zmęczenie czy lenistwo.
Wychowywana w duchu rodzinnych tradycji, do których to jest niezwykle przywiązana. Większości rzeczy nauczyła się od dziadzia, a także ojca, obaj zaś wyznawali stare wartości, które to przekazali i jej. Nawet jeśli są jej przyszywaną rodziną, dziewczyna jest do nich niezwykle przywiązana.
Empatyczna i wrażliwa, z sercem na dłoni - pomoże zawsze i wszędzie, nie zwraca uwagi na pochodzenie czy zamiary innych, jeśli wymagają pomocy, udzieli im jej od razu. Bliscy Shirley często mawiają, iż można z niej czytać jak z otwartej księgi, nie ukrywa swoich emocji, jednak te negatywne trzyma na wodzy. Określana nie raz i nie dwa jako urocza, szczególnie przez przedstawicieli płci przeciwnej, sama jednak zdaje się tego nie zauważać - nie w głowie jej romanse, skupiona raczej jest na rozwijaniu pasji i ukochanej gildii.
Ma bardzo dużo pokładów energii i wyobraźni. Ciągle wpada na nowe pomysły, którymi to często dzieli się podczas pogawędek z przyjaciółmi lub wieczornych dyskusji z dziadziem nad kubkiem parującej czekolady - tęskni za czasami, gdy mogli robić to codziennie twarzą w twarz. Swoją kreatywność nauczyła się wykorzystywać już od dziecka - najpierw uwalniała ją w formie zamków z piasku i małych opowiastek, dziś w formie wierszy. Opiekuńcza i troskliwa, szczególnie o rodzinę - te dwie cechy szczególnie mocno łączą ją z bratem.
Marzycielka z głową w chmurach - nigdy praktycznie nie schodzi na ziemię, nawet gdy chodzi można odnieść wrażenie, że zaraz odleci w stronę nieba. Równocześnie, ma całkiem rozwinięty zmysł praktyczny i jest niezłą organizatorką - wszystko to rujnuje jednak przykra przywara, jaką jest jej zapominalstwo, bywa też leniwa - choć gdy już raz zabierze się za pracę, mało kto dorówna jej tempu, ślepota w niczym jej nie przeszkadza - znakomicie wykształciła sobie zmysł słuchu, na którym polega w głównej mierze.
Nieśmiała z niej duszyczka, która rzadko kiedy zaczyna rozmowę, kiedy już jednak dyskusja schodzi na interesujące ją tematy, mało kto jest w stanie ją przegadać. Przywykła do życia w gronie rodziny, ciężko jej wychodzić odważnie do nieznajomych, na początkach znajomości można ją poznać raczej jako wycofaną i cichą... no, zazwyczaj. Kiedy nawiąże już z kimś głębsze relacje, staje się wyjątkowo rozgadana i trajkocze wesoło przez kilka godzin chociażby o perłowej barwie kwiatów wiśni. Romantyczna z niej duszyczka, która kocha marzyć. Często dzieli się swoimi przemyśleniami i, nieświadomie, zdarza jej się najzwyczajniej w świecie zanudzać ludzi bardzo długimi wywodami na tematy iście z kosmosu. Nietuzinkowa i wesoła, co jednak często odkrywa się w dalszych etapach znajomości z nią, ma tysiące pomysłów i przemyśleń, nad którymi to uwielbia się rozwodzić.
Inteligentna, szybko łączy fakty, "dodając dwa do dwóch", logiczne myślenie jest jej mocną stroną - uwielbia dumać nad zagadkami maści wszelakiej. Po poznaniu zespołu, dobrze wychodzi jej praca w grupach, jednak rzadko kiedy chce zajmować stanowisko lidera, woli raczej wykonywać swoją część, żywo i uczestnicząc w dyskusjach.
W kilku słowach podsumowania - Shirley to spokojna, ale wesoła dziewczyna, która umie się otworzyć dopiero po pewnym czasie. Kiedy już komuś jednak zaufa, odda za tę osobę życie i nigdy nie zwątpi w jej słowa. I, wbrew pozorom, potrafi być bardzo żywiołową gadułą.
Wychowywana w duchu rodzinnych tradycji, do których to jest niezwykle przywiązana. Większości rzeczy nauczyła się od dziadzia, a także ojca, obaj zaś wyznawali stare wartości, które to przekazali i jej. Nawet jeśli są jej przyszywaną rodziną, dziewczyna jest do nich niezwykle przywiązana.
Empatyczna i wrażliwa, z sercem na dłoni - pomoże zawsze i wszędzie, nie zwraca uwagi na pochodzenie czy zamiary innych, jeśli wymagają pomocy, udzieli im jej od razu. Bliscy Shirley często mawiają, iż można z niej czytać jak z otwartej księgi, nie ukrywa swoich emocji, jednak te negatywne trzyma na wodzy. Określana nie raz i nie dwa jako urocza, szczególnie przez przedstawicieli płci przeciwnej, sama jednak zdaje się tego nie zauważać - nie w głowie jej romanse, skupiona raczej jest na rozwijaniu pasji i ukochanej gildii.
Ma bardzo dużo pokładów energii i wyobraźni. Ciągle wpada na nowe pomysły, którymi to często dzieli się podczas pogawędek z przyjaciółmi lub wieczornych dyskusji z dziadziem nad kubkiem parującej czekolady - tęskni za czasami, gdy mogli robić to codziennie twarzą w twarz. Swoją kreatywność nauczyła się wykorzystywać już od dziecka - najpierw uwalniała ją w formie zamków z piasku i małych opowiastek, dziś w formie wierszy. Opiekuńcza i troskliwa, szczególnie o rodzinę - te dwie cechy szczególnie mocno łączą ją z bratem.
Marzycielka z głową w chmurach - nigdy praktycznie nie schodzi na ziemię, nawet gdy chodzi można odnieść wrażenie, że zaraz odleci w stronę nieba. Równocześnie, ma całkiem rozwinięty zmysł praktyczny i jest niezłą organizatorką - wszystko to rujnuje jednak przykra przywara, jaką jest jej zapominalstwo, bywa też leniwa - choć gdy już raz zabierze się za pracę, mało kto dorówna jej tempu, ślepota w niczym jej nie przeszkadza - znakomicie wykształciła sobie zmysł słuchu, na którym polega w głównej mierze.
Nieśmiała z niej duszyczka, która rzadko kiedy zaczyna rozmowę, kiedy już jednak dyskusja schodzi na interesujące ją tematy, mało kto jest w stanie ją przegadać. Przywykła do życia w gronie rodziny, ciężko jej wychodzić odważnie do nieznajomych, na początkach znajomości można ją poznać raczej jako wycofaną i cichą... no, zazwyczaj. Kiedy nawiąże już z kimś głębsze relacje, staje się wyjątkowo rozgadana i trajkocze wesoło przez kilka godzin chociażby o perłowej barwie kwiatów wiśni. Romantyczna z niej duszyczka, która kocha marzyć. Często dzieli się swoimi przemyśleniami i, nieświadomie, zdarza jej się najzwyczajniej w świecie zanudzać ludzi bardzo długimi wywodami na tematy iście z kosmosu. Nietuzinkowa i wesoła, co jednak często odkrywa się w dalszych etapach znajomości z nią, ma tysiące pomysłów i przemyśleń, nad którymi to uwielbia się rozwodzić.
Inteligentna, szybko łączy fakty, "dodając dwa do dwóch", logiczne myślenie jest jej mocną stroną - uwielbia dumać nad zagadkami maści wszelakiej. Po poznaniu zespołu, dobrze wychodzi jej praca w grupach, jednak rzadko kiedy chce zajmować stanowisko lidera, woli raczej wykonywać swoją część, żywo i uczestnicząc w dyskusjach.
W kilku słowach podsumowania - Shirley to spokojna, ale wesoła dziewczyna, która umie się otworzyć dopiero po pewnym czasie. Kiedy już komuś jednak zaufa, odda za tę osobę życie i nigdy nie zwątpi w jej słowa. I, wbrew pozorom, potrafi być bardzo żywiołową gadułą.
Towarzysz
Historia
Losy, jakie spotkały Shirley w ciągu pierwszych lat jej życia, osnute są mgłą tajemnicy, przez które dziewczyna nigdy nie zdołała się przedrzeć - czy to zaklęciami, czy to rozpytywaniem ludzi w niemal wszystkich zakątkach miast, w których bywała. Wiadomo jedynie, iż jej matka, prawdopodobnie będąca druidką, zginęła od strzały wystrzelonej z łuku nieznajomego napastnika, który zdążył zbiec zaraz po dokonaniu zbrodni. Nieprzytomne i pozbawione pamięci, kilkuletnie dziecko, znalezione przez Horacego, cudem odratowane, zostało i przez niego przygarnięte. Znając jedynie imię dziecka, mężczyzna uszanował ostatnie słowa jej rodzicielki i tak ją ochrzcił, dał jej jednak drugie imię, a także zaakceptował jako córkę, dzięki czemu została włączona w poczet rodu Tarumi.
Rodzina ciepło przyjęła małą, nawet jeśli nikt nie wiedział zupełnie nic ani o niej samej, ani o jej ojcu czy matce. Po kilku miesiącach wzmożone zainteresowanie postacią dziewczyny ucichło, a wszyscy mieszkańcy wioski traktowali Shirley jako swojaka, zaś ani Horacy, ani nikt z jego rodziny, nigdy nie dał odczuć dziewczynie, że do nich nie należy. Przeciwnie, Małą od najmłodszych lat otoczono ciepłem ogniska domowego, w co szczególnie zaangażowana była Lily. Jak można się więc domyślić, życie podrzutka przebiegało naprawdę szczęśliwie - rozwijała się zdrowo i prędko, a dziadzio cieszył się, że znalazł w przybranej wnusi zapowiedź na porządną magiczkę. Dni w Chatce Ech mijały ciepło i szczęśliwie - tak, jak w każdej rodzinie winny przebiegać. Całodzienne zabawy z bratem i rówieśnikami z wioski, mocne, acz delikatne dłonie ojca sadzającego córkę na kolana wieczorami, świeżo upieczone ciasto babci, opowieści dziadka, ciepły pocałunek matki - cudowny lek na stłuczone kolano, wspólne posiłki, praca w domu czy też nauka - wszystko to definiowało to, z czego składało się życie Shirley.
Cień na rodzinę Tarumi padł, kiedy to dziewczynka wchodziła w swoją dwunastą wiosnę - wtem to, w chłodny, jesienny wieczór, jeden z pierwszych tego roku, ostatnie tchnienie wydaje Lily, resztką sił wydając na świat córkę, nazwaną po matce - Lilianne. Krótko później, być może częściowo z wyniku szoku po stracie jedynej córki, umiera seniorka chatki. Dom, znany z gwaru i wesołego rozgardiaszu, nagle tonie w ciszy i apatii, tonąc niczym rozbitek na morzu, który nie ma nawet sił wyciągnąć ręki na ratunek. Zdaje się, że wszyscy domownicy zostali pozbawieni dusz, które uniosły się w górę razem z ostatnim tchem zmarłej. Jakby ktoś zgasił ognisko, które od zawsze rozgrzewało ściany chatki, do tej pory przecież tak otwartej, niemal pękającej z radości.
Nie wiadomo, co właściwie przełamało to wszystko. Może to była pierwsza próba raczkowania małej Lilianne. Patrząc na nieudolne próby córki, której życie zostało przecież okupione życiem najukochańszej małżonki, Horacy przysiadł i zaczął bawić się z latoroślą - pierwszy raz zauważając jej istnienie, odkąd przyszła na świat. I tak stopniowo zaczęło być lepiej. Śmiech Shirley, kiedy obserwowała "ganianego" rodzeństwa, Michael opowiadający pierwsze nieśmiałe żarty i opowieści, ojciec strugający w kącie zabawki dla dzieci - życie powoli znowu zaczynało toczyć się swoim rytmem. Opornie, jakby od niechcenia, ale stopniowo nabierając tempa, by już po kilku zakrętach zacząć podskakiwać wesoło pomimo napotykanych wyboi. W międzyczasie, Will, chłopiec znany z łobuzerskiego usposobienia, staje się mężczyzną i bierze sobie żonę, a Horacy błogosławi ich związek. Krótko później, na świat przychodzi mały Andy. Shirley coraz śmielej zaczyna kreślić swoje przyszłe plany, coraz dobitniej dociera też do niej, że być może jej los nie będzie na zawsze związany z tą maleńką wioską, która przecież stanowiła dla niej cały świat. Siadając wieczorami w kącie, głaszcząc aksamitną sierść liska, patrzyła w okno, na ścianę drzew, która stała się dla niej murem. Powoli zaczynała jednak godzić się ze świadomością, że coś woła ją do siebie, a głos ten dobiega gdzieś z oddali, bardzo, bardzo daleko od jej gniazda, jej bezpiecznej przystani. Od zawsze była przekonana, że, nawet jeśli jest podrzutkiem, spotka ją taki sam los, jak wszystkie inne dziewczęta - nauczy się wszystkich rzeczy potrzebnych żonie, znajdzie dobrego męża, zamieszka w zbudowanej przez niego chatce, urodzi mu dzieci, a potem doczeka się wnucząt. Stworzy rodzinę, stworzy nowy krąg życia, by w ten sposób odpłacić się ludziom, którzy ją wychowali. Chciała opanować zwykłą, pomocną w codziennym życiu magię, by uszczęśliwić dziadzia. Nauczyć się piec ciasto równie dobre, co jej babcia, a także wyszyć mnóstwo serwetek i pościeli. Stworzyć dobrą, ciepłą atmosferę w swoim przyszłym domu. Która dziewczyna o tym by nie marzyła?
Do tej pory doskonale pamięta dzień, kiedy obwieściła rodzinie, że wyrusza w podróż. Nie wie, gdzie, nie wie, po co, nie wie, kiedy wróci, czy wróci. Wie tylko, że wyrusza. Dzisiaj, zaraz, nieodwołalnie. Bo musi. O dziwo, na twarzy rodziny dostrzegła tylko smutny uśmiech. Pierwszy odezwał się ojciec. Mówiąc tylko krótkie "Niech ci Bóg błogosławi na drodze, córko", zamyka Shirley w niedźwiedzim uścisku. Żegna ją brat, jego żona i syn, dziadek, siostra. Z każdym długo rozmawia. Je ostatni obiad, który osobiście przyrządza. Mięso dzika, upolowanego przez ojca, pieczony rano chleb, trochę fasoli z ogrodu, sok z porzeczek - dziewczyna do tej pory doskonale pamięta smak i zapach tego wszystkiego.
Wyruszyła po południu, nie zwracając uwagi na porę. Z małym zawiniątkiem zaczęła wędrować, mając przy boku Akamaru. Najpierw wędrowała tylko po okolicznych lasach, wsiach. Potem dotarła do miasteczek, z każdym dniem coraz bardziej oddalając się od domu. Po jakimś czasie, idąc zakrętami i licznymi wybojami, trafiła w końcu pod skrzydła mistrza Boba - do gildii Blue Pegasus.
Szuka czegoś, czego powinna. Czego chce.
Rodzina ciepło przyjęła małą, nawet jeśli nikt nie wiedział zupełnie nic ani o niej samej, ani o jej ojcu czy matce. Po kilku miesiącach wzmożone zainteresowanie postacią dziewczyny ucichło, a wszyscy mieszkańcy wioski traktowali Shirley jako swojaka, zaś ani Horacy, ani nikt z jego rodziny, nigdy nie dał odczuć dziewczynie, że do nich nie należy. Przeciwnie, Małą od najmłodszych lat otoczono ciepłem ogniska domowego, w co szczególnie zaangażowana była Lily. Jak można się więc domyślić, życie podrzutka przebiegało naprawdę szczęśliwie - rozwijała się zdrowo i prędko, a dziadzio cieszył się, że znalazł w przybranej wnusi zapowiedź na porządną magiczkę. Dni w Chatce Ech mijały ciepło i szczęśliwie - tak, jak w każdej rodzinie winny przebiegać. Całodzienne zabawy z bratem i rówieśnikami z wioski, mocne, acz delikatne dłonie ojca sadzającego córkę na kolana wieczorami, świeżo upieczone ciasto babci, opowieści dziadka, ciepły pocałunek matki - cudowny lek na stłuczone kolano, wspólne posiłki, praca w domu czy też nauka - wszystko to definiowało to, z czego składało się życie Shirley.
Cień na rodzinę Tarumi padł, kiedy to dziewczynka wchodziła w swoją dwunastą wiosnę - wtem to, w chłodny, jesienny wieczór, jeden z pierwszych tego roku, ostatnie tchnienie wydaje Lily, resztką sił wydając na świat córkę, nazwaną po matce - Lilianne. Krótko później, być może częściowo z wyniku szoku po stracie jedynej córki, umiera seniorka chatki. Dom, znany z gwaru i wesołego rozgardiaszu, nagle tonie w ciszy i apatii, tonąc niczym rozbitek na morzu, który nie ma nawet sił wyciągnąć ręki na ratunek. Zdaje się, że wszyscy domownicy zostali pozbawieni dusz, które uniosły się w górę razem z ostatnim tchem zmarłej. Jakby ktoś zgasił ognisko, które od zawsze rozgrzewało ściany chatki, do tej pory przecież tak otwartej, niemal pękającej z radości.
Nie wiadomo, co właściwie przełamało to wszystko. Może to była pierwsza próba raczkowania małej Lilianne. Patrząc na nieudolne próby córki, której życie zostało przecież okupione życiem najukochańszej małżonki, Horacy przysiadł i zaczął bawić się z latoroślą - pierwszy raz zauważając jej istnienie, odkąd przyszła na świat. I tak stopniowo zaczęło być lepiej. Śmiech Shirley, kiedy obserwowała "ganianego" rodzeństwa, Michael opowiadający pierwsze nieśmiałe żarty i opowieści, ojciec strugający w kącie zabawki dla dzieci - życie powoli znowu zaczynało toczyć się swoim rytmem. Opornie, jakby od niechcenia, ale stopniowo nabierając tempa, by już po kilku zakrętach zacząć podskakiwać wesoło pomimo napotykanych wyboi. W międzyczasie, Will, chłopiec znany z łobuzerskiego usposobienia, staje się mężczyzną i bierze sobie żonę, a Horacy błogosławi ich związek. Krótko później, na świat przychodzi mały Andy. Shirley coraz śmielej zaczyna kreślić swoje przyszłe plany, coraz dobitniej dociera też do niej, że być może jej los nie będzie na zawsze związany z tą maleńką wioską, która przecież stanowiła dla niej cały świat. Siadając wieczorami w kącie, głaszcząc aksamitną sierść liska, patrzyła w okno, na ścianę drzew, która stała się dla niej murem. Powoli zaczynała jednak godzić się ze świadomością, że coś woła ją do siebie, a głos ten dobiega gdzieś z oddali, bardzo, bardzo daleko od jej gniazda, jej bezpiecznej przystani. Od zawsze była przekonana, że, nawet jeśli jest podrzutkiem, spotka ją taki sam los, jak wszystkie inne dziewczęta - nauczy się wszystkich rzeczy potrzebnych żonie, znajdzie dobrego męża, zamieszka w zbudowanej przez niego chatce, urodzi mu dzieci, a potem doczeka się wnucząt. Stworzy rodzinę, stworzy nowy krąg życia, by w ten sposób odpłacić się ludziom, którzy ją wychowali. Chciała opanować zwykłą, pomocną w codziennym życiu magię, by uszczęśliwić dziadzia. Nauczyć się piec ciasto równie dobre, co jej babcia, a także wyszyć mnóstwo serwetek i pościeli. Stworzyć dobrą, ciepłą atmosferę w swoim przyszłym domu. Która dziewczyna o tym by nie marzyła?
Do tej pory doskonale pamięta dzień, kiedy obwieściła rodzinie, że wyrusza w podróż. Nie wie, gdzie, nie wie, po co, nie wie, kiedy wróci, czy wróci. Wie tylko, że wyrusza. Dzisiaj, zaraz, nieodwołalnie. Bo musi. O dziwo, na twarzy rodziny dostrzegła tylko smutny uśmiech. Pierwszy odezwał się ojciec. Mówiąc tylko krótkie "Niech ci Bóg błogosławi na drodze, córko", zamyka Shirley w niedźwiedzim uścisku. Żegna ją brat, jego żona i syn, dziadek, siostra. Z każdym długo rozmawia. Je ostatni obiad, który osobiście przyrządza. Mięso dzika, upolowanego przez ojca, pieczony rano chleb, trochę fasoli z ogrodu, sok z porzeczek - dziewczyna do tej pory doskonale pamięta smak i zapach tego wszystkiego.
Wyruszyła po południu, nie zwracając uwagi na porę. Z małym zawiniątkiem zaczęła wędrować, mając przy boku Akamaru. Najpierw wędrowała tylko po okolicznych lasach, wsiach. Potem dotarła do miasteczek, z każdym dniem coraz bardziej oddalając się od domu. Po jakimś czasie, idąc zakrętami i licznymi wybojami, trafiła w końcu pod skrzydła mistrza Boba - do gildii Blue Pegasus.
Szuka czegoś, czego powinna. Czego chce.
Inne/ciekawostki
- Pierwsze imię otrzymała od biologicznej matki, kiedy to umierająca kobieta wcisnęła dosłownie małą Horacego, wraz z ostatnim tchem wypowiadając imię dziecka. Drugie natomiast po serdecznej przyjaciółce przybranej matki, która jest dla niej jak ciocia-dobra wróżka - zawsze może się niej zwrócić i zapytać o radę. W domu nazywana bywa często Misią lub Maleństwem, w gronie znajomych jest natomiast znana po prostu jako Shir.
- O nazwisku: Tarumi, stary, niegdyś powszechnie znany i szanowany ród, który dziś już praktycznie zniknął - Shirley jest jedną z jego ostatnich przedstawicielek, a, jako kobieta, ma małe szanse na przekazanie nazwiska swojemu potomkowi. Tym bardziej, że jest tylko przyszywaną członkinią klanu Tarumi, choć, jak twierdzi ojciec, ma wszystkie cechy, które każdy prawowity potomek rodu Tarumi mieć powinien. Silnie przywiązany do tradycji, a równocześnie otwarty - choć wcześniej jego członkowie słynęli z wielu znamienitych wojowników, teraz prowadzi małą kawiarenkę - "Shiroi Tsuki - Tarumi", w której serwują pyszną kawę.
- Z domu wyniosła nawyk oszczędzania pieniędzy na czarną godzinę - stara się nie marnować ich na głupoty, w czym pomaga fakt, że sama pracuje na chleb - a żarłok z niej przedni, to prawda dawno objawiona, choć nikt nadal nie znalazł odpowiedzi na frapujące wszystkich pytanie, jak to wszystko mieści się w drobnym ciele dziewczyny.
- Szybko się uczy, często wystarczy jej choćby raz przeczytać lub usłyszeć dany tekst, aby go zapamiętać. Ma też znakomitą pamięć do ludzi, zarówno twarzy i imion, jak i całych sytuacji oraz rozmów, wyzwaniem są dla niej jednak krótkie formułki - złudna nadzieja, że zapamięta listę zakupów.
- Często przygarnia zwierzęta na krótki okres czasu, szczególnie te chore: kiedy je wyleczy, od razu wypuszcza na wolność. Obcowanie z różnymi gatunkami, pomaga jej poznać ich zwyczaje, a co za tym idzie - rozwija swoje pasje, żywo interesuje się bowiem biologią.
- Bardzo dobrze moduluje głos. Kiedy jest sama, lubi ogrywać monologi lub scenki z udziałem wielu osób, grając równocześnie wszystkie. Lubi też śpiewać, acz wstydzi się swojego głosu i robi to tylko w zaciszu, kiedy jest pewna, że żaden człowiek jej nie usłyszy.
- Kiedy miała pięć lat, wylała na siebie gorącą wodę, czego śladem jej blizna na ramieniu.
- Po kawie robi się senna.
- Kiedy się denerwuje, lubi zawiązywać supełki - oby tylko mieć czymś zajęte palce.
- Woli asymetryczność, nie przepada, kiedy wszystko jest idealnie uporządkowane.
- Urodzona idealistka i optymistka, wyraża to szczególnie poprzez swoje obrazy.
- Bardzo dobrze gotuje, jej specjalnością są łakocie, kocha też smażyć naleśniki. W gildii często coś pichci dla członków, od czasu do czasu lubi też sobie poeksperymentować - z różnym skutkiem.
- Panicznie wręcz boi się małych, zamkniętych przestrzeni - jej terenem naturalnym są łąki, wrzosowiska czy też lasy.
- Jest ślepa - nie od urodzenia, odkąd skończyła dziesięć lat, kryje się za tym ponura historia, z którą się raczej nie obnosi - zamieszany jest w nią dawny najlepszy przyjaciel Shirley.
- Ma awersję do magów lodu
- Ma całkiem pokaźną rodzinkę:
przybrany ojciec Horacy - mąż postawny, o mocnej aparycji, tubalnym głosie, spracowanych dłoniach drwala i gołębim sercu. Pochodzi ze znamienitego rodu, acz, w przeciwieństwie do licznej męskiej części rodzeństwa, wolał zająć się kawiarnią, niż nauką sztuki wojennej i szermierki. Córeczka jest jego oczkiem w głowie, oddałby życie za nią bez wahania życie. On właśnie nauczył ją wszystkiego, co sam wie o co lasach i zwierzętach w nim żyjących, a gdy wracał z pracy, od czasu do czasu przynosił ze sobą odratowane stworzenia, takie jak jeże czy myszy, z rzadka też sarenki. Raz nawet przyniósł młodego liska, z którym to Shirley żyje aż po dziś dzień.
przybrana matka Lily - złota kobieta, która samym uśmiechem potrafiła sprawić, że słońce zaczęło jaśniej świecić, a trawa stawała się zieleńsza. Traktowała Shirley jak swoją własną córkę, zmarła jednak po narodzinach szóstego dziecka - Lilianne.
przybrany dziadzio Halt - siwiuteńki staruszek, liczący już sobie półtora wieku. Podręcznikowy przykład maga, który całe życie poświęcił na studiowanie tajników tego, czym jego rodzina zajmowała się od pokoleń - magii. Na dzień dzisiejszy zajmuje się jednak głownie wnuczętami, którym to często wieczorami opowiada historie "ze starego świata", ubarwiając swe bajki dymnymi postaciami, które tworzy za pomocą magii.
przybrana babcia Pauline - zeszła z tego świata jako starowinka kilka wiosen temu. Zapamiętana jako wyprostowana, dumna i pracowita do końca życia, na pierwszy rzut oka nieco surowa, troszczyła się jednak o bliskich z całego serca. Nauczyła Shirley tkactwa i haftowania, a także sztuki gotowania. Młode lata przeżyła w mieście, dopiero po ślubie przeniosła się na skraj lasu, gdzie też urodziła córkę.
przybrany starszy brat Will - mężczyzna liczy sobie już niemal dwadzieścia dziewięć wiosen, zdążył znaleźć żonę, zbudować dom, zasadzić drzewo i spłodzić syna, który na chwilę obecną liczy sobie trzy lata. Will, pomimo bycia wzorową głową całej rodziny, przykładnym mężem i troskliwym ojcem, zachował też w sobie coś z dziecka.
starsza, przybrana siostra Marianne - zdecydowana i pewna siebie dwudziestotrzyletnia dziewczyna o ciętym języku i uporze godnym osła - do owego zwierzęcia często porównywana jest przez Michaela. Obecnie rzadko przebywa w domu, studiuje tajniki medycyny pod okiem jednak z najlepszych lekarek tego stulecia, dlatego rzadko kiedy wraca do domu - zazwyczaj jakieś dwa-trzy razy do roku
starszy, przybrany brat Magnus - kompletne przeciwieństwo siostry - "Brat, dostała po prostu jaja, które powinieneś mieć ty...", jak często mawia Michael. Pomimo faktu bycia bliźniętami, poza bardzo podobnym wyglądem z Marianne, chłopak to dwudziestotrzyletnia ciamajda, która najchętniej nigdy nie wychodziłaby z bezpiecznego kąta. Wyjątkowo kiepsko dogadują się z Michaelem, który to uważa starszego brata za słabeusza. Magnus również opuścił już rodzinny dom i słuch o nim praktycznie zaginął - krążą słuchy, że zaciągnął się do jednej z mrocznych gildii.
młodszy, przybrany brat Michael - osiemnastoletni śmieszek rodzinny, znany ze swoich licznych uszczypliwości względem bliskich mu osób, sypie żarcikami jak z rękawa, nawet jeśli przez obce osoby określany jest jako zamknięta w sobie, aspołeczna osoba. Z całego rodzeństwa, to on najlepiej dogaduje się z Shirley, którą to nazywa pieszczotliwie Pysią. Ma dar do snucia opowieści, szczególnie upodobał sobie te z dreszczykiem.
młodszy, przybrany brat Daiki - dziesięcioletnie żywe srebro, które skacze z jednego kąta w kąt i nigdy nie przestaje mówić. Razem z najmłodszą Lilianne są promykami całej rodziny - młody kocha zwierzęta i wszystko, co żyje, znany jest ze znoszenia do domu stworzeń maści wszelakiej, od mrówek, przez żaby, aż po sarny.
przybrana młodsza siostra Lilianne - uroczy, niewinny aniołek liczący sobie siedem przepięknych wiosen. Przyrównywana nieraz do matki, do której z każdym dniem staje się coraz bardziej podobna - nie tylko z wyglądu. Jest promyczkiem całej rodziny, a jej śmiech często budzi do życia całą drewnianą chatkę.
"prawie bratowa" Miriam - niewiasta o oczach jak morze i mlecznej skórze, która słynęła w całej wiosce ze swojej urody. Nieco leniwa i roztrzepana, ale i kochana, stara się jak tylko może, by zyskać miano przykładnej gospodyni. Pomimo, że zdążyła już powić dziecko, wciąż zostało w niej coś z małej dziewczynki.
"prawie bratanek" Andy - dziecko żywotne, zdrowie i słodkie - Shirley kocha wręcz się nim zajmować. Kiedy wraca do domu i odwiedza brata, często zabiera jego syna na przechadzki do lasu i pokazuje mu pulsujące tam życie.
nieznana matka - zginęła od strzały wypuszczonej z tajemniczej ręki, sprawca nigdy nie został odnaleziony. Utraciła dużo krwi, gdy, już ze strzała wbitą w bok, uciekała jak najdalej, znacząc krwią pokaźną trasę. Przybyła zapewne z zachodu, w okolicznych wioskach przez jakiś czas jej śmierć i domysły, dla których tu przybyła, były głównym tematem rozmów w tawernach. Przypuszcza się, iż przybyła ze wschodu - być może z puszczy, gdzie żyją druidki...
nieznany ojciec - Shirley nie wie niczego na jego temat, podejrzewa jedynie, iż mógł być magiem jednej z mrocznych gildii. Kiedy wędruje po różnych państwach, często rozgląda się w poszukiwaniu znajomej twarzy - jest przekonana, że kiedy go zobaczy, coś przecież poczuje.
- Ma silne łaskotki praktycznie na całym ciele.
- Od dłuższego czasu utrzymuje stały, listowny kontakt z rodziną, od czasu do czasu ktoś - głównie Michael - wpadnie też się z nią zobaczyć.
Nazywana nieraz niziołkiem - mierzy sobie bowiem zaledwie 155 centymetrów. Ów niski wzrost i drobna budowa są często powodem, przez który ludzie mylą ją z dzieckiem.
- Ma słabość do słodyczy.
- O nazwisku: Tarumi, stary, niegdyś powszechnie znany i szanowany ród, który dziś już praktycznie zniknął - Shirley jest jedną z jego ostatnich przedstawicielek, a, jako kobieta, ma małe szanse na przekazanie nazwiska swojemu potomkowi. Tym bardziej, że jest tylko przyszywaną członkinią klanu Tarumi, choć, jak twierdzi ojciec, ma wszystkie cechy, które każdy prawowity potomek rodu Tarumi mieć powinien. Silnie przywiązany do tradycji, a równocześnie otwarty - choć wcześniej jego członkowie słynęli z wielu znamienitych wojowników, teraz prowadzi małą kawiarenkę - "Shiroi Tsuki - Tarumi", w której serwują pyszną kawę.
- Z domu wyniosła nawyk oszczędzania pieniędzy na czarną godzinę - stara się nie marnować ich na głupoty, w czym pomaga fakt, że sama pracuje na chleb - a żarłok z niej przedni, to prawda dawno objawiona, choć nikt nadal nie znalazł odpowiedzi na frapujące wszystkich pytanie, jak to wszystko mieści się w drobnym ciele dziewczyny.
- Szybko się uczy, często wystarczy jej choćby raz przeczytać lub usłyszeć dany tekst, aby go zapamiętać. Ma też znakomitą pamięć do ludzi, zarówno twarzy i imion, jak i całych sytuacji oraz rozmów, wyzwaniem są dla niej jednak krótkie formułki - złudna nadzieja, że zapamięta listę zakupów.
- Często przygarnia zwierzęta na krótki okres czasu, szczególnie te chore: kiedy je wyleczy, od razu wypuszcza na wolność. Obcowanie z różnymi gatunkami, pomaga jej poznać ich zwyczaje, a co za tym idzie - rozwija swoje pasje, żywo interesuje się bowiem biologią.
- Bardzo dobrze moduluje głos. Kiedy jest sama, lubi ogrywać monologi lub scenki z udziałem wielu osób, grając równocześnie wszystkie. Lubi też śpiewać, acz wstydzi się swojego głosu i robi to tylko w zaciszu, kiedy jest pewna, że żaden człowiek jej nie usłyszy.
- Kiedy miała pięć lat, wylała na siebie gorącą wodę, czego śladem jej blizna na ramieniu.
- Po kawie robi się senna.
- Kiedy się denerwuje, lubi zawiązywać supełki - oby tylko mieć czymś zajęte palce.
- Woli asymetryczność, nie przepada, kiedy wszystko jest idealnie uporządkowane.
- Urodzona idealistka i optymistka, wyraża to szczególnie poprzez swoje obrazy.
- Bardzo dobrze gotuje, jej specjalnością są łakocie, kocha też smażyć naleśniki. W gildii często coś pichci dla członków, od czasu do czasu lubi też sobie poeksperymentować - z różnym skutkiem.
- Panicznie wręcz boi się małych, zamkniętych przestrzeni - jej terenem naturalnym są łąki, wrzosowiska czy też lasy.
- Jest ślepa - nie od urodzenia, odkąd skończyła dziesięć lat, kryje się za tym ponura historia, z którą się raczej nie obnosi - zamieszany jest w nią dawny najlepszy przyjaciel Shirley.
- Ma awersję do magów lodu
- Ma całkiem pokaźną rodzinkę:
przybrany ojciec Horacy - mąż postawny, o mocnej aparycji, tubalnym głosie, spracowanych dłoniach drwala i gołębim sercu. Pochodzi ze znamienitego rodu, acz, w przeciwieństwie do licznej męskiej części rodzeństwa, wolał zająć się kawiarnią, niż nauką sztuki wojennej i szermierki. Córeczka jest jego oczkiem w głowie, oddałby życie za nią bez wahania życie. On właśnie nauczył ją wszystkiego, co sam wie o co lasach i zwierzętach w nim żyjących, a gdy wracał z pracy, od czasu do czasu przynosił ze sobą odratowane stworzenia, takie jak jeże czy myszy, z rzadka też sarenki. Raz nawet przyniósł młodego liska, z którym to Shirley żyje aż po dziś dzień.
przybrana matka Lily - złota kobieta, która samym uśmiechem potrafiła sprawić, że słońce zaczęło jaśniej świecić, a trawa stawała się zieleńsza. Traktowała Shirley jak swoją własną córkę, zmarła jednak po narodzinach szóstego dziecka - Lilianne.
przybrany dziadzio Halt - siwiuteńki staruszek, liczący już sobie półtora wieku. Podręcznikowy przykład maga, który całe życie poświęcił na studiowanie tajników tego, czym jego rodzina zajmowała się od pokoleń - magii. Na dzień dzisiejszy zajmuje się jednak głownie wnuczętami, którym to często wieczorami opowiada historie "ze starego świata", ubarwiając swe bajki dymnymi postaciami, które tworzy za pomocą magii.
przybrana babcia Pauline - zeszła z tego świata jako starowinka kilka wiosen temu. Zapamiętana jako wyprostowana, dumna i pracowita do końca życia, na pierwszy rzut oka nieco surowa, troszczyła się jednak o bliskich z całego serca. Nauczyła Shirley tkactwa i haftowania, a także sztuki gotowania. Młode lata przeżyła w mieście, dopiero po ślubie przeniosła się na skraj lasu, gdzie też urodziła córkę.
przybrany starszy brat Will - mężczyzna liczy sobie już niemal dwadzieścia dziewięć wiosen, zdążył znaleźć żonę, zbudować dom, zasadzić drzewo i spłodzić syna, który na chwilę obecną liczy sobie trzy lata. Will, pomimo bycia wzorową głową całej rodziny, przykładnym mężem i troskliwym ojcem, zachował też w sobie coś z dziecka.
starsza, przybrana siostra Marianne - zdecydowana i pewna siebie dwudziestotrzyletnia dziewczyna o ciętym języku i uporze godnym osła - do owego zwierzęcia często porównywana jest przez Michaela. Obecnie rzadko przebywa w domu, studiuje tajniki medycyny pod okiem jednak z najlepszych lekarek tego stulecia, dlatego rzadko kiedy wraca do domu - zazwyczaj jakieś dwa-trzy razy do roku
starszy, przybrany brat Magnus - kompletne przeciwieństwo siostry - "Brat, dostała po prostu jaja, które powinieneś mieć ty...", jak często mawia Michael. Pomimo faktu bycia bliźniętami, poza bardzo podobnym wyglądem z Marianne, chłopak to dwudziestotrzyletnia ciamajda, która najchętniej nigdy nie wychodziłaby z bezpiecznego kąta. Wyjątkowo kiepsko dogadują się z Michaelem, który to uważa starszego brata za słabeusza. Magnus również opuścił już rodzinny dom i słuch o nim praktycznie zaginął - krążą słuchy, że zaciągnął się do jednej z mrocznych gildii.
młodszy, przybrany brat Michael - osiemnastoletni śmieszek rodzinny, znany ze swoich licznych uszczypliwości względem bliskich mu osób, sypie żarcikami jak z rękawa, nawet jeśli przez obce osoby określany jest jako zamknięta w sobie, aspołeczna osoba. Z całego rodzeństwa, to on najlepiej dogaduje się z Shirley, którą to nazywa pieszczotliwie Pysią. Ma dar do snucia opowieści, szczególnie upodobał sobie te z dreszczykiem.
młodszy, przybrany brat Daiki - dziesięcioletnie żywe srebro, które skacze z jednego kąta w kąt i nigdy nie przestaje mówić. Razem z najmłodszą Lilianne są promykami całej rodziny - młody kocha zwierzęta i wszystko, co żyje, znany jest ze znoszenia do domu stworzeń maści wszelakiej, od mrówek, przez żaby, aż po sarny.
przybrana młodsza siostra Lilianne - uroczy, niewinny aniołek liczący sobie siedem przepięknych wiosen. Przyrównywana nieraz do matki, do której z każdym dniem staje się coraz bardziej podobna - nie tylko z wyglądu. Jest promyczkiem całej rodziny, a jej śmiech często budzi do życia całą drewnianą chatkę.
"prawie bratowa" Miriam - niewiasta o oczach jak morze i mlecznej skórze, która słynęła w całej wiosce ze swojej urody. Nieco leniwa i roztrzepana, ale i kochana, stara się jak tylko może, by zyskać miano przykładnej gospodyni. Pomimo, że zdążyła już powić dziecko, wciąż zostało w niej coś z małej dziewczynki.
"prawie bratanek" Andy - dziecko żywotne, zdrowie i słodkie - Shirley kocha wręcz się nim zajmować. Kiedy wraca do domu i odwiedza brata, często zabiera jego syna na przechadzki do lasu i pokazuje mu pulsujące tam życie.
nieznana matka - zginęła od strzały wypuszczonej z tajemniczej ręki, sprawca nigdy nie został odnaleziony. Utraciła dużo krwi, gdy, już ze strzała wbitą w bok, uciekała jak najdalej, znacząc krwią pokaźną trasę. Przybyła zapewne z zachodu, w okolicznych wioskach przez jakiś czas jej śmierć i domysły, dla których tu przybyła, były głównym tematem rozmów w tawernach. Przypuszcza się, iż przybyła ze wschodu - być może z puszczy, gdzie żyją druidki...
nieznany ojciec - Shirley nie wie niczego na jego temat, podejrzewa jedynie, iż mógł być magiem jednej z mrocznych gildii. Kiedy wędruje po różnych państwach, często rozgląda się w poszukiwaniu znajomej twarzy - jest przekonana, że kiedy go zobaczy, coś przecież poczuje.
- Ma silne łaskotki praktycznie na całym ciele.
- Od dłuższego czasu utrzymuje stały, listowny kontakt z rodziną, od czasu do czasu ktoś - głównie Michael - wpadnie też się z nią zobaczyć.
Nazywana nieraz niziołkiem - mierzy sobie bowiem zaledwie 155 centymetrów. Ów niski wzrost i drobna budowa są często powodem, przez który ludzie mylą ją z dzieckiem.
- Ma słabość do słodyczy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
