Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Angelo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Angelo. Pokaż wszystkie posty

12 mar 2019

Od Angelo

Karczma była wyludniona, cicha, wypełniona mrokiem, sunącym się po niewypastowanym klepisku jak czarny skłębiony dym. Blade, migotliwe światło świec pulsowało jedynie w dwóch miejscach: przy szynkwasie i zajętym przez kogoś stoliku w najciemniejszym kącie izby. Za oknami wiatr wył przeszywająco, napastliwie wdzierał się przez szpary w deskach, niekiedy przejmował nagłym chłodem, wywołując niemiłe dreszcze. Nieszczelne okna chybotały w ramach, gałęzie kołyszących się miarowo drzew stukały w szyby jak głodni, strudzeni wędrowcy, a ciemności ziejące z okien wydawały się tak gęste, jakby za nimi znajdowała się jedynie wyjąca pustką otchłań.
Drgnąłem nieznacznie, gdy wielki, opasły szczur przedreptał żywo tuż obok mojego buta, popiskując cicho, trwożnie, ledwie słyszalnie tuptając szybkimi łapkami. Leżący na szynkwasie gruby kot uchylił jedną powiekę, poruszył gęstymi wąsami, ziewną leniwie, ponownie zamknął oczy, zwinął się w nieco ciaśniejszą kulkę, by odegnać snujący się po izbie chłód, czepliwy jak żebrak, dający się we znaki jak nieproszony gość.
 - Głupi kocur - mruknął właściciel, z dezaprobatą spoglądając na śpiące na kontuarze zwierzę. Westchnął rozdzierająco, lekko zatarł spracowane ręce, usiadł ciężko na swoim miejscu za blatem. Był stosunkowo młodym mężczyzną, ale obszerne, krzaczaste brwi i mars na twarzy dodawały mu lat, podobnie jak wyświechtane odzienie i tląca się w zębach fajka.
 - Utuczyłeś go tak, że to prawdziwy cud, że jeszcze się rusza, Arno - z rozbawieniem pogładziłem kota po grzbiecie. Po izbie rozeszło się głośne mruczenie, a pazury, raz po raz wyciągane i chowane, czepiały się pokrytego niewielkimi drzazgami blatu. - Nie oczekuj, że z taką tuszą upoluje kanarka bez skrzydeł.
Właściciel naburmuszył się, stęknął coś niezrozumiale pod nosem, machnął niecierpliwie ręką. Fajka niemalże wypadł mu z ust, gdy rozdziawił je, słysząc wicher uderzający o okna, walący głucho w ściany, kołyszący drzewami na zewnątrz z taką siłą, że kora skrzypiała złowróżbnie, a gałęzie, wyszarpywane i gruchotane o siebie, trzaskały głośniej niż ogień w małym piecyku, ustawionym w kącie. Ciepła dawał tak niewiele, że gdyby w nim nie palić, nikt z obecnych nie poczułby różnicy.
Nie planowałem zatrzymywać się tej nocy w oberży. Zmusiły mnie do tego okoliczności, a mianowicie - srożąca się nawałnica i gwałtowny deszcz. Teraz co prawda przestało lać, a przynajmniej nie padało na tyle obficie, by słychać było krople wody trzaskające o gonty. Mimo to na dworze wciąż panowała niezła zawierucha, pierwsza taka od bardzo dawna. Arno starał się nie dać tego po sobie poznać, ale widziałem, że aż dygotał ze strachu, by jego nędzna chudoba nie została przypadkiem zdmuchnięta z powierzchni ziemi. Szczerze mówiąc, rozumiałem jego niepokój. Ściany, choć solidne, zdawały się z trudem opierać się wiatrowi, uderzającego w nie z, można by pomyśleć, mocą rozpędzonego taranu. Bardziej martwił mnie jednak dach. Był stary, lichy, do tego w dwóch miejscach nieszczelny, co sygnalizowały ustawione pod dziurami misy na wodę. Za każdym razem, gdy Arno unosił oczy ku sufitowi, wyglądał, jakby bał się, że wiatr zaraz zedrze mu go znad głowy.
 - Opowiedziałbyś, co ciekawego słychać w świecie. Do nas, na prowincję, wieści zawsze docierają późno... poza tym markotno tak siedzieć w ciszy.
 - Szczerze powiedziawszy, sam nic nie wiem - wyznałem, uśmiechając się przepraszająco. - Dawno nie byłem w żadnym dużym mieście, nie mam wieści od znajomych, w gildii również nie widziano mnie dawno. Od miesiąca jedynie tłukę się po bezdrożach, wypełniam misje, gdyż terminy gonią, a sakiewka wymaga uzupełnienia. Nie mam ostatnio czasu na plotki, miałem więc nadzieję, że od was dowiem się czegoś ciekawego.
Arno podrapał się po brodzie, która zachrzęściła nieprzyjemnie. Zmarszczył brwi, co oznaczało, że zastanawia się nad czymś intensywnie. Rudozłoty płomień świecy oświetlał jego twarz zimną, bladą łuną.
 - Słyszałem co nieco tylko o incydencie we Fiore, ostatnio to dość głośny temat, przejezdni czasem o nim rozprawiają, wiem też co nieco. Podobno kilka dni temu podobno doszło do utarczki między kimś z Szablozębnych a magiem z Raven Tail, miało to miejsce w jednej z wiosek nieopodal stolicy. Podobno któryś z nich został ciężko ranny, sprawa jest głośna, bo do pojedynku doszło przy świadkach, poza tym są całkiem spore zniszczenia... coś obiło mi się też o uszy, że sprawą tą interesuje się sama Rada.
Uśmiechnąłem się tajemniczo.
 - O tym akurat wiem. Byłem wtedy we Fiore. Powiem nawet więcej, nie tylko we Fiore, ale również we wiosce, o której mówisz.
 - I co? Rzeczywiście doszło tam do jakiejś bójki? Plotki są prawdziwe choć w niewielkim stopniu? - zapytał bez większego zainteresowania, zaniepokojonym wzrokiem błądząc po dawno nieodnawianych ścianach przybytku. Woda rytmicznie zaczęła spadać urywanym wodospadem do dwóch naczyń jednocześnie, deszcz wściekle zabębnił o gonty, grom huknął, a jaskrawe światło na chwilę oślepiająco rozświetliło całe pomieszczenie.
 - W zasadzie tak. Tyle że zniszczenia nie są aż tak poważnie - ucierpiał bruk, ale żadna to szkoda, bo i tak nie był w najlepszym stanie. Poza tym ten mag z Szablozębnych nie został ciężko ranny, jedynie... lekko poturbowany, kilka dni i stanie na nogi. Zresztą nie rozumiem, skąd cały ten szum, bo i ów mag, to nie była żadna figura, jedynie jakiś nikomu nieznany rekrut, podlotek, oszołomiony tym, że w ogóle dostał się do jakiejś gildii. Tacy uwielbiają prowokować, wydaje im się, że już ją sławnymi na cały Eatrhland nieśmiertelnymi arcymagami, co zwykle naiwnie starają się udowodnić każdej napotkanej osobie, zwykle ku własnej zgubie.
Arno oderwał wzrok od ścian, przyjrzał mi się uważnie. Milczał chwilę, bacznie włócząc po mnie swoimi dociekliwymi, żółtymi oczyma.
 - Widziałaś tę bitkę na własne oczy, skoroś taki pewny? - zapytał powoli.
 - Widziałem.
 - A może brałeś też w niej udział?
 - Ależ nie - zaoponowałem słodko. - Skąd ten pomysł?
 - Angelo.
 - Hm?
 - Coś ty zrobił temu młokosowi?
Uśmiechnąłem się nader niewinnie.
 - Nie wiem, o czym mówisz.
Arno wypluł fajkę, zazgrzytał zębami, nachylił się przez kontuar, ku niezadowoleniu kota, nagle gniecionego jego szerokim torsem.
 - A n g e l o.
 - Nic mu nie zrobiłem - zapewniłem aksamitnie, łyskając na niego intensywnie zielonymi oczami. Nieco zaskoczył mnie swoją przenikliwością. Nie sądziłem, że tak szybko powiąże informacje i domyśli się, że maczałem w tym palce. Mimo to nie dałem nic po sobie poznać. - Wierz mi na słowo, nic mu nie będzie. Dostał małą lekcję, to wszystko, kiedyś jeszcze mi podziękuje. Koniec końców, nie stało się nic wielkiego.
Arno zaniemówił na chwilę. Lekko drżały mu ręce, a oczy łypały groźnie - cała ta wichura sprawiła, że przypomniał krzyczący kłębek nerwów.
 - Jak to nic - syknął, po czym zaczął wyliczać na palcach: - Złamałeś prawo, stworzyłeś bezpośrednie zagrożenie dla obywateli, wyrządziłeś krzywdę magowi innej gildii, zniszczyłeś mienie należące do wsi... Jeśli Rada rzeczywiście o tym wie, nie puści tego płazem. Dreyar może mieć przez ciebie poważne kłopoty. Poza tym - szepnął z mocą, powoli, dobitnie - zadzieranie z Sabertooth to szczyt głupoty, ta gildia to nie w kij dmuchał... ktoś może zażądać od ciebie satysfakcji... Wpakowałeś się w niezłą kabałę, kolego.
 - Dramat układasz - zbyłem go.
Arno nic nie odpowiedział, podniósł wzrok na postać, która wychynęła z kąta izby, tego, przy którym szyba stukała najgłośniej, a wiatr gwizdał najbardziej przenikliwie. Podążyłem za jego przykładem.
Dziewczyna była stosunkowo młoda, ubrana z grubsza po podróżnemu i jak uznałem po chwili pobieżnej obserwacji, całkiem przyjemna z aparycji. Jako że pocierała z zimna ręce, uznałem, że zapewne zechce zamówić coś ciepłego do picia. Poza tym wyglądała nader nieszkodliwie, toteż uznałem, że nie ma co specjalnie przejmować się jej obecnością przy szynkwasie.
 - Zresztą, nawet jeśli, to i cóż? - prawiłem dalej wyjątkowo protekcjonalnym tonem, opuściwszy arogancko powieki. - Sabertooth od dawna nie ma w swych szeregach prawdziwych magów; niewielu znalazłoby się tam godnych przeciwników, bo i każdy szanujący się mag już dawno poszukał sobie lepszej gildii, co zresztą jest najzupełniej logiczne, sądząc po tym, co ten napakowany kretyn, Jiemma, ostatnio wyczynia... Mania wielkości uderzyła mu do głowy, zupełnie postradał rozum. Wcale sobie ze sobą nie radzi, nie potrafi pogodzić się z tym, że Sabertooth zostało zdeklasowane w rankingu i ciągle wmawia sobie i całemu światu, że wciąż są niepokonanym i absolutnym hegemonem wśród gildii. Doprawdy, żadna osoba już dawno nie budziła we mnie tyle litości, żaden mag nie stał się ostatnio tak żałosny, cudaczny i paradny - uśmiechnąłem się urągliwie, mrużąc ironicznie oczy. Pozwoliłem, by maska sympatycznego wesołka spędzała z mojej twarzy. Ale tylko na jedną chwilę.

Atalisia? ;D
broń honoru Szablozębnych!XD
Ilość słów: 1314

13 lut 2019

Od Angelo

Wściekły na samego siebie i cały otaczający mnie świat, szybkimi ruchami torowałem sobie drogę przez gęste zarośla, kląć nieelegancko za każdym razem, gdy płaszcz albo torba podróżna zaplątywały mi się w gałęzie. Zdarzało się to ustawicznie, co rusz zatem posyłałem w niebo niewybredną wiązankę, desperacko starając się wyszarpać zahaczoną akurat rzecz ze szponów krzaka czy karłowatego drzewka. Zakładam, że musiało to wyglądać arcyzabawnie.
W końcu, zmęczony i zirytowany ze wszech miar, zaprzestałem na chwilę walki, by rozejrzeć się i wyrównać przyspieszony oddech. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że w tym tempie nie zajdę nigdzie do rana. Odrzuciłem torbę, podparłem się pięściami pod boki i, mrużąc oczy, rozejrzałem się dookoła, starając się ocenić, ile jeszcze drogi musiało zostać mi do przebycia. Niestety, pozwijane i poskręcane niczym sieć gałęzie tworzyły tak ciasne sploty, że z powodzeniem uniemożliwiały mi dostrzeżenie czegokolwiek.
Zgrzytając zębami, kopnąłem najbliższy kamień. Co to był w ogóle za pomysł, żeby iść do gospody Daneta skrótem, do tego niesprawdzonym? Co mnie podkusiło, żeby dać wiarę słowom tej dziewczyny? Och, naiwny Angelo! Jak zwykle zbyt ufny w doskonałe damskie rady. Rady jakoby pozwalające zaoszczędzić tyle czasu i potężnie skrócić drogę.
Spojrzałem w niebo. Było czarne jak smoła, jedynie nieco powyżej końców wystrzępionych i nieregularnych koron drzew dostrzec mogłem blade, nieśmiało mrugające gwiazdy. Sierp księżyca przesłaniały chmury. Gdy obrałem ów skrót, było jeszcze jasno. Oznaczało to, że na nierówne zmagania z czepliwymi gałęziami tutejszych krzaków i meandrowanie wśród blisko siebie rosnących drzew zmarnowałem już kilka godzin.
Westchnąłem rozdzierająco i, nie widząc innego rozwiązania, po chwili ociągania niechętnie wróciłem do torowania sobie drogi do gospody.
~~~***~~~~
- Angelo, to ty? - Danet, ujrzawszy mnie, ryknął śmiechem na całe gardło, zupełnie nie przejmując się tym, że był środek nocy, a jego głośny rechot mógł zakłócić sen gościom śpiącym w sąsiednich izbach. - Co ci się przytrafiło po drodze, biedaku? Wyglądasz jak siedem nieszczęść!
Uśmiechnąłem się. Nie był to miły uśmiech. Obróciłem się w kierunku zawieszonego na ścianie lustra i po chwili przyglądania się samemu sobie, uznałem, że Danet za bardzo się nie pomylił. Buty miałem czarno-brązowe, z czego jeden kolor od drugiego na każdym z butów oddzielała idealnie równa linia. Tak, brązowy kolor tak naprawdę był błotem. Błotem pomieszanym z fragmentami kory, robactwem, maleńkimi kamyczkami i wysuszonymi liśćmi. Moje niegdyś brązowe bryczesy nabyły setki nowych dziurek, najprawdopodobniej w wyniku konfrontacji z cierniami, poza tym były zakurzone tak bardzo, że wyglądały, jakby były szare. Z rąbka płaszcza u dołu z kolei zwisało smętnie kilka nitek; był również potężnie popruty na rękawie i prawie na pasy poszarpany w okolicach lewego kolana. Z torby dyndała jakaś długa, pokryta intensywnie zielonymi listkami gałązka, a moje włosy niczym wieniec laurowy, zdobiła łodyga z małym fioletowym pączkiem. Z niesmakiem wyjąłem ozdobę z włosów.
- Lepiej nawet nie pytaj - zaśmiałem się niewesoło, obracając roślinkę w palcach. Gdy zobaczyłem rozczarowaną, aczkolwiek niemniej rozbawioną minę Daneta, uśmiechnąłem się do niego pogodnie i dodałem po przyjacielsku - No, obiecuję, że ze szczegółami opowiem ci całą historię jutro. Teraz, wystaw sobie, nie mam siły nawet ruszać ustami.
- Ha, niech będzie - Danet posłał mi jeszcze jedno nader rozbawione spojrzenie. Był szczupłym mężczyzną w średnim wieku, o figlarnym spojrzeniu i gęstych brązowych włosach. Zastanawiałem się, czy kiedykolwiek widziałem, by był czymś przygnębiony lub zdenerwowany.
- Pewnie chcesz iść już spać, co? - dodał. - No, dobrze. Twój pokój jak zwykle czeka na ciebie na trzecim piętrze. Gdybyś zapomniał numeru drzwi, masz go wygrawerowanego na kluczyku. Łap - Rzucił mi niewielki przedmiot, który schwyciłem w locie bez większych problemów. - A! Jeszcze jedno! Nie zapomnij rano zejść na dół i zjeść z nami wszystkimi śniadanie. Meri i Will z pewnością bardzo ucieszą się z twojej obecności. I nie waż mi się znikać bez słowa tak jak ostatnim razem!
Podziękowałem solennie i zapewniłem, że oczywiście rano stawię się na stołówce, co uczynię z wielką przyjemnością, a tak poza tym, to nigdzie się jutro nie wybieram, więc będę przez cały dzień do wyłącznie dyspozycji Meri i Willa.
Zwróciłem wzrok ku wielkim drewnianym schodom. Gospodarz minął mnie, zgasił małą lampkę oliwną i poczłapał do siebie. Krótkie dobranoc. Rozległ się cichy trzask zamka. Zostałem sam w portierni wyludnionej, cichej i pogrążonej w ciemnościach. Z pewnością wszyscy lokatorzy prócz mnie od dawna spali w najlepsze. Pomyślałem, że Danet zdobył moją dodatkową sympatię tym, że mimo wszystko postanowił na mnie zaczekać. Powiadomienie go o moim przybyciu listownie kilka dni wcześniej było bez wątpienia jednym z moich najlepszych pomysłów w tym tygodniu.
Bezszelestnie, powoli i w niemal absolutnych ciemnościach wspiąłem się po stromych schodach na trzecie piętro. Deski niekiedy zdradzały moją obecność, poskrzypując złowróżbnie pod ciężarem mojego ciała. Nie potrzebowałem świecy. Drogę znałem na pamięć. Wspinając się, czułem ogromne zmęczenie i stwierdziłem, że chyba od razu po wejściu do pokoju zwalę się na łóżko jak kłoda - w podróżnym stroju i nie rozpakowawszy swojego bagażu. Nie miałem siły na żadną z tych rzeczy.
Dotarłszy pod właściwe drzwi, delikatnie wsunąłem kluczyk w zamek, starając się nie wydawać przy tym zbyt wielu niepotrzebnych odgłosów. Gdy przekręciłem go... okazało się, że drzwi były otwarte. Nacisnąłem więc klamkę i popchnąłem ją lekko. To, co zobaczyłem w środku, sprawiło, że torba wypadła mi z ręki i z hukiem wyrżnęła o podłogę.
Na łóżku - moim łóżku - półsiedziała jakaś białowłosa dziewczyna. Jak gdyby nigdy nic leniwie jeździła brusem po opartym na kolanie ostrzu miecza. Stal syczała nieprzyjemnie z każdym pociągnięciem jej szczupłej dłoni. Gdy ujrzała mnie stojącego w drzwiach, zapewne z przekomiczną miną, brus zatrzymał się na ostrzu wpół pociągnięcia.
- Huh? - Zmarszczyła brwi, ale nie ruszyła się z miejsca - A ty tu czego?
Splotłem ręce na piersi, kompletnie nie interesując się torbą, w której, w wyniku upadku, zrobiła się potężna dziura. Ułamek sekundy później, pchnięta lekko drzwiami, przechyliła się na tę właśnie dziurę, a wszystkie moje drogocenne klamoty zaczęły mnie opuszczać, leniwie zjeżdżając w dół po schodach jak po zjeżdżalni i tworząc przy tym niemożliwy do opisania rewers.
- Tak się niefortunnie składa, że tu mieszkam - stwierdziłem lekko i niefrasobliwie, zabawnie przechylając głowę. - A ty, jeśli można spytać?

Asthi, leniwcze? Bardzo mi przykro, ale masz mi odpisać. Nie obchodzi mnie, że nie masz czasu/weny/życia :> 

Ilość słów: 981

18 sty 2019

Przeoczona Misja


Z racji tego, że ów misja jest z marca, a ja do tej pory nie dałam za nią obiecanej nagrody; podwajam jej stawkę. Ostatecznie Angelo otrzymuje:

- 100.000 klejnotów
- Rangę "Przywódcy" (8k punktów rangi)

Dzięki czemu zyskuje trzecią magię oraz możliwość zostania Magiem Klasy S.
Przepraszam za wszelkie opóźnienia, rok temu blog miał ciężki okres.