Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Atticus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Atticus. Pokaż wszystkie posty

2 lut 2019

Od Atticusa CD Mishabiru



Kiedy jeszcze byłem członkiem grupy cyrkowej, nie raz, nie dwa miałem do czynienia z lokalnymi władzami, którzy nie byli zazwyczaj przychylnie do nas nastawieni. Zazwyczaj zasłaniali się takimi banałami jak zakłócanie ciszy nocnej, naruszanie terenów prywatnych czy matactwa finansowe. Na nic się zdawały wyjaśnienia, prośby czy odwołania do wyższych organów. Wiele miast zakazało wstępu naszej trupie na najbliższe dziesięciolecie, przez co wielokrotnie musieliśmy rozbijać namioty poza ich granicami, co skutkowało mniejszą ilością oglądających.
Czasami też byliśmy aresztowani za nieco poważniejsze zarzuty, takie jak kradzieże czy porwania dzieci, na szczęście jednak zazwyczaj te okazywały się nieprawdą. Pamiętam jednak, jak pewnego dnia jeden z najnowszych członków cyrkowej rodziny, z niewiadomych dotąd powodów rzeczywiście uprowadził młode dziecko z wioski, po którym ślad wszelki zaginął. Po tym incydencie, szef trupy, a także mój swoisty ojciec, gdyż to on zgarnął mnie z ulicy kiedy byłem jeszcze chłopcem, zaczął podchodzić do wszystkich przyjmowanych osób z taką rezerwą, że przez długi czas do naszej rodziny nie dołączał nikt nowy. Potem doszło do wypadku, co niestety zakończyło się zupełnym rozwiązaniem cyrku.
Te właśnie wspomnienia powróciły, kiedy szliśmy do miasta. Ja z przodu, nerwowo trzymając się swoich rzeczy, nieco zaniepokojony losem Nott (a co jeśli to wielobarwne stworzenie coś jej zrobiło? Nigdy bym sobie tego nie wybaczył), ten dziwny, nieco przerażający człowiek za mną, niczym strażnik. Ukradkiem obejrzałem się na niego przez ramię, chcąc zapamiętać jego sylwetkę, gdyby coś mi zrobił. W tej chwili miałem już w głowie wszystkie książki kryminalne, jakie kiedykolwiek przeczytałem. Układałem nawet plan na to, jak się zachować, jeśli rzeczywiście zostanę porwany. Na pewno musiałem pozostawić za sobą jak najwięcej śladów, aby ktoś, kto postanowi mnie szukać, miał jakiś punkt zaczepienia. Po drugie, nie mogłem pozwolić na to, aby ten mężczyzna zabrał mnie do drugiej lokacji, bo stamtąd się już nie wraca. Po trzecie musiałem zdobyć jak najwięcej informacji na temat potencjalnego porywacza. Zapewne dramatyzuję, jak to już mam w zwyczaju, ale lepiej dmuchać na zimne.
— Zabijesz mnie? — spytałem, nadal obserwując siwka za sobą. Ten podniósł nagle głowę, jakbym wyrwał go z zamyślenia. Jego kąciki ust uniosły się delikatnie, jakby przypomniał sobie coś niezwykle zabawnego z odmętów swej przyszłości. Nie odpowiedział od razu, zdawał się ważyć swoje słowa, nim je wypowie.
— Zależy — odpowiedział, lecz złośliwie nic nie dodał. Wypuściłem powietrze przez noc i wyprostowałem się. Miałem zamiar walczyć o swoje.
— Jak to zrobisz, będę walczył. I będę krzyczał!
— Już się boję — Mag przewrócił oczami i zmniejszył odległość między nami, kiedy wkroczyliśmy między pierwsze budynki miasta. Jego ręka powędrowała na moje ramię. Odruchowo zadrżałem, ale on raczej nic sobie z tego nie zrobił.
— Powinni gdzieś tu być — stwierdziłem cicho, rozglądając się wokół. I byli. Nott, tym razem na powrót w kociej formie, syczała z wyższej gałęzi na Ivana, który stopniowo wdrapywał się na jakieś drzewo na małym placu. Wyrwałem się więc młodzieńcowi i podbiegłem do nich, wyciągając ręce w stronę chowańca.
— Chodź tu do mnie, Notty, szybko! — krzyknąłem, nie chcąc, aby to mój towarzysz dorwał się do kota jako pierwszy. Nawet kiedy stworzenie wpadło z gracją w moje ramiona, objąłem je całym sobą, aby nikt nie był w stanie wziąć mojego jedynego, rzeczywistego przyjaciela.

<Misku?>

518 słów

27 sty 2019

Misja 3 - Misja Wulkanu - Atticus

Morska bryza szarpała moje włosy, zmuszając mnie do trzymania wszystkich swoich rzeczy czymkolwiek się dało. Niby decyzja o przepisaniu informacji na temat misji, jaką otrzymałem, do obydwu dzienników, zwłaszcza na pokładzie statku nie należała do najmądrzejszych, ale nie miałem przecież innego wyboru. Zwłaszcza, że gdyby ktoś postanowił się przebudzić, mógłby poczuć się zagubiony w całej tej sytuacji, a na to nie mogłem pozwolić. Kluczowym przecież dla powodzenia akcji było opanowanie. Musieliśmy koniec końców uratować wioski przed wybuchem wulkanu, który to coraz częściej okazywał swą złość i istniało ryzyko, że lada chwila trzęsienia będą najmniejszym z problemów okolicznej ludności. 
— Zbliżamy się do portu — oznajmił kapitan, na co pokiwałem głową, dokończyłem notatki i wcisnąłem swoje rzeczy do torby. Następnie podniosłem się na równe nogi, po czym zmierzyłem wzrokiem wznoszącą się groźne ponad niewielkimi chatynkami górę, z której ściętego szczytu raz po raz uwalniały się smugi czarnego dymu. Dziwne uczucie. Los tych ludzi zależał ode mnie, od podjętych przeze mnie decyzji. Nigdy nie miałem na swoich barkach takiej odpowiedzialności. Co jeśli coś zepsuję? Jestem tylko prostym cyrkowcem, któremu daleko do bohatera, bezinteresownie ratującego świat, swą piersią chroniącego niewinnych przed bestiami. Przez te wszystkie wątpliwości, złapałem się poręczy statku i spojrzałem w ciemną wodę w dole. Zacząłem nawet drżeć i myślałem, czy nie poprosić kogoś innego z gildii, aby zrobił to za mnie, a samemu ukryć się na najbliższy czas w czeluściach mieszkania, kiedy poczułem na swojej ręce czyjąś dłoń. Momentalnie przeniosłem wzrok w to miejsce, gotowy zareagować jak spłoszone zwierzę, kiedy dostrzegłem, że "tajemnicza" ręka należy do mnie. Uśmiechnąłem się, już o wiele spokojniejszy niż wcześniej. Nie jestem przecież sam. A naszej drużynie nawet największe demony nie są straszne.


~*~

— Dobrze, że pan przyszedł, panie Rockefeller, naprawdę jesteśmy panu wdzięczni — Mężczyzna w podeszłym już wieku, który odebrał najpierw Atticusa, a później mnie, gdyż właściciel ciała od razu po zobaczeniu ilości ludzi, jaka na niego czekała, od razu oddał mi kontrolę, z portu wydawał się być za razem zdenerwowany, jak i zadowolony z faktu, że ktoś przyszedł rozwiązać ich sprawę. Towarzyszyło nam jeszcze kilku mieszkańców wioski, którzy mieli za zadanie pilnować, że zostanie nam zapewniona dostateczna ochrona, jeśli nastąpi trzęsienie ziemi. Te podobno wydarzają się ostatnio coraz częściej. Dostrzegłem skutki tego wydarzenia w drodze do domu zarządcy tej mieściny, gdzie miano przedstawić mi wszystkie dotychczas zebrane informacje. Niewielkie, polowe szpitale, gdzie ochotnicy pomagali poszkodowanym mieszkańcom wypełniły moje serce smutkiem, ale też determinacją. Nieważne, że Atticus był zbyt słaby, aby stanąć na wysokości zadania. Ja, Artemis, ocalę tych ludzi od nieuchronnej śmierci w płomieniach, nawet jeśli miałbym zapłacić za to swoim życiem.
— Proszę nie być wdzięcznym, przecież nic nie zrobiłem — odpowiedziałem, unosząc dumnie podbródek. Nie lubiłem, kiedy ludzie przypisywali mi zbyt wcześnie zasługi. Taka była ich jednak natura. Uwielbiali dziękować za wszystko, za każdą, nawet najmniejszą drobnostkę. To właśnie czyniło ich takimi pociesznymi stworzeniami. Zupełnie jak Nott, którego musiałem zostawić w mieszkaniu, gdyż chowaniec nie zniósłby zapewne podróży statkiem zbyt dobrze. 
Tuż przed wejściem do domu, zatrzymałem się i ogarnąłem spojrzeniem całą wioskę, której mieszkańcy zebrali się przed budynkiem, chcąc wyłapać z naszej rozmowy jak najwięcej informacji. Gdy do głowy wpadł mi pewien pomysł, powstrzymałem gestem zarządcę przed wejściem do środka.
— Przejdźmy do konkretów, proszę. Chcę rozwiązać tę sprawę jak najszybciej. Czy wie pan może, czy jakieś znaki pojawiały się przed pierwszymi trzęsieniami ziemi?
Gwar rozległ się momentalnie z wielu ust, będąc tak głośnym, że to teraz starszy mężczyzna musiał podnieść rękę, aby gawiedź uspokoić.
— Cisza, cisza! Dajcie mi przemówić! — Zarządca odchrząknął cicho i oparł się lekko o barierkę, otaczająca ganek domu — O ile pamięć mnie nie myli, ptaki zaczęły spadać z niebios. Uznaliśmy, że to czyjaś magia zaczęła na nie wpływać, jednak gdy je zbadaliśmy, okazało się, że ich żyły są wypełnione dziwnym proszkiem...
— Siarką, panie magu — odezwała się jakaś kobieta. Po jej stroju wywnioskowałem, że pewnie zajmuje się pomaganiem mieszkańcom jako wiejska zielarka czy inna znachorka. Jej słowa jednak sprawiły, że pokiwałem głową, wyciągnąłem z torby dziennik i zacząłem szybko notować kolejne informacje, jakie pojawiały się prawie co chwila, kiedy tylko starzec pozwolił ludziom mówić. Siarka w ciałach zwierząt, lisy rzucające się na ludzi, węże pożerające własne ogony, dziwne symbole na wyciąganych z ziemi warzywach, dziwnie zniekształcone dzieci. Na to miejsce spadło wiele nieszczęść, zarówno naturalnych, jak i nadprzyrodzonych. Niestety, jeśli człowiekowi da się przyzwolenie na spowiadanie ze swoich problemów, z wielką przyjemnością wykorzysta on je, aby zamęczyć kogoś innego wszystkimi troskami. Z tego powodu, przez kolejną godzinę musiałem już udawać, że notuję wszystkie informacje o "sąsiadach, którym się ładniej kury znoszą" czy "niewierne żony, uciekające do lasu na schadzki z kochankami". Wątpiłem, aby te akurat wydarzenia miały jakiekolwiek znaczenie dla sprawy. W pewnym momencie byłem na tyle zirytowany, że zamknąłem z hukiem dziennik i już miałem Frodo, lokalnemu handlarzowi, nakazać się po prostu zamknąć, gdy do naszych uszu dobiegł krzyk dziecka. Poderwałem się z krzesła, jakie żona zarządcy wystawiła specjalnie dla nas gdy zobaczyła, że tak szybko do domu nie wrócimy, a następnie wcisnąłem zeszyt do torby i zbiegłem po niskich schodkach. Po przeciśnięciu się przez tłum, który także postanowił pobiec w tamto miejsce, dobiegłem na tyły jakiegoś gospodarstwa, gdzie na środku trawnika ujrzałem dziewczynkę, mającą co najwyżej dziesięć lat. Klęczała ona w prostej sukience, drżąc i zanosząc się płaczem. Zatrzymałem się w pewnej odległości, nie chcąc, aby ta wystraszyła się, widząc przed sobą kogoś obcego. Pozwoliłem więc podejść do niej najprawdopodobniej matce, gdyż dziecko pozwoliło jej wziąć się w ramiona bez większych problemów.
— Mea — powiedziała kobieta, siląc się na spokój, chociaż całym swoim ciałem pokazywała, jak bardzo niepokoi się o swoje potomstwo — Skarbie mój, co się stało?
— Mamusiu, on tutaj był — wydusiła z siebie Mea, po czym wtuliła wilgotną twarzyczkę w jasne włosy kobiety. Nic więcej nie powiedziała, mimo, że matka próbowała ją do tego skłonić obietnicami słodyczy czy wspólnych wyjść nad morze. Dziewczynka milczała jak zaklęta, prosząc jedynie, aby wrócili do domu. Starzec nakazał kilku osobom z "naszej" ochrony odprowadzić rodzinę, a resztę tłumu rozgonił. Następnie stanął obok mnie, kiedy wpatrywałem się w oddalających ludzi, w zamyśleniu pocierając podbródek.
— Proszę wybaczyć, panie Rockefeller, Mea często mówi, że widzi "złego pana". Dziecko ma dużą wyobraźnię, to nic takiego.
— Mówiła coś więcej na jego temat? — Podszedłem do obiektu, jakiego dojrzałem kątem oka. Zarządca wzruszył ramionami, lecz nie ruszył się z miejsca. Pewnie uznał, że to zwykły kamyk, błyszczący w świetle zachodzącego słońca, lecz nie był w stanie poczuć tego samego, co ja. Wiedziałem, że ta drobna, zielonkawa perła na pewno nie jest ziemskiego pochodzenia. Biła od niej aura magii, starszej niż te wioski. Może została tutaj zrzucona przez te rozgniewane bóstwo? Jak tak, jakie miała ona znaczenie?
— Tylko tyle, że to Ulvi, taki jeden wariat. Ale on od lat ma zakaz wstępu do naszej wioski.
— Zakaz wstępu? Co zrobił? — Podniosłem się z ziemi, schowałem perłę do kieszeni i powróciłem do starca, z którym zaczęliśmy powoli kierować się do jego domu, gdzie miałem mieć zapewniony nocleg. Lepsze to niż spanie pod gołym niebem, z prawdopodobieństwem bycia wciągniętym pod ziemię w czasie kolejnego trzęsienia. Jeszcze raz spojrzałem na złowieszczy wulkan, który teraz wypuszczał z siebie dym, prawie przysłaniający szkarłatne niebo. Od erupcji dzieliło nas dni, godziny, a może i minuty. Oby była to pierwsza opcja.
— Nie wiem czy pan wie, ale tutaj, na wyspie, wierzy się w wiele bóstw, nie to co na kontynencie — Starzec uśmiechnął się przepraszająco, jakbym miał się obrazić po takim niepersonalnym przytyku — Między innymi, do naszego panteonu należy Euroyope, bogini wulkanów i ognia. Ulvi kiedyś należał do jej strażników, ludzi, którzy przynosili ofiary z naszych plonów czy wydobytych surowców, a następnie zrzucali je w świętym rytuale do wnętrza góry. On jednak, co nadal jest dla mnie szokiem, pewnego dnia oszalał i... — Mężczyzna zamilkł na dłuższą chwilę i zatrzymał się na schodach. Jego wzrok uciekł w stronę jakieś zapomnianej ścieżki, na której dalekim końcu dostrzegłem chatę, która pewnie należała do okazalszych w wiosce — Złożył w ofierze swoją żonę i dzieci, a za razem moją siostrę oraz siostrzeńców. Nie mogłem tego puścić bez kary. Nie miałem jednak możliwości skazania go na śmierć, chroniło go w końcu błogosławieństwo bogini! Dlatego zakazałem mu zbliżania się do wioski. Nikt z naszych nie ma prawa podarowania mu chociażby grama jedzenia, nikt nie może mu podać wody, nawet jeśli umierałby z pragnienia. Rozumie pan?
— Oczywiście. I Ulvi mieszkał tam? — Wskazałem podbródkiem na budynek, a starzec skinął smutno głową.
— Tak, tak. Ale teraz nikt nie wie, gdzie mieszka. Może zdechł gdzieś w lesie — mruknął, po czym splunął na ziemię z obrzydzeniem — Niech go rozszarpią ogary Agatosa. Ale niech się pan nim nie przejmuje. Wróć pan do domu, odpocznij, jutro pójdziemy do sąsiedniej wioski, może u nich coś pan więcej znajdzie.
— Ja jeszcze chwilę pochodzę po wiosce — odpowiedziałem i zmusiłem się do uśmiechu. Starzec coś tam mruczał o ochronie, lecz pokazałem mu karty przy swoim pasku, na co pokręcił głową i wszedł do środka. Nie oglądając się już zbytnio za siebie, ruszyłem ciemną ścieżką w stronę opustoszałej budowli, wznoszącej się pomiędzy drzewami. Zarządca miał rację, w domu Ulviego było widać przepych. Zgaduję, że to ludzie, którzy widzieli w nim bóstwo objawione, jak to już bywa z religiami, zbudowali mu ten dom, aby wkupić się w łaski Euroyope. Żałosne. 
Gdy oddaliłem się od domów, ogarnął mnie irracjonalny strach Atticusa. Nie wiedziałem dokładnie, o co osi systemu na początku chodzi, lecz wtedy przypomniało mi się, że chłopak nie przepada zbytnio za ciemnością. Westchnąłem więc i wydobyłem odpowiednią kartę, z której uniósł się niewielki obłoczek energii, rzucający przyjemne niebieskie światło na ścieżkę przed nami.
— Już jest dobrze — powiedziałem do niego, wiedząc, że przynajmniej częściowo mnie słyszy. Po chwili strach zniknął, a ja mogłem już na spokojnie zbliżyć się do domu. Przy pomocy kuli obszedłem dookoła budowlę, szukając jakichkolwiek śladów aktywności kultystów. Doszedłem do wniosku, że zbrukany strażnik bogini, w ramach zemsty, postanowił przyzwać jakiś byt, który pewnie wykorzystał dawny status przywoływacza jak i obecność wulkanu, aby sprowadzić zagładę na tych, którzy "skrzywdzili" Ulviego. Na podstawie własnych badań uznałem, że mam do czynienia z demonem. Siarka w ptakach się zgadzała, śmierć niemowląt, agresja u zwierząt i deformacje węży także. Wystarczyło więc określić dokładniej typ bestii, a potem odprawić odpowiedni rytuał, aby zakończyć tę sprawę. Ku swojemu zdziwieniu jednak nie dostrzegłem żadnych znaków wokół czy we wnętrzu domu, świadczących o albo czyjejś bytności, albo o niedawnym przywoływaniu jakichkolwiek demonów. Niepocieszony, powróciłem na ścieżkę i zatopiłem się w swoich przemyśleniach. Byłem już kilkanaście metrów od tajemniczego obiektu, gdy usłyszałem za sobą chrzęst na żwirowej drodze. Odwróciłem się odruchowo, lecz wtedy po mojej głowie rozlał się ostry ból tuż po tym, jak smukły cień wykonał zamach jakimś podłużnym obiektem. Tracąc przytomność, opadłem na ziemię, twarzą w stronę rzucającego ognistą łunę na niebo wulkanu.


~*~

Przebudzenie nie należało do najprzyjemniejszych. Nie dość, że głowa nadal bolała, tylko w niewielkim stopniu mniej niż wcześniej, to przy próbie wstania, zrozumiałem, że całe moje ciało oplatają ciasne liny. Zamrugałem kilkukrotnie, starając się zignorować krzyki Atticusa i Katyi, która to chyba darła się najgłośniej i wyzywała mnie na czym świat stoi. Jak mogłem być takim idiotą, aby iść w podejrzane miejsca samemu? Czy na pewno nadaję się na obrońcę?
— Zamknij... Się... — wyszeptałem, wodząc spojrzeniem po kamiennym suficie. W pomieszczeniu, w jakim się znajdowałem, było niesamowicie gorąco, a wokół unosił się zapach metalu i skał, podszyty siarką. Półświadomie pomyślałem o wulkanie, lecz uznałem ten fakt za mniej godny uwagi niż ten, że usłyszałem czyjąś rozmowę.
— Jak obiecałem, przynoszę ci w ofierze maga, o wielki Awnasie.
Odpowiedziało mu ogniste skwierczenie, które przerodziło się szybko w ludzki głos, do którego płci nie byłem w stanie dopasować.
— Dobrze więc, Ulvi. Przynieś mi go, a ja spełnię twe żądanie. Jesteś jednak pewien, że chcesz zniszczyć tylko tę wyspę? Nie może...?
— Tylko oni zawinili, wielki Awnasie — Ulvi wszedł w zdanie demonowi, co chyba nie jest dobrą myślą. Przestałem ich słuchać, teraz bardziej skupiając się na uwolnieniu z więzów. Próbowałem się szarpać, postarałem się nawet sięgnąć po karty, lecz tych nie było na miejscu. Czego się innego mogłem spodziewać? Że zostawią mnie z jedną z moich największych broni?
Mężczyzna, który stał przy skraju jakiegoś otworu, odwrócił się w moją stronę, słysząc, że się szarpię. Na jego twarzy pojawił się szeroki, pełen jadu uśmiech.
— To nie ma sensu, Atticusie — powiedział, idąc powoli w moim kierunku. Fakt, że znał moje imię nieco mnie zdziwił, lecz wyjaśniłem to sobie, że pewnie demon wyjawił je, aby jego pionek mógł zabawić się z ofiarą po raz ostatni.
— Artemis. Nazywam się Artemis — odpowiedziałem, kopiąc związanymi nogami, gdy strażnik bogini chwycił je i zaczął ciągnąć mnie w stronę serca wulkanu. Moją odpowiedź skwitował cichym śmiechem, po czym począł mamrotać pod nosem piekielne inkantacje. Nie chciałem dopuścić do siebie myśli, że zginę, jednak z tyłu głowy miałem prawie pewność, że zawiodłem i to przeze mnie ci wszyscy ludzie umrą, pochłonięci przez lawę. Poczułem pieczenie w kącikach oczu, ale także dziwną obłość między palcami. Perła? Skąd ona się tam wzięła?
Nie wiedząc, cóż innego miałbym z obiektem zrobić, zacząłem nim obracać, jakby był swego rodzaju amuletem. W pewnym momencie jednak kulka... Pękła. Ogarnęło mnie dziwne uczucie lekkości, a nim się obejrzałem, liny przeniknęły przez me ciało, a ja znalazłem się na twardej skale. Podniosłem się na przedramionach, zdezorientowany całą tą sytuacją w równym stopniu, jak Ulvi. Mężczyzna jednak nie został wcześniej uderzony w głowę, więc szybko zrozumiał, co się stało i ruszył w moją stronę, dobywając rytualnego noża. Zacząłem już układać palce, aby magią odepchnąć go od siebie, gdy cały nasz system usłyszał głos, którego nie chcieliśmy usłyszeć.
Zajmę się tym.
Rękę zacisnąłem na ostrzu, kiedy te tylko wystrzeliło w stronę mojej szyi. Ciemnoczerwona krew szybko spłynęła po dłoni, ręce, aż ostatecznie zniknęła w jasnym materiale. Podniosłem głowę na strażnika, rzucając mu wzywanie. Wywnioskowałem po jego spojrzeniu wiedział, o co toczyć się będzie walka. Tylko jeden z nas wyjdzie z tego miejsca żywy. Albo ja, albo on.
— Awnasie! Dopomóż mi! — krzyknął Ulvi, cofając się, a co za tym szło, pomagając mi wstać. Potrząsnąłem lekko ciałem, oswajając się z nim po długim czasie przebywania w głębi umysłu i jedynie biernego przyglądania minionym wydarzeniom. Nóż wypuściłem na ziemię, wierząc jedynie w swoje pięści. Nie przejąłem się nawet płomieniami, które pojawiły się po raz kolejny na wezwanie strażnika. Demona także pokonam. Trochę mi to zajmie, lecz na pewno mi się uda.
Perła poruszyła się samoistnie, nieco zatrzęsła, a następnie z jej wnętrza wydobyła się zielonkawa mgła, która wystrzeliła w kierunku Awanasa. Tuż przed dotarciem do ognia, przybrała postać wojownika w świetlistej zbroi. Miecz rycerza przebił centralny punkt demona, przez co ten wydał z siebie przerażający wrzask i zniknął w tonie iskier.
Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, po czym zadałem pierwszy cios w szczękę strażnika. Mężczyzna miał najlepsze lata życia za sobą, więc siła uderzenia posłała go na ścianę groty. Nie zamierzałem jednak przestać. Pchany swoistą satysfakcją, wymierzałem kolejne uderzenia, obserwując, jak głowa Ulviego zaczyna opadać, a on sam był na skraju wytrzymałości. Wtedy nastąpił finał. Chwyciłem go za kołnierz szaty i, mimo jawnego protestu ze strony Artemisa czy Ryo, cisnąłem wybrańca bogini w serce wulkanu w dole. Jeszcze chwilę stałem na brzegu, patrząc, jak jego ciało ogarniają płomienie, a jego nędzny żywot dobiega końca. Nad wyraz chętnie oddałem ciało Atticusowi. Już nie obchodziło mnie, jak stamtąd powróci, co zrobi. Liczyło się jedno. Misja została ukończona.


Ilość słów: 2522

20 sty 2019

Od Atticusa CD Mishabiru

< Poprzednie opowiadanie>

Cofnąłem się, kiedy pewnie walczące ze sobą stworzenia zeskoczyły między nas. Dopiero po chwili dostrzegłem w tej całej plątaninie kolorów rude futro naszego koto-nie-kota, próbującego uciec od tego... czegoś.
— Nott! — krzyknąłem, biegnąc w stronę zwierzaka i wyciągając w jego stronę ręce — Nott, chodź tu do nas! No chodź! — nawoływałem, wiedząc, że muszę uratować tego sierściucha jak najszybciej, bo inaczej Atticus znowu będzie mi to wypominał przez kolejne dni. Nawet nie próbowałem poprosić o pomoc przybysza, który to teraz przyglądał się pogoni z uśmieszkiem na swojej twarzy. Nie wyglądał na kogoś, kto by nawet palcem nie kiwnął, więc postanowiłem oszczędzić sobie niepotrzebnego stresu. Widząc jednak, że zarówno kot, jak i fioletowe stworzenie nie dadzą się tak łatwo złapać, wyciągnąłem pierwszą z brzegu kartę. Nie byłem w rzucaniu czarów tak dobry jak swego rodzaju właściciel ciała, więc zielonkawy blask, jaki wyłonił się z dzierżonego przeze mnie obiektu trafił nieco dalej, niż powinien, ale źdźbła trawy, które nagle w dużym stopniu urosły wystarczyły, aby zwierzęta chociaż na chwilę się zatrzymały. Wtedy dopiero podszedłem do Nott, chwyciłem go za kark mimo kocich protestów, po czym zarzuciłem chowańca na swoje ramiona.
— Zmień się — mruknąłem do niego, już czując, jak kręci mi się w głowie od sierści. W momencie, kiedy zjawiłem się przed rozbawionym magiem, na ręce siedział już nieco większy niż typowo wróbel.
— Mam nadzieję, że podobało ci się przedstawienie — powiedziałem bez cienia uśmiechu na twarzy, wpatrując się w oblicze siwka. Gdybym miał je ocenić, byłoby całkiem pociągające. Gdyby interesowali mnie mężczyźni. 
— Było cudowne — odpowiedział mężczyzna, po czym pochylił się, aby wziąć drugiego ze zwierzaków, który postanowił zostawić przerośniętą trawę w spokoju, na ręce. Coś tam mu powiedział na ucho. Zrobił to jednak tak cicho, że jedyne, co wyłapałem, to imię Ivan. Nie będę oceniał.
— Jak już masz tego swojego zwierzaka, to możesz już nas zostawić w spokoju — Zignorowałem te znaczące uniesienie brwi przybysza, gdy usłyszał moją wypowiedź — Nie szukamy kłopotów i...
Przerwałem, gdy świat przed moimi oczami zawirował. Skrzywiłem się lekko i odwróciłem głowę, aby nie musieć patrzeć na maga. Półświadomie wyłapałem, że ten przesunął się nieco na bok, nie wiem, czy po to, żeby się upewnić, że nic nie kombinuję, czy po to, aby zaspokoić jakieś swoje dziwne potrzeby. Zacisnąłem powieki i zacząłem delikatnie poruszać głową, jakbym chciał w ten sposób opanować zawroty, albo chociaż nieco je zmniejszyć. Wiedziałem jednak, co mam robić. Wziąłem głębszy wdech, wypuściłem powietrze z ust, a zaledwie kilka chwil później Atticus wsunął się na moje miejsce.
— W-Wybacz — wyjąkałem, prostując się gwałtownie i biorąc Nott w swoje ramiona, żeby służyła mi za talizman. Teraz wystarczyło użyć talentu cyrkowca do sprawnego wymigania się z sytuacji, której nawet nie pamiętałem. Przecież to takie proste! 
— Nott... Musiała uciec.. Tak, uciec. Przepraszam, jeśli ci coś zrobiła.

< Miseczko ty moja?>

456 słów, woah

13 sty 2019

Od Atticusa do Mishabiru

Ze wszystkich miejsc w najbliższej dla mnie okolicy preferowałem w największym stopniu łąkę, która rozciągała się przed lasem. Był akurat poranek, temperatura utrzymywała się na znośnym poziomie, dzięki czemu nie musiałem jakoś specjalnie przygotowywać się do wyjścia. Mimo wszystko, kiedy to już parłem dzielnie przed siebie po ziemnej drodze, musiałem okryć się szczelniej czarno-białą chustą, gdy wiatr postanowił złośliwie zerwać się i zacząć szarpać moimi ubraniami. Doszło nawet do tego, że zatrzymałem się na chwilę, przyciągając puste karty oraz torbę z przyborami do piersi, byleby tylko te nie uciekły w siną dal. Przeczekałem największy zryw, po czym podjąłem przed chwilą porzuconą drogę. Głowę uniosłem ku nieco zachmurzonemu niebu, które jednak nie zwiastowało, że jakikolwiek deszcz zniszczy moje plany na ten dzień, o ile dobrze poszczególne obłoki rozpoznawałem, bo jeśli się pomyliłem... Cóż. Dobrze, że mam czymś się okryć.
W pewnym momencie, zszedłem z drogi między nieco niższą trawę w kolorze przyjemnej dla oka zieleni, którą przeczesałem wolną ręką. Na mojej twarzy mimowolnie pojawił się uśmiech. Pozwoliłem sobie nawet na cichy śmiech, niezwykle niewinny, dziecinny wręcz, kiedy źdźbła połaskotały wnętrze mojej dłoni. Zmierzałem w stronę samotnego drzewa, najprawdopodobniej dębu, który rzucał cień na niewielkie, wyrobione już przez moje codzienne wypady, miejsce. Po dotarciu na niewielki pagórek położyłem przybory na ziemi, a sam usiadłem w swoim ulubionym punkcie. Powoli przesunąłem wzrokiem po okolicy, którą można było całkiem dobrze zobaczyć z mojego aktualnego położenia. Długą chwilę wpatrywałem się przed siebie, przysłuchując się kłótni Katyi i Ryo. Mówili w takim tempie, że nie byłem nawet w stanie wyłapać poszczególnych słów. Mimo wszystko, sam fakt, że nie byłem samotny, podniósł mnie na duchu na tyle, że mogłem ułożyć na podkładce czystą kartę. Pierwsze pociągnięcie pędzla naznaczyło ją intensywnie kobaltową barwą, podobną do morskiej otchłani. Kolejne dodało na niebieskim tle jaśniejsze refleksy, jeszcze bardziej upodabniając ją do wody. Następny natomiast...
Kto to jest? Co on tu robi? Artemis wyłapał nieznajomego jako pierwszy, pewnie był współświadomy, aktywny w tej samej chwili, co ja. Spojrzałem w kierunku, z którego dochodził szelest czyichś kroków. Definitywnie, jakiś obcy osobnik manewrował w okolicy drogi, ale nie byłem w stu procentach pewny, czy się na niej znajduje. Szybko sięgnąłem do pasa po wcześniej zrobione karty, samemu nie wiedząc, czy powinienem się bronić czy po prostu uciekać.

<Mishabiru? :v >

375 słów

Mag - Atticus Rockefeller

Long may he regin.

Atticus Rockefeller
Wiek: Zaledwie dwadzieścia lat.
Płeć: Męska zazwyczaj.
Orientacja: Będąc dokładnym, jest biseksualny aromantyczny, lecz aby unikać jakichkolwiek nieporozumień, mówi, że po prostu gra dla obu drużyn.
Związek: Mimo swych stuprocentowych szans na znalezienie partnera, nadal jest samotny.
Gildia: Quatro Cerberus
Znak gildii: Na prawym przedramieniu, bliżej nadgarstka.
Doświadczenie: Ekspert
~ ilość punktów: 6.000
Typ magii: Magia Dark Écriture | Magia Kart | Magia Klonowania
Ilość klejnotów: 115.000
Sterujący: Amicka | hw | Arteyiu | dsc |
Autor grafiki: Atfieldhero
Charakter
Na pierwszy ogień powinno wziąć się Atticusa, z którym można spotkać się najczęściej. Chłopak nie jest częstym gościem jakichkolwiek imprez czy spotkań, o ile te nie wymagają odgórnie jego obecności. Preferuje przebywać w spokojnym zaciszu własnego pokoju, z dala od innych ludzi, spędzając swój czas na pochłanianiu kolejnych ksiąg czy malowaniu, zazwyczaj kart, co pozwala mu ukoić rozbiegane, nierzadko nie należące do niego myśli. Mimo bycia głównym trzonem tak zwanego systemu, nie zarządza nim, ponieważ brak mu zdolności organizatorskich, co może być dziwne, jeśliby spojrzeć przez pryzmat miejsca zamieszkania młodzieńca, w którym trudno znaleźć chociaż niewielki skrawek brudnej przestrzeni. Atticus po prostu nie potrafi przebić się ponad innych ludzi i pomimo wielu prób, gdyż tak łatwo się nie poddaje, jego głos gubi się pośród innych, zarówno w jego wyimaginowanym świecie, do którego często ucieka, jak i tym rzeczywistym. Do obcych podchodzi z nieufnością, przez co trudno nawiązać mu stałe relacje, a co gorsza, utrzymać je. Gdy pozna jednak drugą osobę, staje się niezwykłą przylepą i z dużą dozą prawdopodobieństwa, Atty nie pozostawi osobnika w spokoju, dopóki nie otrzyma wymaganej ilości uwagi czy pieszczot.
Druga osoba, której zadaniem jest kontrolowanie pozostałych osobowości oraz odnajdywaniem w wewnętrznym świecie tych zagubionych, nazywana jest najczęściej przez Atticusa po prostu Artim, chociaż jego pełne imię brzmi Artemis. Ten w kwestii interakcji społecznych różni się od osi systemu tym, że nie przeszkadzają mu spotkania z dużą ilością ludzi, chociaż daleko mu do duszy towarzystwa. Można powiedzieć, że po prostu jest najbardziej pewny ze wszystkich osobowości, przez co to on zazwyczaj prowadzi dyskusje z członkami gildii, ustala sposoby rozwiązywania poszczególnych sytuacji z innymi mieszkańcami ciała, czy po prostu uczęszcza na imprezy, z których Atticus już nie zdołał się wymigać. Nie należy do osób, które łatwo poddają się emocjom, wręcz przeciwnie. Jest niewzruszony niczym latarnia morska po środku wzburzonego morza.
Kolejnymi członkami systemu są Katya i Ryo, para bliźniąt, piastujących pozycję obrońców ciała przed czymś, czego sam Atticus nie pamięta, czy raczej, nie chce pamiętać. Z racji najczęstszego wycofania, nie można o tej dwójce powiedzieć zbyt wiele, jednak jak przyznają inne osobowości, kiedy Katya postanawia przejąć kontrolę, oznacza to, że cokolwiek, co kobietę wywołało, powinno raczej uciekać w popłochu, bowiem nie odpuszcza ona nawet jeśli jej cel zostanie osiągnięty, a i wszelkie urazy chowa o wiele dłużej, niż jest to potrzebne.
Do najrzadziej spotykanych osobowości należy Luka, mający zaledwie jedenaście lat. Z racji bycia dziecięcym odłamem świadomości, pozostali członkowie systemu chronią Lukę przed wszelkimi niebezpieczeństwami świata zewnętrznego, zazwyczaj nie pozwalając mu opuszczać wnętrza umysłu. Inną, uznawaną za najciemniejszą z plam systemu, jest Sarath, o którym wiadomo jedynie tyle, że z niewiadomych przyczyn, darzy Atticusa szczerą nienawiścią, sprawiając, że po oddaniu mu kontroli po swoich rządach, chłopak posiada więcej fizycznych obrażeń, niż miał wcześniej.
Towarzysz
Zmiennokształtny chowaniec, najczęściej będący kotem, o wdzięcznym imieniu Nott.
­
Historia
Zacząć ją należy od najwcześniejszego wspomnienia, jakie jawi się w umyśle młodzieńca. Mimo, że jest ono stosunkowo niewyraźne, Atticus jest w stanie wyłonić z ciemnych odmętów wizję ulicy w jednym z mniejszych miast, niewielki stolik i ręcznie namalowane karty, z których to co jakiś czas wyłaniały się widma małych zwierząt czy drobne płomienie, umykające ku błękitnemu niebu. Mógł mieć wtedy niewiele ponad osiem lat. Poprzednie wydarzenia, jakby okryte szczelną płachtą, nadal pozostają dla niego niedostępne mimo upływu czasu. Jednego jest pewien. Już wtedy głosy pojawiły się w jego umyśle, od tego momentu stając się prawie że jednymi przyjaciółmi maga. Kolejnym, już nieco bardziej wyrazistym wspomnieniem, jest spotkanie z dyrektorem obwoźnego cyrku, podróżującego z jednego miejsca na drugie. Po dostrzeżeniu talentu chłopca do manipulacji własnym głosem w tak niesamowity sposób, wziął samotne dziecko z ulicy. Przez kolejne lata, Atticus uczył się od napotkanych w miastach magów w sferze magicznej, a także szkoląc się od swoich "współpracowników", których z czasem zaczął nazywać rodziną, na akrobatę, co wykorzystywał w czasie swoich części przedstawień. Znany pod mianem Człowieka Setki Głosów, zadziwiał talentem publiczność, co pozwalało mu chociaż na chwilę zapomnieć o chaosie, jaki panował w jego umyśle. Kiedy jednak doszło do wypadku w czasie spektaklu, w czasie którego jeden z widzów stracił życie, a cyrk został zmuszony do zakończenia działalności, osamotniony, pozbawiony resztek czegoś, co było dla niego w ironiczny sposób szansą na normalne życie, Atticus wyruszył w świat, ostatecznie dołączając do Quatro Cerberus.
Inne/ciekawostki
~ Najczęściej można go spotkać pod mianem Atticusa. Nie należy jednak przywiązywać się w zbyt dużym stopniu do tego imienia, gdyż może się ono zmienić szybciej niż człowiek się tego spodziewa.
~ O nazwisku: Najpewniej Rockefeller. Taką wzmiankę znalazł w starych dokumentach.
~ Z racji swojej choroby, jest zmuszony do prowadzenia dwóch dzienników. W jednym zapisuje kolejne, pojawiające się "odłamy" świadomości oraz dyskutuje pisemnie z nimi, a w drugim wypisuje zasady, obowiązki czy plany na kolejne dni. Nikomu tych notatek nie udostępnia.
~ Każda z osobowości cechuje się własnym stylem, preferencjami, a nawet barwą głosu, mimiką czy gestykulacją.
~ Jest uczulony na cynamon.
~ Nie lubi ciemności. Kiedy przebywa w ciemnym pomieszczeniu, zazwyczaj używa swojej magii, aby wytworzyć chociaż trochę światła.