Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mishabiru. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mishabiru. Pokaż wszystkie posty

14 lut 2019

Od Mishabiru CD Lionella



Uwalenie się w ciągu paru godzin bez jasno określonego celu nie było w jego stylu, ale pozwoliło mu jakoś wyzbyć się dennych myśli. Po misji w szpitalu miał więcej pytań, aniżeli odpowiedzi. W trakcie ich poszukiwania został wezwany na powrót do gildii. Bywał w niej raz na miesiąc, a nawet rzadziej, ale niespecjalnie komuś to przeszkadzało. 
Wezwany na przysłowiowy „dywanik” został oceniony jako lizidupiec oraz nieposłuszny ulubieniec. Miał ochotę rozłożyć ręce i kazać im się zdecydować, ale machnął na to ręką. Spotkanie z Mistrzem sam na sam nie było dla niego czymś nowym. Zazwyczaj kończyło się na miłych pogawędkach oraz prostych zleceniach, lecz tym razem Hades nakazał mu wziąć udział w bojkocie na grupę mniejszych, mrocznych gildii, które zaczęły coś kombinować. Odpowiedź: Mam lepsze rzeczy do roboty; nie spotkała się z ciepłym przyjęciem ze strony Hadesa, który to postanowił siłą wymusić na Mishabiru posłuszeństwo. 
A teraz siedział nad stawem patrząc na srebrzystą łunę odbijającą się w, ciemnej od nocnego nieba, wodzie, a w dłoniach trzymał podziurawiony oraz rozszarpany swój ulubiony biały płaszcz. Nigdy jakoś nie był zbytnio sentymentalny, ale nie chciał się pozbyć swojego łachmana. Ivan dziko biegał w trawie, polując na świetliki, mając gdzieś stan swojego właściciela. Misha mu tego zazdrościł, bo, pomimo bycia bezuczuciowym draniem, zdarzało mu się popaść w głupie rozmyślania. 
Podniósł się i zmierzył do karczmy, w której jeszcze parę godzin temu przepijał zarobione pieniądze. Miał ochotę to powtórzyć. Właściciel już dawno spał. Wystarczyło tylko otworzyć drzwi, zabrać coś dobrego i powrócić do cichego miejsca, póki nie zacznie świtać. Złapał za klamkę, lecz drzwi nie ustąpiły. Unicestwienie tak małego elementu nie powinno być problemem. 
Było problemem. Wielkim. Co prawda drzwi rozpadły się, lecz wraz z nimi zniknęła frontowa ściana oraz część poddasza i bocznej. Stare deski zaczęły skrzypieć, aż po paru dłużących się sekundach wszystko zaczęło się walić. Odbiegł od tegoż chaosu, patrząc na to beznamiętnym wzrokiem. Po raz kolejny emocje wzięły górę, przez co nie mógł w pełni kontrolować tegoż cholerstwa. 
W pobliskich domach zaczęły migotać słabe światła. Musieliby mieć naprawdę twardy sen, gdyby coś takiego ich nie obudziło. Gdy pył zaczął powoli opadać, usłyszał za plecami powolne klaskanie. Obrócił się. 
– Gratuluję, świetny pokaz braku umiejętności kontroli nad własną magią – Białowłosy chłopak stał w odległości paru metrów, z zastygłymi dłońmi. 
– Matka nie uczyła cię, żeby nie zaczepiać nieznajomych na ulicy? – Odwrócił się do niego przodem, uważnie lustrując wzrokiem. 

< Lionell? >

393 słowa

13 lut 2019

Od Mishabiru CD Atticus



Zabijanie przed uzyskaniem jakichkolwiek informacji nie było w jego stylu, dlatego też musiał znaleźć dobre miejsce, by nikt im nie przeszkadzał. Twardy orzech do zgryzienia, szczególnie w sam poranek. Ludzi robiło się coraz więcej. Wychodzili po zakupy, do pracy, a małe pomioty we wrzaskach biegły do szkoły. Irytujące, ale dzięki temu wiedział już, co zrobić. 
Podszedł do mężczyzny na tyle blisko, by jego plecy stały się ograniczone przez drzewo, z którego właśnie zdjął swojego futrzaka. Ivan czmychnął tylko, po chwili znajdując się na ramieniu Mishy. 
– Chyba nie zabijesz mnie w biały dzień w środku miasta? – zapytał cicho, na co uśmiechnął się w odpowiedzi. 
– To by było zbyt proste – stwierdził, łapiąc go za ramię. – Jakie masz plany na dzisiejszy wieczór, hm? 
Chłopak milczał, wzrokiem uciekając w każdą możliwą stronę, byle tylko nie patrzeć przed siebie. Misha zwinnie wyjął jedną kartę z jego torby i podsunął mu ją niemalże pod sam nos. Gdy skupił uwagę na karcie, ta w sekundę rozpadła się, znikając. Nim się zorientował, białowłosy trzymał jego chowańca w mocnym uścisku na szyi. 
– Zrobię to samo z twoim sierściuchem, jeśli nie zaczniesz gadać – zagroził, odsuwając nieco rozszalałą bestię. 
– Nie rób jej krzywdy! Powiem wszystko, tylko ją zostaw – zaczął powoli podchodzić z wyciągniętymi ramionami. – Nie mam żadnych planów, nawet tutaj nie przebywam na stałe. 
– A zlecenie? 
– Jakie zlecenie? – sapnął, widząc, że kotka nadal się miota. – Czasami biorę jakieś drobne prace, ale to wszystko. Dzisiaj zrobiłem sobie dzień wolny. Naprawdę nie wiem, do czego zmierzasz. 
– Dzisiaj do tego miasta ma przyjechać karawana towarowa, która za osłoną nocy grabi i porywa wszystko, co możliwe. Ciągle zmieniają swoje profesje. Wędrowni cyrkowcy, lekarze, kupcy, zoo, a nieświadomi ludzie przyjmują ich z otwartymi ramionami. 
– Co ma to ze mną wspólnego? 
– Jakiś gnojek posługujący się kartami, czyli ty, zaiwania mi sprzed nosa wszystkich ściganych przez radę magiczną. – Ściągnął brwi, wypuszczając sierściucha. – W tym wędrownym syfie powinien być typ, którego szukam od paru dni. Ma na swoim koncie parę porwań, grabieży i morderstw. Wygląda, jak chodzący worek. Łatwo będzie go rozpoznać. – Rozejrzał się w poszukiwaniu jakiegoś miejsca, w którym mogliby się zatrzymać do wieczora, a zarazem uniknąć gwaru ulicy. – Spędzisz dzisiaj ze mną cały dzień, aż do wieczora. Kiedy się zjawią, będziemy obserwować mój cel. Jeśli przez dłuższy czas nie pojawi się mój karciany wróg, to ja miałem rację. Ty jesteś cichym zabójcą, którego próbuję dorwać od paru miesięcy. 
Pociągnął go w stronę pobliskiego baru, jeszcze nie zatłoczonego. Tak jak wcześniej, trzymał go przed sobą. W chwili zamknięcia się drzwi za ich plecami, rozległ się głośny wybuch z dodatkiem silnego wstrząsu. Szyby rozpadły się na tysiące kawałeczków, ludzie poupadali na ziemię, podobnie do całego asortymentu. Chłopak poszedł w ślady tłumu, gdy Misha stał przytulony plecami do drzwi. Nawet on był zdziwiony. Powoli wyjrzał przez wybite okno. 
Nad nimi znajdował się dość sporych rozmiarów statek powietrzny. Trzy armaty z boku stalowego kadłuba były wycelowane w różne strony. Nawet w najmniejszym ułamku nie przypominał gildyjnego statku, dlatego obstawił, iż to śmiałe poczynania fałszywej bandy z karawany. To było dopiero wielkie wejście, lecz czego szukali w takiej słabo zorganizowanej mieścinie? Chyba o czym nie wiedział. Tajemne krypty pod ratuszem? Możliwe i do sprawdzenia.
Ludzie uciekali w popłochu, wrzeszcząc do nieba. Ci będący w środku siedzieli cicho, a Ivan skrył się do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Misha spojrzał na towarzysza. 
Najwidoczniej spędzą z sobą mniej czasu, niż przewidywał.

<Atti? Wybacz, że tak długo>

529 słów

29 sty 2019

Od Mishabiru CD Atticusa


  Nie był zbytnio zadowolony z postawy kotoszczura, który nie potrafił zrobić nic pożytecznego. Skarcił go, po czym wsadził do kieszeni swojego płaszcza. Misha nie ukrywał swego zafascynowania zmiennokształtnym stworzeniem. Gdyby posiadał coś takiego, jeszcze po swojemu wytresował, wszystko stałoby się łatwiejsze. Małą przeszkodą mógł być obecny właściciel. Może nawet mniejszą… 
  Jego uwagę przykuło dziwnie zmienne zachowanie. W słowach chłopaka wyczuł coś podobnego do zaprzeczenia samemu sobie w ciągu paru sekund. Nadzwyczaj interesujące zjawisko, acz zarazem na tyle podejrzane, by zachować szczególną ostrożność. 
  – Coś kombinujesz – Stwierdził, podnosząc z ziemi jedną z wielu rozrzuconych kart. Zaczął się jej przyglądać. 
  Chłopak odwrócił się, po czym zaczął w pośpiechu zbierać swoje rzeczy. Mishabiru skorzystał z tej okazji i postawił swą nogę na podkładce, na której to widniał bliżej niezidentyfikowany bohomaz. 
  – Możemy się umówić, że odejdę, kiedy dostanę na własność tą zmiennokształtną kupę futra… 
  Nieznajomy spojrzał nań nieco zaniepokojonym wzrokiem, ledwo trzymając w palcach podkładkę. 
Ta chwilowa niepewność dała Mishabiru otwarte drzwi do zmanipulowania. Pozwolił sobie na przykucnięcie, by łatwiej nawiązać kontakt wzrokowy. Wtedy właśnie nastąpił niespodziewany atak ze strony ptaszyska, które parędziesiąt sekund temu było kotem. Wlot czegoś takiego prosto w twarz sprawiło, że Misha padł na plecy, rękami odganiając te agresywne cholerstwo. Ivan wpierw się spłoszył, za sekundę wracając do obrony swego właściciela, ale szkoda, że na jego twarzy. 
  Zirytowany Misha użył elektryczności, by pozbyć się małych szatanów z siebie. Zwierzaki spłoszyły się, uciekając w stronę miasta. Białowłosy podniósł się do siadu, ocierając twarz z piachu. Wyczuł również zadrapanie na lewym policzku, na co westchnął. Spojrzał na obcego szatyna, który do końca zebrał swoje rzeczy. Pewnie ten teatrzyk sprawił mu wielką przyjemność. 
  – Zatłukę twojego futrzaka, jeśli znajdę go pierwszy – mruknął pod nosem, podnosząc się z ziemi. 
Uczynił płynny gest zapraszający do pójścia przodem, lecz tenże nawet nie drgnął, kurczowo trzymając swoją torbę. 
  – Ale Nott nie zrobił nic złego… – Wyszeptał, nadal nie ruszając się z miejsca. 
 – Idziemy do miasta – zarządził Misha, najpierw ciągnąc go za ramię, a następnie szturchając w stronę tego przybytku niedoli. – Tam, gdzie będzie twój szatański pomiot, znajdę i swojego. Wtedy zastanowię się, co z wami zrobić. Wkurzyliście mnie. 
  Kroczyli w ciszy, zajęci swoimi myślami. Mishabiru trzymał się nieco z tyłu, bardzo dokładnie obserwując każdy jego ruch. Miał podejrzenia, iż ten typ jest złodziejską mendą, której szuka już dobry miesiąc. Człowiek kradnący cudze zlecenia zabójstw od razu został zakwalifikowany do unicestwienia. Spotkał go tylko raz, po zmroku. Nie widział nic, oprócz tych charakterystycznych kart.

<Artiś?>

Słów: 403

26 sty 2019

Misja Miski

Chciałabym serdecznie pogratulować wykonania misji przez Mishabiru aka Miska. Dzięki temu otrzymuje on:
 - 80.000 klejnotów
- 8 tysięcy pkt rangi, awansuje więc do rangi EKSPERTA


Mam nadzieję, że jeszcze zaszczyci nas długo weną:')

Misja 4: Medyczny Dracula - Mishabiru

– Jest pan tutaj od parunastu minut, a już zdobył pan niewiarygodne uznanie od naszego dyrektora – Niebieskowłosa pielęgniarka idąca tuż przy boku Mishabiru, aż klasnęła dłońmi sprawiając wrażenie nadzwyczaj podnieconej kobiety. Misha uśmiechnął się półgębkiem, poprawiając biały kitel, który miał na sobie. Obeszli już większość szpitala, a on nadal zastanawiał się, co tutaj robi. 
Ach, no tak, pieniądze. 


Pół godziny wcześniej. 


Mishabiru stał przed oszklonym regałem zapełnionym książkami zgłębiającymi tajniki medycyny oraz zielarstwa. Sam gabinet dyrektora nowo prosperującego szpitala był okazały. Wszystkie meble na pewno były robione na zamówienie, ale kto bogatemu zabroni? Odsunął się od lektury tych fascynujących tytułów, przenosząc swój wzrok na mężczyznę w średnim wieku, stojącego obok swego biurka. 
– Zrobimy z ciebie wizytatora, aby sprawca nie nabrał podejrzeń – zaczął, wręczając białowłosemu kitel. 
– A nie możecie zacząć bardziej obserwować pobór krwi? – zapytał, zakładając na siebie te dziwne cholerstwo. – To oczywiste, że sprawcą musi być ktoś z nich. 
Mężczyzna pokręcił głową. 
– Nie posiadamy tyle personelu, by zacieśnić kontrolę na jednym oddziale, dlatego postanowiliśmy zatrudnić osobę z zewnątrz – westchnął ciężko, przypinając mu identyfikator. – Mamy bardzo dużo pracy, śmiały złodziej kradnie za dnia, a my z trudem ratujemy kolejnych pacjentów. Musimy to przerwać, lecz nikt nie może poznać twojej tożsamości. 
Wtem drzwi do gabinetu uchyliły się. Zza nich wyjrzała niska, młoda kobieta. Błękitne oczy współgrały z krótkimi włosami będącymi w nieco ciemniejszym odcieniu niebieskiego. 
– Sytry to nasza główna pielęgniarka – przedstawił ją, gestem zapraszając do środka. 
Dziewczę nie poznało jego prawdziwej tożsamości, dlatego zaczęła używać oficjalnego tonu oraz sformułowań. Misha, by wczuć się w rolę wizytatora, zaproponował, iż odda krew, by jednocześnie poznać ich wewnętrzne przepisy. 


Tak oto półleżał teraz na kozetce obserwując, jak bordowa krew była wyciągania z jego przedramienia. Sala poboru krwi nie była zbyt ogromna, lecz spokojnie mieściła cztery miejsca dla dawców. Szafki na sprzęt medyczny stały tuż obok wejścia, a lodówka na kółkach w bliższym dla niego kącie. W pomieszczeniu znajdował się Mishabiru oraz starsza kobieta po jego prawej. Lata piękności miała za sobą, lecz rozpromieniła się, kiedy tylko na nią spojrzał. Nie rozumiał, z czego się tak cieszyła, ale mentalnie machnął na to ręką. 
– Słyszałaś coś o tym grasującym złodzieju krwi? – zapytał, nie myśląc nawet o uprzejmościach. 
– W tym mieście chyba nie ma osoby, która by o nim nie wiedziała! – po tej wyniosłej odpowiedzi, ściszyła głos. – Ludzie nazywają tego potwora Draculą. Podobno boi się słońca, dlatego grasuje nocą, kiedy wszyscy śpią i nikt nie pilnuje krwi. Krew daje mu siłę! A najlepsza jest ta wysysana prosto z ofiary za pomocą kłów. 
Mężczyzna pokręcił głową z niedowierzaniem, jednocześnie będąc zniesmaczonym ludzką głupotą. Jedna rzecz już się nie zgadzała, pomijając fakt nieistnienia takiego czegoś. Według opowiastek buszował w nocy, ale dyrektor szpitala wyznał, iż krew znika już za dnia. Na noc zostają tylko pielęgniarki, lecz one zostały podobno sprawdzone. 
Złodziej mógł spokojnie wpaść po zmroku do szpitala i ukraść spore zapasy krwi bez żadnego problemu, więc dlaczego robił to za dnia? 
Dużo chorych, codziennie nowy dawca, codziennie świeża krew, którą łatwo wynieść w zamieszaniu. Musiał rozgryźć jeszcze parę niewiadomych i, jak na zawołanie, do sali weszła Sytry. Dłonie miała schowane w dużych kieszeniach białego kitla. Podeszła doń, zakańczając pobór krwi. 
– Jest pan magiem? – Zabezpieczyła woreczek z krwią, po chwili wyjmując ostrożnie igłę z przedramienia Mishabiru. 
– Oczywiście – odparł. 
– A pana krew… 
– … jest najlepsza – dokończył, na co szeroko się uśmiechnęła. 
Docisnął kawałek wacika w miejscu po igle, powoli idąc za niebieskowłosą, która w dloniach trzymała woreczek jego krwią. Już wcześniej zapowiedział, iż chce poznać wszystkie procedury, zaczynając właśnie od tego oddziału. Pozbył się niewygodnego wacika, wyrzucając go do pobliskiego kosza. W ciszy przeszli korytarzem parę metrów dalej. Za oszkloną ścianą ujrzał kolejne dwie młode kobiety, lecz zbyt zajęte badaniem próbek krwi, aby zwrócić uwagę na widownię. 
– Tutaj trafia każda pobrana przez nas krew – zaczęła – Klasyfikujemy je, rozmieszczamy po lodówkach, dzięki czemu łatwiej jest się odnaleźć w nagłej sytuacji. Staram się kontrolować te miejsce w miarę moich możliwości, ale ciężko być główną pielęgniarką i znajdować się na paru oddziałach jednocześnie. Ten cały „wampir” bardzo utrudnia nam pracę. 
Mishabiru przytaknął parę razy słuchając tejże wypowiedzi. Nie musiał za wiele się dopytywać, bo informacje same przychodziły, jednak coś go zainteresowało. 
– Wiadomym jest, że nie możesz pilnować ich przez cały czas, więc jak zapobiegacie wynoszeniu krwi? 
– Ochroniarz sprawdza każdego, kto opuszcza szpital. 
Po tym poprosiła go, by na nią zaczekał. Jego krew powędrowała w najciemniejsze zakamarki laboratorium. Dalsza wycieczka po szpitalu była żmudna, długa oraz męcząca przez to, iż musiał udawać obeznanego w całym tym medycznym żargonie. Straciwszy dwie godziny z życia wymigał się powrotem do dyrektora placówki. 
Opowiedział mężczyźnie o swoich podejrzeniach, w które nie bardzo chciał uwierzyć, jednak zezwolił Mishce zostać w gabinecie na noc. Rozgościł się, a nawet zdrzemnął, by obudzić się tuż przed północą. Standardowo. Kitel zamienił na swój ulubiony, szarawy płaszcz, po czym cicho opuścił pomieszczenie. Zdając się na swój słuch, udał się do laboratorium krwiodawstwa. Nim zdążył tam dojść, ktoś go uprzedził. Schował się za ścianą korytarza obok, nasłuchując dźwięków dobiegających z pokoju. 
Szuranie butów, klapnięcie gumy od drzwi lodówki, a następnie charakterystyczny odgłos zgniatanych plastykowych torebek z krwią. Wychylił się lekko, a po ujrzeniu znajomych niebieskich włosów, uśmiechnął się pod nosem. Wyszedł na środek. 
– Sprytnie, Sytry, ale za mało sprytnie, jak dla mnie – cmoknął, gdy kobieta się zatrzymała i odwróciła. 
Upuściła trzy woreczki, zaś czwarty przystawiła do ust. Odgryzła jej róg, zaczynając zachłannie pić krew. Czerwone strużki spływały, aż po sam dekolt, na co z odrazą patrzył Misha. Pusta folia wylądowała tuż obok jego stóp. 
– Wiedziałam, że w końcu sprowadzą kogoś, kto będzie chciał zniszczyć moje plany! – Kobieta bez ostrzeżenia ruszyła ku niemu. Z jej dłoni wyzierały żółte iskry. W ostatniej chwili złapał ją za ramię, wyczuwając niewielką ilość mocy magicznej, której wcześniej w sobie nie miała. Plus nieopanowana agresja. Z pomocą drugiej ręki i postawy całego ciała przerzucił ją na prawo, wprost w szklane drzwi laboratorium. Na szybie rozeszła się duża pajęczyna pęknięć, lecz to powstrzymało kobiety przed kolejnymi atakami. 
– Co ci daje picie krwi? – zapytał, swobodnie unikając kolejnych, chaotycznych ataków. 
– Magiczna krew daje mi moce tych, od których ją zabrałam – sapnęła, ponownie rzucając się na niego. 
Westchnął tylko, wyprowadzając prawy sierpowy prosto w jej skroń. Kobieta upadła tuż obok, na ślepo łapiąc się jego nóg. Nie miał czasu na takie zabawy, a szczególnie z kimś tak chorym na głowę. Poddusił ją na tyle, by straciła przytomność. Pozostało tylko utrzymać ten stan do rana. 
Jej plan był dobry. Będąc główną pielęgniarką rzadko kiedy wracała do domu, czy była sprawdzana przez ochroniarza. Każdy jej ufał, nikt o nic nie podejrzewał. Zdradziło ją wypytywanie się o rodzaj krwi, a także brak kradzieży za dnia, kiedy oprowadzała go po szpitalu. Wpadła w obłęd na myśl o krwi Mishabiru a tyle, że przestała racjonalnie myśleć. A mogła go po prostu pozostawić na jakimś oddziale pod pretekstem ważnego wezwania. 
Ludzie pragnący mocy wciąż go zaskakiwali, ale dzięki takim głupim misjom, mógł zarobić.

Słów: 1140

16 sty 2019

Od Mishabiru CD Atticus




Poranek. Najgorsze zło, w czasie którego musiał się obudzić. Po całonocnej wędrówce miał nadzieję, iż uda mu się dostać do miasta przed tym całym bydłem. Niestety, większość ludzi już dawno biegała po ulicach, gdy łuna słońca dopiero zaczęła się pojawiać. Od razu zrezygnował. Zaszył się w okolicznym lesie z zamiarem przespania przynajmniej połowy dnia. Samo spanie trwało może z trzy godziny, kiedy obudził go chłód.
Ognisko całkowicie wygasło, ale problemem był brak zwierzęcego towarzysza, który to zawsze go budził, aby dołożył drewna. Ten zwierzak czasami zachowywał się, jak istota myśląca na poziomie inteligentnego człowieka.
– A to ci dopiero – Podniósł się z wygrzanego miejsca, ruszając na poszukiwania.
Nawet nie wiedział, jak to coś się woła. Kici kici, taś taś, czy inne „chodź tutaj kulko” nie przyniosły żadnego efektu. Posiadał, to chyba dobre słowo na określenie zwierzaka wiecznie siedzącego mu w kieszeni płaszcza, Ivana od paru miesięcy, ale pierwszy raz spotkał się z jego ucieczką.
Może sam z siebie się odczepił?
Wzruszył na to ramionami. Raczej da radę bez niego przeżyć, jak robił to do tej pory. Przedarł się przez ofensywne chaszcze, rękoma broniąc swoją twarz przed jakimkolwiek uderzeniem. Przystanął dopiero na ledwo widocznej drodze, wahając się między pójściem do żywego miasta, a pokręceniem się jeszcze po okolicy w poszukiwaniu towarzysza. Oczywiście wybrał drugą opcję.
Już bez nawoływania zaczął iść przed siebie. Chwilami nieprzyjemnie silny wiatr dawał o sobie znać, wiejąc mu prosto w twarz. Przystanął na sekundę, by poprawić rozwichrzone włosy, gdy kątem oka zauważył ruch pod pobliskim, wolnostojącym drzewem. Zmierzył w tamtym kierunku, mając nadzieję, że to ten mały gnojek, ale równie szybko się zawiódł, widząc człowieka.
Będąc parę kroków odeń, machnął lekko dłonią widząc, że mężczyzna stał oparty plecami o konar. Nie miał najmniejszej ochoty na konfrontację z kimkolwiek, więc w jakiś sposób chciał pokazać, iż nie ma złych zamiarów. Jeszcze.
– Nie widziałeś może małego, fioletowego kotoszczura albo wiewiórokota? – Rozłożył bezradnie ręce, stając tuż przed nieznajomym, który to powoli przesuwał dłoń do tyłu. Mishabiru uchwycił jego nadgarstek w chwili, gdy złapał w palce magiczną kartę. – Nie pozwolę ci, a przynajmniej do czasu odpowiedzi na moje pytanie.
– Nic takiego nie widziałem… – odparł tak cicho, że jego głos wymieszał się z szelestem liści, aczkolwiek na tyle wyraźnie, by Misha go zrozumiał.
– Naprawdę nie chciałbym ciebie osądzać o zaginięcie mojego towarzysza, ale jesteś jedyną żywą istotą w pobliżu – Uniósł rękę nieznajomego i wyciągnął kartę, którą obejrzał bardzo dokładnie. Po tym przeniósł wzrok na twarz z wymalowaną obawą o dalszy rozwój wydarzeń. – Jesteś pewien swej odpowiedzi?
W chwili, gdy obcy miał po raz kolejny odpowiedzieć coś spadło z drzewa pomiędzy nich, tym samym separując ich na metr. Mishabiru podążył wzrokiem za tym, co w chaosie biegało wokół. Wyglądało to na zbitą masę białego i fioletowego futra. Ivan się odnalazł, świetnie, ale ganiał się z jakimś innym stworzeniem, jednak, jako właściciel kotoszczura, nie zamierzał mu w tym przeszkodzić. Może uczył się polować.
Wrócił wzrokiem do nieznajomego, który, w przeciwieństwie do niego, próbował ogarnąć zwierzaki.
Zabawny widok.

< Atticus? :c >

ilość słów: 480

13 sty 2019

Mag - Mishabiru

Mam problem z utrzymaniem mojej mentalności. Każdy dzień, zmieniający świat, dostarcza mi nowych prób.

Mishabiru
Wiek: 27 lat
Płeć: Mężczyzna
Orientacja: Biseksualny
Związek: Unika zobowiązań, ale przelotne romanse jeszcze nikomu nie zaszkodziły
Gildia: Grimoire Heart
Znak gildii: Prawa pierś
Doświadczenie: Ekspert
~ ilość punktów: 8000
Typ magii: Magia Błyskawicy, Magia Zniszczenia, Magia Powietrza
Ilość klejnotów: 95.000
Sterujący: Seasons [Howrse], Sizon#9361 [Discord]
Autor grafiki: Unodu – DeviantArt
Charakter
Nie ujrzysz go za dnia, ani w zatłoczonych miejscach. Ceni sobie ciszę, spokój oraz własną przestrzeń osobistą, dlatego też lubi egzystować po zachodzie słońca. Cynik z wyboru, który bez zahamowań wyśmiewa te wszystkie zmyślone ludzkie ideały, wartości oraz cele. Uważa, że zbytnio koloryzują ten świat. Każdego traktuje z pogardą i spławia sarkazmem. Większe dyskusje go irytują, dlatego stara się udawać niewidzialnego, gdy powraca do gildii lub próbuje zjeść posiłek w przydrożnej tawernie. Na rozkazy i polecenia macha ręką, ale ostatecznie je wykonuje, lecz po swojemu, plując na utarte schematy. Nie przywiązuje się do innych osób, miejsc, nie rozumie także pojęć takich jak miłość, czy przyjaźń. Nie potrafi określić, czy kogoś lubi albo nienawidzi. Jest to dlań zwyczajnie ciężkie, jak również bezsensowne, bo niewiele to wnosi do jego życia. Czerpie nieukrywaną przyjemność z walki z kimś, kto stanie mu na drodze. Zależnie od tego, jaki mi cel, jego zachowanie się różni. Jeśli ma pozbyć się nieszczęśnika, jest w stanie podążać za swą ofiarą aż po kres kontynentu. Sprawa ma się inaczej, kiedy chodzi tylko i wyłącznie o informacje. Przejawiają się wtedy u niego sadystyczne zapędy, których nauczył go nikt inny, jak Hades. Jeszcze nie spotkał się z nikim, kto by wytrzymał do samego końca, oddając swe życie w milczeniu.  Pomijając bycie „bezuczuciowym” draniem, chamem oraz pedałem, ma specyficzne poczucie humoru. Żartowanie z nieboszczyka, a może anegdotka przed poderżnięciem gardła? Zawsze. Dużo osób powiada, że ironia jest jego odpowiedzią na wieczną samotność, ale ile w tym prawdy, nie wie nikt. Pomimo swego dziwnego obycia, lubi naturę. Nie biega za motylkami, nie robi wianków, nic z tych rzeczy. Po prostu sprawia mu to przyjemność.
Towarzysz
Ivan
­
Historia
Niewiele pamięta ze swej przeszłości, a nawet nie chce. Jeden dzień odmienił całe jego życie. Rodzice razem wyruszyli na zlecenie, zaś on pozostał z małą, handlową gildią. To było dwadzieścia lat temu. Mieli wrócić jeszcze tego samego dnia, wieczorem. Tak się niestety nie stało. Postanowił poszukać ich na własną rękę, ponieważ nikt ze starszych nie był skory, aby udać się do miasta nieopodal, owianego złą sławą. Coś takiego nie zniechęciło siedmiolatka. Ledwie przekroczył jego granice, a już dopytywał się przechodniów o dwójkę handlarzy, podając najmniejsze szczegóły. Niestety nikt nie był w stanie mu pomóc. Zagubiony dzieciak kombinował, jak mógł, dlatego po ujrzeniu latającego, dziwnie wyglądającego, statku wpadł na inteligentny pomysł dostania się do niego. To było jedyne miejsce, którego nie sprawdził w mieście, jednocześnie będące nadzwyczaj praktyczne. Przemieszczał się, a z góry na pewno wszystko lepiej widać. W ten sposób stracił kolejny dzień czatując na kogokolwiek z tegoż statku. Statek zniżył się do ziemi dopiero późną nocą. Zakradł się na pokład, zaszył w najdalszym zakątku i przetrwał do rana, gdy już dawno oddalili się od miasta. Miał plan tylko do momentu dostania się do środka, a wtedy zdradził go własny, pusty żołądek. Odnaleziony przez niskiego mężczyznę, wpierw skazany na śmierć, by jednocześnie wzbudzić zainteresowanie samego mistrza gildii. Uświadomiony przez starca, że bez magii zginie w pierwszym lesie, do którego wejdzie, postanowił zdobyć ów moc. W pierwszych krokach nauki został wtajemniczony w sposób działania gildii Grimoire Heart, której siedzibą była ta latająca kupa żelastwa. Zwrot „mistrzu Hadesie” zamienił na „dziadka” i tak zostało do dziś.
Czas, kiedy próbował odnaleźć w sobie magię nie wspomina zbyt dobrze, wręcz wolałby o nim zapomnieć. Każda kolejna lekcja zamieniała się w tortury psychiczne, jak i fizyczne. Takim sposobem Hadesowi udało się z niego coś wykrzesać, lecz doprowadziło to do zniszczenia statku.
To właśnie przez te treningi jego charakter uległ przemianie o sto osiemdziesiąt stopni.
Inne/ciekawostki
Autor grafiki towarzysza: Liedeke – DeviantArt
– Lubi drzemać, jednak biada temu, kto go obudzi bez ważnego powodu;
– Posiada na plecach głęboką bliznę od łańcucha Hadesa, ciągnie się ona po ukosie od lewej łopatki do prawej kości biodrowej;
– Może tego nie widać, ale lubi wszystkie małe stworzenia, oprócz ludzkich dzieci, każde musi wygłaskać;
– Pomimo upływu lat, nadal poszukuje swoich rodziców.