Chwile w Piekle, to wszystko... Działo się zdecydowanie za szybko dla naszej Czarnodziobej; ogary, jeden z nich bardzo przypominał tego obrzydliwego, choć uroczego psa, który doprowadził naszą Manon do miejsca, w którym Asterin poturbowała boleśnie Satoru, a później ją. Te wszystkie wspomnienia runęły teraz na nią, jak przeklęta klątwa; zsyłając to obrazy godne uwagi jak i te, których nasza młoda matka wolała nie rozpamiętywać. Teraz stał tu przed nią dorosły mężczyzna, nie chłopak, który w kościele nie skrzywdziłby nawet muchy, chociaż to ta pierwotna łagodność, którą Satoru skrywał głęboko w sercu, tak bardzo przyszpiliła krwiożerczą wiedźmę. Ponad rok temu nigdy nie powiedziałaby, że jej życie będzie wyglądało w ten sposób; że stworzy rodzinę; RODZINĘ; nie musi już zabijać, stawać się rodzicielką dla porzuconych dzieci, czy też zjedzonych przez matki ojców; może wraz ze swoim mężczyzną wychowywać synka; małego Henryiego, który w tym momencie jest najbardziej zagrożony na atak ze strony swojej własnej prababki. Gdy przez głowę Manon przelatywały różne historie, przysięgam, że ta prawie zapłakała; pamiętała, gdy w noc krwawego księżyca prawie poszła do łóżka z obcym mężczyzną, facetem, który nie był bliski jej sercu i miał być tylko nasieniem w ich wiedźmiej tradycji; co teraz byłoby z Manon, a co z Satoru? Jak wyglądałoby ich życie, gdyby ta nie odważyła się wyznać, że go prawdziwie kocha? Co gdyby Satoru wcale za nią nie poszedł? Dziewczyna pewnie wychowywałaby teraz swoje wiedźmie dziecko w Klanie Czarnodziobych i szykowałaby się na koronację, wiele wiedźm na pewno jej zazdrościło i przeklinało, że zamiast więzi krwi; wolała od nich zwykłego człowieka, w dodatku Łowcę. Inaczej byłoby, gdyby urodziła syna; ten zmarłby zaraz po porodzie, a ona musiałaby szukać nowego kandydata na chwilowy, nic nieznaczący seks. Co natomiast z Yoshidą? Albo wyszedłby za swoją przyjaciółkę, która jakiś czas temu odwiedziła ich specjalnie, aby na nowo zauroczyć się Satoru i wiódłby życie Łowcy, na pewno ta przygoda z Czarnodziobą zmieniłaby jego podejście do stworów, przecież Manon złamałaby mu serce, ewentualnie ze smutku mógłby się stoczyć lub stać się jeszcze gorszym z demonów. Gdy tylko Manon wyobraziła sobie, jak Satoru klęka przed tamtą kobietą; przed jakąkolwiek inną kobietą, to szpony schowane głęboko w jej ciele, aż same prosiły się o wyjście na zewnątrz i ponowną atencję, lecz gdy tylko ten jej wymarzony mężczyzna pocałował ją... I to z taką zawziętością, zapałem i miłością, pod kobietą ugięły się kolana; zapragnęła go całego, teraz, w tej chwili, teraz już te wściekłe pazury przysłużyłyby się tylko do jednego, również demonicznego planu, ale jakże przyjemnego; rozerwałyby te wszystkie ciuchy, które otulały Satoru i broniły go przed wzrokiem białowłosej... Cały efekt działania Yoshidy na ciało kobiety przerwała dziwna maź na podłodze, oraz jego tajemnicze słowa; po chwili znaleźli się już w rynku ich miasta, miasta, które było teraz domem dla ich prawdziwej rodziny, w tym momencie obudził się jej instynkt macierzyński, zaczęła myśleć tylko o jednym; o Henrym, gdzie on jest? Jak się czuje? A co, jeśli płacze? Czym go karmią? Jak sobie radzi? Wezbrało w niej przerażenie godne prawdziwej matki, przecież nie miała swojego synka przy sobie, skąd mogła wiedzieć, że wszystko było w porządku, podczas gdy jej babka ciągle coś knuła. W tym momencie, gdy już najeżyła się jak prawdziwy kot gotowy do skoku, Satoru przykląkł koło niej i zaczął błagać kobietę o wybaczenie, ta zdziwiła się nieco i chciała mu przerwać, powiedzieć, że przecież to jej wina, wszystko jej wina i dziękować po wsze czasy, ponieważ teraz tylko dzięki niemu tutaj wróciła.
- Manon - zrobił nieodgadniony wyraz twarzy, ciągle sobie przerywał i patrzył jej głęboko w oczy jakby był zahipnotyzowany, jakby dalej nie mógł uwierzyć, że ona żyje i że nie śni na jawie - Wyjdziesz za mnie? - te słowa uderzyły w serce kobiety tak mocno, jak jeszcze nic do tej pory; stała jak wryta, nie mogła powiedzieć niczego, jej oczy zaszkliły się od łez, a w głowie szalały emocje, dookoła nich zebrała się grupa osób, która usłyszała całe zdarzenie i stali oczekując odpowiedzi Manon, jakby był to materiał wprost wyciągnięty z jakiejś dobrej książki. Zapłakała, była to jej pierwsza reakcja, kiedyś za nic w świecie nie chciałaby stanąć oko w oko z Yoshidą i go nie zabić, a teraz, teraz będzie posiadała ich nazwisko.
- Niczego nie pragnę bardziej - wyglądała już jak panda; słodka, niegroźna, mała panda, z makijażem dookoła oczu i śmiercionośnymi pazurami schowanymi głęboko w ciele, brakowało tylko bambusa, a mielibyśmy komplet! Wszyscy zebrani dookoła zaczęli bić brawa i gratulować młodym, a także mówić, że idealnie do siebie pasują, co już zresztą wiedzieli. Ona; prawdziwa zabójczyni, kobieta zdolna zabić wzrokiem, długie, białe włosy i uroda przewyższająca urok wampirów; On - najprzystojniejszy facet, jakiego widział świat; brunet i łagodny Łowca; nigdy w życiu nie widziałam lepszego duetu. Osoby o tak różnych poglądach, z zupełnie innych światów; złączeni w jedną opowieść, w jedną bajkę, która okazywała się być rzeczywistością. Satoru uśmiechnął się, a był to uśmiech tak szczery, jak w momencie, gdy zobaczył swojego syna; chwili tej nie dało się wręcz opisać, trzeba byłoby to przeżyć, aby móc oddać kropka w kropkę to, co ci młodzi aktualnie czuli, co okazywali sobie nawzajem przez sam wzrok, wzrok tak czuły, pełen szczęścia i wiary w to, że nadejdą lepsze dni, że ich życie może być lepsze, bo są już razem, nareszcie; ileż to musieli czekać, aby dożyć tych chwil! Może większość z was marzy sobie, aby wasze zaręczyny były bardziej wybuchowe i ekstrawaganckie, lecz naszej białowłosej wystarczył jedynie jeden detal; chciała, aby jedynym mężczyzną, który ukląkłby przy niej, był właśnie Satoru, cała reszta nie miała już znaczenia.
- Kocham Cię Satoru, Kocham Cię ponad życie i niczego bym już nie zmieniła - rzuciła się na jego szyję, gdy ten chciał wstać, aby założyć na jej palec zaręczynowy pierścień samego Salomona - Nie wyobrażam sobie życia bez Ciebie - po policzku popłynęła jej łza, a gdy młody Yoshida już założył pierścień, który symbolizował, że kobieta staje się jego, tylko szepnęła; - Never one, without the other - w tym momencie poczuła dziwne mrowienie pod skórą, co sugerowało, że miała rację. Od jakiegoś czasu podejrzewała, że byli sobie przeznaczeni, to wszystko tłumaczyło; wyjaśniało fakt, dlaczego od samego początku czuła potrzebę chronienia go i dlaczego mężczyzna zawsze chodził jej tropem, chociaż próbował zmusić się do odwrotu; byli parą złączoną już przez sam los; przypisani więzią, którą musieli odnaleźć; Manon spojrzała na jego zaskoczoną twarz, poczuł to tak samo jak ona, żeby przypieczętować pierwszą część więzi... W tym momencie to Satoru ją pocałował, wypełniając właśnie to, co w pierwszym akcie należało zrobić; w jej żyłach popłynął czysty żar; już nic nie będzie takie samo.
~~*~~
Stanęli przed frontowymi drzwiami do mieszkania Henryiego, lekarza, który jeszcze parę miesięcy temu strzelił do Czarnodziobej z myśliwskiej strzelby i uśpił ją, niczym dzikie zwierzę, gdy ta próbowała zaatakować Oru; teraz stał się głównym pomysłem do nadania ich dziecku imienia, ponieważ był osobą tak tego godną, jak nikt inny na tym świecie. Manon zaczęła się trząść, bo nie wiedziała, jak wszyscy zareagują na jej powrót; czy nie byłoby lepiej, gdyby pozostała martwa? Nie, to nie był dobry moment na tego typu przemyślenia; zapukała.. Do swojego domu, najnormalniej w świecie oczekując, że otworzy im ów lekarz, lecz jak to zawsze w życiu bywa; nic nie jest takie, jakie byśmy chcieli, żeby było; drzwi otworzyła im Cassiopeia, a jej wzrok spoczął na ciele.. Na ciele Manon, która jeszcze chwilę temu leżała martwa na sali operacyjnej, a sama starsza wiedźma mogła poprzysiąc, że dalej tam leży. Cassiopeia dotknęła dziewczyny, aby przekonać się, że jest materialna, że da się poczuć jej ciepło i łzy poleciały jej wąską rzeką z oczu.
- Czy wy... - zapłakała raz jeszcze - Czy to.. - Manon pierwszy raz widziała ją taką zapłakaną, a równocześnie taką szczęśliwą i pełną ulgi - Czy to więź? - otarła łzy z oczu i uśmiechnęła się, bo to, co stało się przed paroma minutami, można było jeszcze wyczuć na kilometr; w tym momencie wszyscy pojawili się przy drzwiach, nawet mały Henry.
Kochu:') Satoru?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Manon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Manon. Pokaż wszystkie posty
4 sie 2019
9 kwi 2019
Od Manon c.d: Satoru
Jeżeli mam opisywać, jak przebiegało życie Manon w Piekle, to ujęłabym to w jedno słowo: piekielnie. Dziewczyna nie wiedziała powoli za co ma się wziąć, jadła samotnie, w pokoju, ponieważ nawet za wszystkie skarby świata, nie chciała wychodzić w tym stroju, żeby spotkać się z Władcą Piekła; byłoby to jedynie pakowaniem się w niepotrzebne tarapaty, a i tak zrobiła już w tym kierunku zbyt wiele. Czasami zastanawiała się, czy może jej matka tutaj była, bo... Nie, to niemożliwe, była wiedźmą, ale nie złą! Nie mogła trafić do podziemi, to byłoby niesprawiedliwe. Manon cicho westchnęła, próbując wyobrazić sobie moment, gdy sama przychodziła na świat, czy jej matka, Lothian Czarnodzioba, zaraz po tym, gdy została ścięta przez własną rodzicielkę, czy zaznała.. Takiej samej śmierci klinicznej, jak ona sama; co zakrawa o ironię, bo umarły praktycznie w tym samym momencie, zaraz po porodzie; tylko, że Lothian nie była winna swojej śmierci, za to Manon już zdecydowanie tak. Chciała wiedzieć, co dzieje się na górze, jak przeżywa to wszystko Satoru i jak ma się ich nowonarodzony synek, synek, który właśnie stał się starożytnym wiedźminem i białowłosa zauważyła to od razu po tym, gdy spojrzała w jego oczka. Wiedźmini, czytała o nich w legendach, byli synami wiedźm, zwykle zgładzeni zaraz po wydostaniu się na świat, aby nie siać niepotrzebnego zamętu; dlaczego? Otóż kiedyś, pierwsza w historii wiedźma, zrodzona z mroku i ogniska piekielnego, stojąca na czele armii później nowonarodzonych wiedźm; powiła syna, nikt wcześniej nie zaznał tego cudu, więc kobiety były nim bardzo zafascynowane, chłopczyk rósł w bardzo szybkim tempie, razem z emanującą z niego złością, tylko z jedną, bardzo maleńką różnicą; on był Czarnodziobym z krwi i kości, nie tak, jak nasz malutki Henryś; ten miał pazury takie same, aczkolwiek włosy czarne jak smoła, a zęby tak ostre jak te, które posiadały Żelaznozębne… Jak mówią, diabeł tkwi w szczegółach; chłopiec rósł jeszcze szybciej, osiągnął pełnoletność 10 lat po narodzinach, a później przestał się starzeć, nie był nieśmiertelny, aczkolwiek długoletni, mógł nie jeść tygodniami, aby później zaspokajać się całym stadem jeleni, bądź chmarą ludzkich, żywych istot; pochłaniał duszę jedna po drugiej, nie znając umiaru, co fascynowało wiedźmę tak samo mocno, jak ją przerażało, ponieważ jej syn był potworem w wiedźmiej skórze, prawdziwym, chodzącym demonem-apokalipsą, przepisem na totalną destrukcję wszystkiego, co oddychało. Spora część Klanu odradzała jej dalsze wychowywanie dziecka, ponieważ siał on tak liczny zamęt, że nie dało się go za nic w świecie oswoić; nie rozumiał słów typu "przestań, tak nie wolno, to za dużo", zazwyczaj wtedy prychał i szedł dalej, a zatrzymanie go zwykle kończyło się.. Śmiercią jednej z nich. Wtedy właśnie nasza Starożytna, pierwsza Matrona Klanu zaczęła zastanawiać się nad uśmierceniem własnego dziecka, ale nie mogła, była nim za mocno zauroczona, jej serce, chociaż martwe, w pełni należało do jej syna, więc postanowiła chronić go tak, jak tylko mogła, przy tym próbując troszkę ostudzić jego temperament, nie musze wspominać, jak to wszystko skończyło się dla Atiope? I tak wspomnę, otóż wiedźmini mają to w sobie, że ich moce są nieograniczone, nie skupiają się na niczym, a je mają, ich wewnętrzna studnia zawsze jest pełna i czeka na więcej wrażeń związanych z zabijaniem, mogą wszystko, oprócz ożywiania, ponieważ to.. To tylko sam jeden Bóg może. Wywołać ogień? Jejku, nie ma problemu, zmienić pogodę? Żaden problem? Usunąć z ciebie duszę jednym mrugnięciem oka? Litości, może coś trudniejszego? W każdym bądź razie Atiope próbowała, ile to już razy mierzyła w syna sztyletem, gdy ten słodko spał, lecz wyglądał wtedy tak niewinnie, jak nie ta sama osoba, która samotnie plądruje miasta bez żadnego wysiłku, pewnego razu, podczas jej ostatniej próby, która nie miała dojść do skutku; Hektor, bo tak miał na imię ów wiedźmin, przebudził się i zauważył stojącą nad nim matkę z nożem, nasiąkniętym zabójczą dawką najgroźniejszej z trucizny, której kropla powodowała wstrząsy, hibernację, ślinotok, a później natychmiastową śmierć, rzucił się na nią z przeraźliwym krzykiem, a ta nawet nie zauważyła, kiedy syn pożarł jej duszę.. I tak największa legenda Czarnodziobych, pierwsza matka wiedźm, zakończyła swój żywot, a zabił ją własny syn, któremu krzywdy nigdy nie chciała zrobić; z racji tego, że jej dusza została pożarta, nigdy też nie dostała się do piekła i nie zaznała życia po śmierci. Czarnodziobe ostatecznie złączyły się i zaczęły polować, po wielu próbach, latach walki z Hektorem; zabiła go Hekate, prababka Manon, a matka Rhiannon Czarnodziobej; dlatego też krew Manon stała się krwią następców wiedźm, przecudowną linią bordowej krwi, która uwolniła świat od wiedźminów, a teraz Manon, powiła syna, Henryiego, który żył i również był wiedźminem. Nasza białowłosa robiła dosłownie wszystko to, czego nie powinna, a jej prababka pewnie teraz przewraca się w grobie, a co... Jeżeli jest w piekle? Przez chwilę Manon przeszyła fala przerażenia, ale uspokoiła się, gdy uświadomiła sobie, że i tak nie da się jej zabić, jedyne co, to miałaby tu żyć z rodziną, która nie do końca ją teraz polubi, to wszystko, jakby nic nie zmieniło się od tego, co miała na górze przed spotkaniem z Yoshidą. W każdym bądź razie, jej wywody przerwały służki, które weszły do jej pokoju z cudowną, naprawdę cudowną, czarną, błyszczącą suknią, która wręcz emanowała królewskim majestatem, a więc miała być teraz władczynią piekła?
- Zostawiamy to dla Ciebie na jutro - prychnęła jedna z nich - Żal patrzeć, że wymienili Cię za Arsenka - westchnęła, a ta druga jakby pogrążyła się teraz we własnych marzeniach - nadal nie rozumiemy, co ty masz w sobie takiego, czego my nigdy nie miałyśmy - cmoknęła, jak wcześniej zrobił to Salomon i wypięła się niczym kocica - kształty masz niczego sobie, ale nam nie dorównasz, co masz w sobie, wiedźmo? - Manon przez chwilę była pewna, że jedna z nich zaraz się na nią rzuci, więc od razu przyjęła postawę obronną, lecz one tylko zaśmiały się przeraźliwie, lecz zamilkły, gdy do pokoju zawitała kolejna osoba, Salomon we własnej osobie.
- Wystarczy już tego, drogie panie - odparł i wyprosił je gestem dłoni, białowłosa w tym momencie cała przykryła się ciemną kołdrą, jakby próbowała ochronić się od mierzącego ją wzroku demona - Boli mnie to, kiedy tak się przede mną zasłaniasz, droga Manon, naprawdę nie wiesz ile bym dał, żeby w końcu cię skosztować, ten człowiek musiał mieć niesamowite szczęście - mężczyzna cały się napiął, jakby jego rządze zamieniły się w chwilową zazdrość - Cóż, skoro ja Cię tak bardzo kuszę, jak ty mnie, to zostawię tę noc na jutro - westchnął, był odrobinę zawiedziony i Manon wiedziała, że w wyobraźni wyrabia właśnie niezbyt normalne rzeczy - Dobranoc moja miła i do zobaczenia przy ołtarzu.
W momencie, gdy demon zniknął, Manon się rozpłakała. Nigdy nie sądziła, że miałaby zostać czyjąś żoną, a jeżeli już miała nią być, to tylko jednego Łowcy. Osunęła się powoli na poduszki, które o dziwo wydawały się miękkie, jej zmęczone, szklane oczy, od razu wyrażały protest, bardzo chciały spać, aczkolwiek nasza wiedźma nie chciała zbliżać się do kolejnego dnia... Tę walkę z ciałem niestety przegrała.
~~*~~
Następnego dnia wielkie przygotowania zaczęły się bardzo wcześnie, dziewczyna była na przeróżnych zabiegach, u fryzjerów, demonic, które zajmowały się makijażem, wszystko tak, jak na górze, tylko wykonywane bardziej brutalnie i.. wyzywająco. Nie ukrywały tego, jakie miały do niej uczucia, bo uderzały ją przy przejściu w bark lub mocno szarpały za włosy, gdy starały się uformować różne, niesamowite fryzury, które idealnie podkreślałyby wystające kości policzkowe wiedźmy. Po paru godzinach Manon była już gotowa, a gdy zobaczyła się w lustrze, to naprawdę oniemiała.. Wyglądała cudownie, jakby rola Królowej Piekła była jej przypisana od urodzenia, jakby właśnie tak miało być, lecz czy była szczęśliwa? Oczywiście, nigdy wcześniej nie czuła się tak piękna, jej skóra, którą okalały czarne, choć cudowne szaty, wręcz błyszczała, ale... W końcu przypomniała sobie za kogo wychodzi i cały czar prysł. Była piękna, nigdy nie czuła się piękniejsza, wszystko to związane z ciążą, zostało zagojone, lecz nawet dodało jej uroku i lepszych kształtów, pełniejszych, nie była już kościstą Manon, lecz Manon w pełni kobietą, z kształtami dalszej gruszki, aczkolwiek o wiele seksowniejszą. Zastanawiała się, czy teraz podobałaby się Yoshidzie jeszcze bardziej, w końcu przestała być dziewczyną i zyskała więcej atutów; zmieniła się, na lepsze, chociaż nie mnie to oceniać, bo sama jestem tylko płcią żeńską. Zbliżali się do ołtarza, widziała w nim Księcia Ciemności takiego radosnego, jakby właśnie zdał sobie sprawę, że odkrył lekarstwo na raka, więc tak wiele niepotrzebnych dusz nie musiałoby się mu tutaj kręcić, aczkolwiek wiadome było, że to nie to wprawiło go w ten cudowny nastrój, jedynie fakt, że dziecko z tą przepiękną wiedźmą da mu to, czego zawsze chciał; podbije niebiosa.
- Salomonie, czy chciałbyś połączyć się węzłem małżeńskim z tą istotą ciemności, córą demonów i szatańskim nasieniem we własnej osobie i czy przyrzekasz, że włos nie spadnie jej z głowy w Krainie Cieni? - odparł diabelski kapłan, jakby wyśmiewał się z tego, jak ślub powinien wyglądać tam na górze.
- Chcę i przyrzekam - uśmiechnął się mężczyzna, nadal okalając kobietę swoim wzrokiem. - Czy jest na sali ktoś, kto śmie sprzeciwić się temu małżeństwu? - warknął do obywateli diabeł, lecz nie spodziewał się tego, co za chwilę miało się wydarzyć. Do niby kościoła wbiegł mężczyzna z bronią, ze srogą miną i krzyknął, że zdecydowanie on nie zgadza się na to, co tu się wyrabia; Manon natychmiast poznała ten głos i odwróciła się w stronę Yoshidy, który... Nie wyglądał już jak niewinny chłopiec, tylko jako mężczyzna, który chce odzyskać to, co kocha. Myślała, że przez chwile upadnie i zemdleje, ale zapomniała, że przecież nie była cielesna.
- Satoru… - odparła, tylko jego imię zdołało się wyrwać z jej ust, gdyż zaraz po cichym śmiechu Salomona, na sali usłyszano strzały.
Musiałam przyspieszyć, bo inaczej bym nie zdażyła, gomene;-;
- Zostawiamy to dla Ciebie na jutro - prychnęła jedna z nich - Żal patrzeć, że wymienili Cię za Arsenka - westchnęła, a ta druga jakby pogrążyła się teraz we własnych marzeniach - nadal nie rozumiemy, co ty masz w sobie takiego, czego my nigdy nie miałyśmy - cmoknęła, jak wcześniej zrobił to Salomon i wypięła się niczym kocica - kształty masz niczego sobie, ale nam nie dorównasz, co masz w sobie, wiedźmo? - Manon przez chwilę była pewna, że jedna z nich zaraz się na nią rzuci, więc od razu przyjęła postawę obronną, lecz one tylko zaśmiały się przeraźliwie, lecz zamilkły, gdy do pokoju zawitała kolejna osoba, Salomon we własnej osobie.
- Wystarczy już tego, drogie panie - odparł i wyprosił je gestem dłoni, białowłosa w tym momencie cała przykryła się ciemną kołdrą, jakby próbowała ochronić się od mierzącego ją wzroku demona - Boli mnie to, kiedy tak się przede mną zasłaniasz, droga Manon, naprawdę nie wiesz ile bym dał, żeby w końcu cię skosztować, ten człowiek musiał mieć niesamowite szczęście - mężczyzna cały się napiął, jakby jego rządze zamieniły się w chwilową zazdrość - Cóż, skoro ja Cię tak bardzo kuszę, jak ty mnie, to zostawię tę noc na jutro - westchnął, był odrobinę zawiedziony i Manon wiedziała, że w wyobraźni wyrabia właśnie niezbyt normalne rzeczy - Dobranoc moja miła i do zobaczenia przy ołtarzu.
W momencie, gdy demon zniknął, Manon się rozpłakała. Nigdy nie sądziła, że miałaby zostać czyjąś żoną, a jeżeli już miała nią być, to tylko jednego Łowcy. Osunęła się powoli na poduszki, które o dziwo wydawały się miękkie, jej zmęczone, szklane oczy, od razu wyrażały protest, bardzo chciały spać, aczkolwiek nasza wiedźma nie chciała zbliżać się do kolejnego dnia... Tę walkę z ciałem niestety przegrała.
~~*~~
Następnego dnia wielkie przygotowania zaczęły się bardzo wcześnie, dziewczyna była na przeróżnych zabiegach, u fryzjerów, demonic, które zajmowały się makijażem, wszystko tak, jak na górze, tylko wykonywane bardziej brutalnie i.. wyzywająco. Nie ukrywały tego, jakie miały do niej uczucia, bo uderzały ją przy przejściu w bark lub mocno szarpały za włosy, gdy starały się uformować różne, niesamowite fryzury, które idealnie podkreślałyby wystające kości policzkowe wiedźmy. Po paru godzinach Manon była już gotowa, a gdy zobaczyła się w lustrze, to naprawdę oniemiała.. Wyglądała cudownie, jakby rola Królowej Piekła była jej przypisana od urodzenia, jakby właśnie tak miało być, lecz czy była szczęśliwa? Oczywiście, nigdy wcześniej nie czuła się tak piękna, jej skóra, którą okalały czarne, choć cudowne szaty, wręcz błyszczała, ale... W końcu przypomniała sobie za kogo wychodzi i cały czar prysł. Była piękna, nigdy nie czuła się piękniejsza, wszystko to związane z ciążą, zostało zagojone, lecz nawet dodało jej uroku i lepszych kształtów, pełniejszych, nie była już kościstą Manon, lecz Manon w pełni kobietą, z kształtami dalszej gruszki, aczkolwiek o wiele seksowniejszą. Zastanawiała się, czy teraz podobałaby się Yoshidzie jeszcze bardziej, w końcu przestała być dziewczyną i zyskała więcej atutów; zmieniła się, na lepsze, chociaż nie mnie to oceniać, bo sama jestem tylko płcią żeńską. Zbliżali się do ołtarza, widziała w nim Księcia Ciemności takiego radosnego, jakby właśnie zdał sobie sprawę, że odkrył lekarstwo na raka, więc tak wiele niepotrzebnych dusz nie musiałoby się mu tutaj kręcić, aczkolwiek wiadome było, że to nie to wprawiło go w ten cudowny nastrój, jedynie fakt, że dziecko z tą przepiękną wiedźmą da mu to, czego zawsze chciał; podbije niebiosa.
- Salomonie, czy chciałbyś połączyć się węzłem małżeńskim z tą istotą ciemności, córą demonów i szatańskim nasieniem we własnej osobie i czy przyrzekasz, że włos nie spadnie jej z głowy w Krainie Cieni? - odparł diabelski kapłan, jakby wyśmiewał się z tego, jak ślub powinien wyglądać tam na górze.
- Chcę i przyrzekam - uśmiechnął się mężczyzna, nadal okalając kobietę swoim wzrokiem. - Czy jest na sali ktoś, kto śmie sprzeciwić się temu małżeństwu? - warknął do obywateli diabeł, lecz nie spodziewał się tego, co za chwilę miało się wydarzyć. Do niby kościoła wbiegł mężczyzna z bronią, ze srogą miną i krzyknął, że zdecydowanie on nie zgadza się na to, co tu się wyrabia; Manon natychmiast poznała ten głos i odwróciła się w stronę Yoshidy, który... Nie wyglądał już jak niewinny chłopiec, tylko jako mężczyzna, który chce odzyskać to, co kocha. Myślała, że przez chwile upadnie i zemdleje, ale zapomniała, że przecież nie była cielesna.
- Satoru… - odparła, tylko jego imię zdołało się wyrwać z jej ust, gdyż zaraz po cichym śmiechu Salomona, na sali usłyszano strzały.
Musiałam przyspieszyć, bo inaczej bym nie zdażyła, gomene;-;
ilość słów: 1576
Od Manon c.d: Satoru
Czy każdy z nas oby dobrze wie, czym jest śmierć kliniczna? Śmierć, jaka by nie była, ta świadoma, pozostaje najgorszą z jej odmian; ponieważ człowiek, a w tym przypadku nawet i wiedźma, wiedzą i widzą w pełni to, co aktualnie dzieje się wokół ich już martwego ciała. Wszelkie oznaki życia znikają, ciało; niegdyś ciepłe, dzisiaj już uderzający, brutalny chłód, który sugeruje, że Kostucha pozostawił już na nim swoje kościste łapska; ginie na zawsze i nieodwracalnie. Manon, białowłosa wiedźma, stała obok nich wszystkich, rozpaczających i nie kryjących urazy co do jej popełnionego czynu; z rozłożonymi rękami, gdyż teraz swego paktu odwrócić nie mogła; patrzyła na swojego syna, na mężczyznę swojego życia i na Henryiego, który również płakał; przypomniało jej się wtedy zdarzenie sprzed roku, gdy to pierwszy raz odwiedziła to miejsce, jako nieustraszona i przeraźliwa Manon, następczyni Klanu Czarnodziobych, która nie brata się z ludźmi; dzisiaj nawet stworzyła rodzinę z jednym z nich, ale na jak długo? Dwie, może trzy minuty, zanim wszystko spaprała, odchodząc na zawsze. Jej dziecko nie będzie miało matki, o ile Satoru nie znajdzie sobie ponownie kobiety.. Ta myśl zabolała odrobinę naszą wiedźmę, ale nie mogła być przecież taką egoistką, każdy zasługiwał na szczęście, a tym bardziej ten Yoshida. W każdym bądź razie trafiła tutaj przypadkowo, oziębła i opadająca z sił przez gorączkę, która trawiła jej ciało gorącym, piekielnym żarem; była wtedy w stanie wręcz przed agonalnym i gdyby wtedy umarła... Może los Yoshidy potoczyłby się inaczej, w każdym bądź razie nie płakałby, nie teraz. Przechodziła koło nich po kolei, patrząc na ich smutne twarze i próbując ich rozweselić, nawet coś powiedzieć, że będzie w porządku, przecież poradzą sobie bez niej, lecz żadna z tych żywych dusz niczego nie słyszała. Białowłosa ostatecznie odetchnęła, jakby próbowała wszystkie swoje problemy odeprzeć od siebie grubym murem z powietrza, nie żałowała niczego, co zdarzyło się w jej życiu, popatrzyła na swoje małe dziecko, na synka, którego oczy były tak wspaniałe i znów prawie się popłakała, a on... Płakał również. Przez chwilę bała się spojrzeć na siebie, zobaczyć, kim teraz jest, ale uniosła dłoń wysoko i ostatecznie na nią spojrzała; dłoń, niby taka sama, lecz jeszcze bledsza niż kiedykolwiek wcześniej i przeźroczysta; no jasne, Manon stała się przecież duchem; była tylko duszą, której ludzkie oko w normalnym świecie dostrzec nie mogło. Uśmiechnęła się smutno jeszcze raz do wszystkich, słyszała, jak Satoru nadal krzyczy i błaga, żeby Henry próbował ją uratować, widziała w nim tą wściekłość, że lekarz był bezradny, ale przecież to nie była jego wina, tylko jej. Yoshida przeklinał wniebogłosy, że Bogowie powinni być zawsze pomocni, nosić szczęście i rozdawać je tym, którzy go potrzebowali, a on potrzebował tego szczęścia i ba, przez chwilę go miał, lecz bezkarnie mu to zabrano. Nasza wiedźma jeszcze nigdy w życiu nie chciała tak mocno kogoś przytulić, powiedzieć, że sercem będzie zawsze z nimi, że ich nie opuściła, nie tak do końca, ale nie mogła i chyba to uderzyło ją najbardziej. Dotknęła dłoni Cassiopei, a ta najeżyła się przez chwilę jak kot; no tak, przecież była jedyną, która miała kontakt z zaświatami; wyczuwała jej obecność, chociaż nie mogła jej dostrzec i Manon przysięgła, że usłyszała, jak najstarsza z wiedźm cicho wymawia jej imię. Tuż przed samym odejściem wiedźmy, ta spojrzała jeszcze na brata Arsene; mężczyznę, który był plątaniną emocji, bardzo chciał nie pokazywać, że ubolewa nad tym, co właśnie się wydarzyło i mniej więcej domyśla, dlaczego białowłosa leży martwa.
- Kocham was - wyszeptała Manon, gdy cały jej widok rozlał się w czerń. Opadła na zimną posadzkę z czarnego marmuru, a wszędzie wokół panowała grobowa cisza i było.. Tak przytulnie ciepło; była to zatem kwatera główna Władcy Piekieł, Salomona. Dziewczyna wstała na nogi i otrzepała się z kurzu, a raczej popiołu, który okalał cały zakątek Piekła. Mężczyzna, władca, wyglądał jak zwykle mężnie i dostojnie, jakoś bardzo mało piekielnie, ale dalej strasznie; niczym dojrzały, dobrze zbudowany mężczyzna o czerwonych ślepiach, mierzących teraz od stóp do głów Czarnodziobą. Uśmiechał się, lecz w jego uśmiechu kryła się dzikość i plan, którego dziewczynie nie udało się do tej pory poznać; jasne, że obiecała, że za niego wyjdzie, ale co miał na celu umawiając się na małżeństwo z wiedźmą, która była teraz martwa?
- Jeżeli sądzisz, że nie jesteś cielesna, lepiej spójrz na siebie - uśmiechnął się żarłocznie Salomon, w dalszym ciągu goszcząc białowłosą swoim wzrokiem. Manon nawet się nie zawahała, spojrzała i niedowierzała w to, co właśnie zobaczyła; miała ciało, mogła się dotknąć i nie była już przeźroczysta - Otóż to zasługa tego, że jesteś teraz w Piekle, czyli tam, gdzie miejsce zmarłych, jeżeli ponownie znalazłabyś się na górze, znów byłabyś tylko białym duszkiem, którego nikt nie widzi, chociaż w dalszym ciągu nie mogą dotknąć Cię osoby żywe, lecz zobaczyć już tutaj tak - stworzył obok białowłosej wielki, czarny tron, z wielką, wygrawerowaną literką C, która od wieków oznaczała Ród Czarnodziobych - Będziesz teraz moją żoną, siądź dostojnie, jutro wieczorem stanę się twoim mężem, a gdy już to się stanie, wreszcie Cię posiądę i twoje ponętne od zawsze ciało - cmoknął wymownie, powoli wypowiadając owe słowa - Nie wiem tylko jak taka wiedźma, taka najpiękniejsza z wszystkich obecnych, oddała się zwykłemu człowiekowi, hm? To smutne, że musze gościć w twoich progach po zwykłym człeku, aczkolwiek wątpię, że wytrzymam nawet do ślubu - wtem zasyczał niczym wąż, który skrada się do swojej ofiary po cichutku; belzebub we własnej osobie. Manon przez chwilę siedziała nieruchomo, ale teraz odważyła się na to, aby zasłonić swoje ciało, gdyż nosiła teraz bardzo ekstrawagancką kreację, która zbyt dużo odsłaniała; miała odkryty brzuch, już wyleczony, jakby za sprawą magii i prawie było widać jej piersi, nie wspominając już o przykrótkiej mini spódniczce, która pojawiła się na niej od razu przy lądowaniu. Nie mogła dopuścić do siebie faktu, że miałaby jutro oddać się Salomonowi, że w ogóle miałaby oddać się innemu, oprócz Yoshidzie; kochała go, całym sercem i wiedziała, że jej ciało należało tylko do niego, lecz w obecnej sytuacji, cóż, nie miała zbyt wielkiego wyboru; nie wydostanie się z Piekła. Służące, lekko zazdrosne demonice wzięły wiedźmę za ręce i zaprowadziły do odosobnionej komnaty, w której miała spędzić ostatnią noc sama.
~~*~~
Cassiopeia stała i nie mogła uwierzyć w to, co właśnie się działo, mimo tego, że wiedziała, co Manon zrobiła i jakie będą tego konsekwencje; uparcie wierzyła, że może Salomon zapomniał o pakcie, że zapomniał o jednej duszy, przecież miał ich tak wiele, lecz nie, zabrał dziewczynę z tego świata tak szybko, że nawet nie zdążyła nacieszyć się swoim własnym, dopiero urodzonym synem. Cała się trzęsła, pierwszy raz od wieków nie wiedziała, co ma zrobić, jak postąpić i co powiedzieć, dopóki nie poczuła na swojej dłoni chłodu, jakby ktoś, coś zimnego i nie z tego świata; położyło na niej swoją dłoń; wzdrygnęła się mimochodem, po czym szepnęła; jakby sama do siebie imię dziewczyny, od której myślała, że dotyk pochodził; łzy potoczyły się żwawym strumykiem, lecz dopiero po chwili, gdy usłyszała głos swojej małej dziewczynki, który mówił o tym, że ich kocha, zaczęła naprawdę niesamowicie płakać, albo nawet i wyć; dotyk zniknął, lecz wzrok wszystkich spoczął na najstarszej z wiedźm, która dawała upust swoim emocjom, nawet Henry do niej przybiegł, a ta przez targane nią emocje, dała się mu przytulić.. I siedzieli tak, przez chwilę, wszyscy razem, rozpaczając nad tym, co stracili, ale też ciesząc się z tego, co zyskali, dopóki Cassiopeia Czarnodzioba nie ocknęła się z transu i nie zrozumiała tego, co właśnie udało jej się zaznać.
- Manon Czarnodzioba nie odeszła - uniosła do góry głowę i pozbyła się nadmiaru łez na policzkach - przed chwilą tu była, wiem, bo poczułam jej dotyk, jej cząstka dalej żyje, przebywa - spojrzała wściekle na Satoru, który rozmawiał teraz z Arsene, którego hipotezy niby zgadzały się z rzeczywistością, lecz nie miały odpowiednich informacji - Ona żyje, Satoru, nie tutaj, ale na dole. Związała Pakt z Królem Salomonem, aby twój brat mógł wrócić, początkowo w zamian chciał waszego syna, lecz ta oddała mu się szybciej, niż zdążyłam mrugnąć i cokolwiek począć w tej sprawie; oddała mu swoje życie, za Ciebie, Arsenie - spojrzała teraz na brata Oru - Za Ciebie, za osobę, która do dziś nienawidzi wiedźm i tępi je w głowie, wiedźma Arsenie, WIEDŹMA - krzyknęła te słowa w jego stronę, aby wzbudzić w nim chociażby jakiekolwiek emocje, nawet nie zauważyła, że przy tym wszystkim trzyma Henryiego za rękę i ściska ją mocno - Satoru, jeżeli chcesz ją jakkolwiek uratować, to musisz się pospieszyć i zejść po swoją ukochaną aż po samo dno Piekła.
Beng!x"D Mamy to, ale się cieszę, że napisałam to dzisiajXD Oruś? <3
- Kocham was - wyszeptała Manon, gdy cały jej widok rozlał się w czerń. Opadła na zimną posadzkę z czarnego marmuru, a wszędzie wokół panowała grobowa cisza i było.. Tak przytulnie ciepło; była to zatem kwatera główna Władcy Piekieł, Salomona. Dziewczyna wstała na nogi i otrzepała się z kurzu, a raczej popiołu, który okalał cały zakątek Piekła. Mężczyzna, władca, wyglądał jak zwykle mężnie i dostojnie, jakoś bardzo mało piekielnie, ale dalej strasznie; niczym dojrzały, dobrze zbudowany mężczyzna o czerwonych ślepiach, mierzących teraz od stóp do głów Czarnodziobą. Uśmiechał się, lecz w jego uśmiechu kryła się dzikość i plan, którego dziewczynie nie udało się do tej pory poznać; jasne, że obiecała, że za niego wyjdzie, ale co miał na celu umawiając się na małżeństwo z wiedźmą, która była teraz martwa?
- Jeżeli sądzisz, że nie jesteś cielesna, lepiej spójrz na siebie - uśmiechnął się żarłocznie Salomon, w dalszym ciągu goszcząc białowłosą swoim wzrokiem. Manon nawet się nie zawahała, spojrzała i niedowierzała w to, co właśnie zobaczyła; miała ciało, mogła się dotknąć i nie była już przeźroczysta - Otóż to zasługa tego, że jesteś teraz w Piekle, czyli tam, gdzie miejsce zmarłych, jeżeli ponownie znalazłabyś się na górze, znów byłabyś tylko białym duszkiem, którego nikt nie widzi, chociaż w dalszym ciągu nie mogą dotknąć Cię osoby żywe, lecz zobaczyć już tutaj tak - stworzył obok białowłosej wielki, czarny tron, z wielką, wygrawerowaną literką C, która od wieków oznaczała Ród Czarnodziobych - Będziesz teraz moją żoną, siądź dostojnie, jutro wieczorem stanę się twoim mężem, a gdy już to się stanie, wreszcie Cię posiądę i twoje ponętne od zawsze ciało - cmoknął wymownie, powoli wypowiadając owe słowa - Nie wiem tylko jak taka wiedźma, taka najpiękniejsza z wszystkich obecnych, oddała się zwykłemu człowiekowi, hm? To smutne, że musze gościć w twoich progach po zwykłym człeku, aczkolwiek wątpię, że wytrzymam nawet do ślubu - wtem zasyczał niczym wąż, który skrada się do swojej ofiary po cichutku; belzebub we własnej osobie. Manon przez chwilę siedziała nieruchomo, ale teraz odważyła się na to, aby zasłonić swoje ciało, gdyż nosiła teraz bardzo ekstrawagancką kreację, która zbyt dużo odsłaniała; miała odkryty brzuch, już wyleczony, jakby za sprawą magii i prawie było widać jej piersi, nie wspominając już o przykrótkiej mini spódniczce, która pojawiła się na niej od razu przy lądowaniu. Nie mogła dopuścić do siebie faktu, że miałaby jutro oddać się Salomonowi, że w ogóle miałaby oddać się innemu, oprócz Yoshidzie; kochała go, całym sercem i wiedziała, że jej ciało należało tylko do niego, lecz w obecnej sytuacji, cóż, nie miała zbyt wielkiego wyboru; nie wydostanie się z Piekła. Służące, lekko zazdrosne demonice wzięły wiedźmę za ręce i zaprowadziły do odosobnionej komnaty, w której miała spędzić ostatnią noc sama.
~~*~~
Cassiopeia stała i nie mogła uwierzyć w to, co właśnie się działo, mimo tego, że wiedziała, co Manon zrobiła i jakie będą tego konsekwencje; uparcie wierzyła, że może Salomon zapomniał o pakcie, że zapomniał o jednej duszy, przecież miał ich tak wiele, lecz nie, zabrał dziewczynę z tego świata tak szybko, że nawet nie zdążyła nacieszyć się swoim własnym, dopiero urodzonym synem. Cała się trzęsła, pierwszy raz od wieków nie wiedziała, co ma zrobić, jak postąpić i co powiedzieć, dopóki nie poczuła na swojej dłoni chłodu, jakby ktoś, coś zimnego i nie z tego świata; położyło na niej swoją dłoń; wzdrygnęła się mimochodem, po czym szepnęła; jakby sama do siebie imię dziewczyny, od której myślała, że dotyk pochodził; łzy potoczyły się żwawym strumykiem, lecz dopiero po chwili, gdy usłyszała głos swojej małej dziewczynki, który mówił o tym, że ich kocha, zaczęła naprawdę niesamowicie płakać, albo nawet i wyć; dotyk zniknął, lecz wzrok wszystkich spoczął na najstarszej z wiedźm, która dawała upust swoim emocjom, nawet Henry do niej przybiegł, a ta przez targane nią emocje, dała się mu przytulić.. I siedzieli tak, przez chwilę, wszyscy razem, rozpaczając nad tym, co stracili, ale też ciesząc się z tego, co zyskali, dopóki Cassiopeia Czarnodzioba nie ocknęła się z transu i nie zrozumiała tego, co właśnie udało jej się zaznać.
- Manon Czarnodzioba nie odeszła - uniosła do góry głowę i pozbyła się nadmiaru łez na policzkach - przed chwilą tu była, wiem, bo poczułam jej dotyk, jej cząstka dalej żyje, przebywa - spojrzała wściekle na Satoru, który rozmawiał teraz z Arsene, którego hipotezy niby zgadzały się z rzeczywistością, lecz nie miały odpowiednich informacji - Ona żyje, Satoru, nie tutaj, ale na dole. Związała Pakt z Królem Salomonem, aby twój brat mógł wrócić, początkowo w zamian chciał waszego syna, lecz ta oddała mu się szybciej, niż zdążyłam mrugnąć i cokolwiek począć w tej sprawie; oddała mu swoje życie, za Ciebie, Arsenie - spojrzała teraz na brata Oru - Za Ciebie, za osobę, która do dziś nienawidzi wiedźm i tępi je w głowie, wiedźma Arsenie, WIEDŹMA - krzyknęła te słowa w jego stronę, aby wzbudzić w nim chociażby jakiekolwiek emocje, nawet nie zauważyła, że przy tym wszystkim trzyma Henryiego za rękę i ściska ją mocno - Satoru, jeżeli chcesz ją jakkolwiek uratować, to musisz się pospieszyć i zejść po swoją ukochaną aż po samo dno Piekła.
Beng!x"D Mamy to, ale się cieszę, że napisałam to dzisiajXD Oruś? <3
ilość słów: 1400
7 kwi 2019
Od Manon c.d: Satoru
Manon przez najbliższe dwa dni również czuła się niezręcznie, coś podpowiadało jej, że sytuacja, a raczej dzieło, którego odważyła się dokonać, zostało ujawnione; Cassiopeia razem z Asterin niby były obok niej, bacznie dotrzymywały jej kroku, ale milczały, jakby próbowały dostosować się do faktu, że Manon już niedługo z nimi nie będzie; Cassiopeia raz nawet próbowała jeszcze wybłagać białowłosą, żeby wezwała Króla Piekieł ponownie; miała tą cichą nadzieję w sobie, że pakt da się anulować, albo troszeczkę przerobić. Asterin natomiast siedziała niczym niewzruszona skała, patrząc się bacznie w okna i wyczekując zagrożenia, pilny oficer zawsze na posterunku. Co do naszej sytuacji z Satoru… Nic się szczególnego nie zmieniło, oprócz tego, jak patrzył na Manon; czujnym i i sprytnym sposobem zadawania pytań, próbował otrzymać od niej informacje, czy może wie, kto stoi za powrotem jego brata z piekła, lecz ta jedynie odpowiadała "może mieli go już tam dość"; w końcu Arsene nie należał do najbardziej przyjaznych typów. Wiedźma wiedziała, że Satoru jej niezbyt wierzy, zwłaszcza po tym, gdy zauważył grobową minę Cassiopei, która... Towarzyszyła jej aż po dziś dzień; powoli miała wrażenie, że jest w pułapce i że zaraz się przypadkowo wygada. W końcu stwierdziła, że pora pójść na jakieś zakupy, aby ich dziecku niczego nie brakowało; oczywiście łóżeczko już mieli, a zrobił je własnoręcznie sam Henry, z najlepszych materiałów na rynku; oczywiście też najtrwalszych, ponieważ jeżeli ich syn miał być chodź troszeczkę Czarnodziobym, to mógł... Roznieść normalne łóżko w drewniane wiórki ...w zaskakująco szybkim tempie. Na jednej ściance łóżka wygrawerował nawet literki "C&Y" co sugerowało, że mały Henry pochodził z dwóch zupełnie innych światów, które jednak spoiły cały wszechświat; Czarnodzioba&Yoshida; cud stworzony dzięki dwóm sprzecznościom; istotom, które wedle prawa, w ogóle nie powinny zaznać jakiegokolwiek kontaktu. Wracając do tematu, Manon wybrała się wraz z Cassiopeią i Asterin na rynek, ponieważ ich dziecko lada moment mogło przyjść na świat, a nie miało ani żadnych zabawek, ani też ubrań, co niezupełnie też podobało się tradycyjnej Asterin.
- Ubrania? Zabawki? On będzie z rodu wiedźm, Manon, rzucisz mu patykiem, to poleci i przyniesie ci w pysku, na co wiedźmiemu dziecku są zabawki? - wychrypiała oburzona, gdyż czuła, że to po raz kolejny łamie kodeks czarnodziobych; uspołecznianie dziecka i bawienie się z nim w ludzki świat było dla niej czymś nienaturalnym.
- Asterin - zaczęła jej tłumaczyć najstarsza - Zauważ również, że jest to ludzkie dziecko, dziecko Yoshidów, nie zostało poczęte w dniu krwawego księżyca, więc wcale też nie musi stać się Czarnodziobym; może być tylko człowiekiem, to dziecko poczęte w inny sposób.. Z miłości, a nie obowiązku - wymamrotała i skrzywiła się, gdy zauważyła oburzoną minę Asterin, która zaraz, po malutkiej chwili, zaczęła krzyczeć w niebogłosy, że Henry będzie Czarnodziobym i koniec kropka, a jeżeli nie, to sama przyczepi mu pazury. Manon powoli zaczęła obawiać się; komu oddaje pod opiekę los jej syna, gdy.. Gdy jej już nie będzie.
- Dajcie spokój, dobrze? Henry będzie człowiekiem, chce, aby nim był - uśmiechnęła się, gdy dotknęła swojego brzucha, czując przy tym kopnięcie i jakby dziwny skurcz, ale machnęła na to ręką, gdyż takie sytuacje zdarzały się już wcześniej - Nie chce, aby miał moce, inaczej Rhiannon, a raczej moja własna babka, będzie tropiła go przez resztę swojego jakże wieloletniego życia, a rodzina Satoru; nigdy go nie pokocha, nie pokocha go jak my, a to dziecko nie jest niczemu winne. Chciałabym, aby miał normalne życie, ludzkie i normalną rodzinę, z wami włącznie - kolejny skurcz przerwał chwilowo jej natłok myśli, gdyż zdawał się być bardziej bolesny, chociaż po chwili minął tak, jak wcześniejszy - Zróbcie mi tą przyjemność i wychowajcie go tak, żeby nie miał problemów i żeby nie musiał całe życie chować się w cieniu, a jeżeli już będzie miał pazury, to nauczcie go z nich korzystać, przyda mu się ta nadzwyczajna umiejętność - Manon uśmiechnęła się ponownie do wiedźm i schyliła, aby podnieść torby z zakupami, które nie były bardzo ciężkie, gdyż Asterin i Cassiopeia nie zgodziły się, aby białowłosa się nadwyrężała; same dźwigały masę tobołów, choć po czarnej jędzy wyglądało to tak, jakby miała ochotę je wyrzucić, bo Czarnodzioby nie będzie bawił się ludzkimi zabawkami, to uderza w ich honor! Białowłosa chwyciła za reklamówki, po czym uderzyło w nią dziwne uczucie, a zaraz po tym masa, bolesnych skurczów, więc opuściła przedmioty, które z impetem ponownie spadły na ziemie. Obie wiedźmy znalazły się przy Manon w niesamowicie szybkim tempie, na ich twarzach malowało się przerażenie.
- Chryste - warknęła Asterin sarkastycznie, na nowo wyśmiewając się z ludzkiego Boga - Manon, co się dzieje? - przykucnęła obok następczyni i spoglądała na okoliczne drzewa, jakby myślała, że trafiono ją jakąś strzałą.
- Odeszły ci wody, Manon - odpowiedziała Cassiopeia trochę szczęśliwym, chociaż przerażonym głosem - Twój syn chce przyjść już na ten okropny świat - powiedziała pomagając Manon wstać, gdyż te przeraźliwe skurcze utrudniały jej dosłownie wszystko. Nigdy nie sądziła, że to tak piekielnie może boleć i zaczęła współczuć wszystkim wiedźmom, które musiały zachodzić w ciąże jedna po drugiej i ciągle znosić te tortury; miała szklanki w oczach; raz robiło jej się zimno, zaraz znowu gorąco, a jej tętno niesamowicie podskoczyło do góry; do tego zaczynała już być na wpół świadoma tego, co właśnie się działo. "Twój syn", "chce", "okropny świat", docierały do niej jedynie urywki zdań najstarszej z wiedźm, więc te zaczęły delikatnie wlec ją do domu, zostawiając zakupy u jednej ze sklepikarek; obiecała, że je dla nich przytrzyma i odbiorą je, gdy dziecko będzie już na świecie,
Drzwi do domu Yoshidów otworzyły energicznie, powiedziałabym, że nawet "za" energicznie, bo prawie wypadły one z zawiasów, Henry szybko uniósł wzrok zza gazety, ale zaraz zjawił się przy białowłosej tak szybko, jak to tylko było możliwe, ponieważ zrozumiał, co właśnie zaczęło się dziać, Położył dziewczynę na sali operacyjnej, w której wcześniej operował ówczesną miłość swojego życia, lecz wiecie, co było najgorsze? Okazało się, że Satoru razem z Arsene na chwilę wyszli, obok, mieli zaraz wrócić, ale.. Jeszcze ich nie było, więc przez chwilę Cassiopeia musiała współpracować z Henrym.
- Nie ma czasu na wypominanie naszej historii, Cassiopeio, proszę cię pomóż mi i idź po morfinę - spojrzał wiedźmie głęboko w oczy i Manon widziała tą jego ulgę, gdy czarnowłosa skinęła głową i zniknęła za drzwiami - No już Manon, wszystko będzie dobrze, oddychaj - dziewczyna lekko, choć z bólem uśmiechnęła się do Henryiego, ponieważ skurcze powodowały, że dosłownie czuła, jakby zaraz miała umrzeć z bólu. Nie minęły 2 minuty, gdy koło drzwi w tym samym momencie pojawiła się Cass z morfiną i.. Satoru z miną bledszą, niż ściana obok której stał; przysięgam, że cały się trząsł, jakby nie mógł dowierzyć, że to właśnie się dzieje, że niedługo będzie mógł potrzymać na rękach własne dziecko. Porody wiedźm były cięższe, bardziej bolesne od tych ludzkich, ponieważ wiedźmie dzieci są.. Istotnie zabójcze; ten chłopczyk wydawał się współpracować, ale nie zmieniało to faktu, że ciało wiedźmy reagowało dalej tak samo. Henry raz po raz dawał jej jakieś polecenia, Satoru trzymał ją za rękę, później chodził zdenerwowany w kółko, chwilę później pomagał Henryiemu.. Tak naprawdę do Manon mało rzeczy dochodziło; czuła, że z każdym poleceniem "przyj", gdy było coraz bliżej tego cudu.. Uchodziło z niej życie, oddychała coraz gorzej, jej serce biło nienaturalnie za szybko, nawet Arsene zdawał się przejmować tym wszystkim, jakby gdzieś tam czuł, że będzie wujkiem, prawdziwym. Po trzy godzinnych staraniach, wielkich mękach wszystkich dookoła, Manon usłyszała dziecięcy płacz, w tym momencie łzy popłynęły jej z oczu, a Arsene musiał podtrzymywać swojego brata, aby zaraz nie zemdlał; Henry trzymał w ręce małego chłopczyka z heterochromią.. Jego jedno oczko było błękitne, niczym źrenice jego ojca, a drugie złote, przypominające, ba, nawet będące identyczne jak te Czarnodziobych. Widać było, że był i człowiekiem i Czarnodziobym, ponieważ miał predyspozycje do posiadania później ostrych pazurów wiedźm, chociaż całą resztę, razem z zębami; już miał ludzką. Henry dał syna Satoru na jego ręce, a ten przysięgam, że płakał również tak mocno, jak teraz nasza białowłosa.
- Mamy syna, Manon - odparł uśmiechając się do kobiety swojego życia i znowu patrząc na cud, który teraz trzymał. Manon ostatni raz spojrzała na swojego synka, pięknego, małego Henryiego i wiedziała, że będzie miał on tutaj dobre życie, po chwili ostatnia łza spłynęła jej z oczu, a przeraźliwe maszyny, sugerujące o biciu serca zamarły. Cassiopeia obudziła się jakby z transu i z szybkością rakiety atomowej doskoczyła do ciała dziewczyny, złapała ją za ramię i próbowała ocucić.
- Nie, Manon - krzyczała przeraźliwie - Błagam nie rób nam tego! - krzyczała jeszcze mocniej i zaczęła również płakać, lecz nikt jej nie odpowiadał - Henry błagam, zrób coś - dopiero po chwili reszta również zorientowała się, co właśnie się dzieje, gdyż Cassiopeia otrzymawszy wizje, zareagowała szybciej, niż jakiekolwiek bodźce dotarły do innych.
Lecz Manon nie odpowiadała.
Beng ;-; Halo Szekspir, ucz się pisania dramatów~
- Ubrania? Zabawki? On będzie z rodu wiedźm, Manon, rzucisz mu patykiem, to poleci i przyniesie ci w pysku, na co wiedźmiemu dziecku są zabawki? - wychrypiała oburzona, gdyż czuła, że to po raz kolejny łamie kodeks czarnodziobych; uspołecznianie dziecka i bawienie się z nim w ludzki świat było dla niej czymś nienaturalnym.
- Asterin - zaczęła jej tłumaczyć najstarsza - Zauważ również, że jest to ludzkie dziecko, dziecko Yoshidów, nie zostało poczęte w dniu krwawego księżyca, więc wcale też nie musi stać się Czarnodziobym; może być tylko człowiekiem, to dziecko poczęte w inny sposób.. Z miłości, a nie obowiązku - wymamrotała i skrzywiła się, gdy zauważyła oburzoną minę Asterin, która zaraz, po malutkiej chwili, zaczęła krzyczeć w niebogłosy, że Henry będzie Czarnodziobym i koniec kropka, a jeżeli nie, to sama przyczepi mu pazury. Manon powoli zaczęła obawiać się; komu oddaje pod opiekę los jej syna, gdy.. Gdy jej już nie będzie.
- Dajcie spokój, dobrze? Henry będzie człowiekiem, chce, aby nim był - uśmiechnęła się, gdy dotknęła swojego brzucha, czując przy tym kopnięcie i jakby dziwny skurcz, ale machnęła na to ręką, gdyż takie sytuacje zdarzały się już wcześniej - Nie chce, aby miał moce, inaczej Rhiannon, a raczej moja własna babka, będzie tropiła go przez resztę swojego jakże wieloletniego życia, a rodzina Satoru; nigdy go nie pokocha, nie pokocha go jak my, a to dziecko nie jest niczemu winne. Chciałabym, aby miał normalne życie, ludzkie i normalną rodzinę, z wami włącznie - kolejny skurcz przerwał chwilowo jej natłok myśli, gdyż zdawał się być bardziej bolesny, chociaż po chwili minął tak, jak wcześniejszy - Zróbcie mi tą przyjemność i wychowajcie go tak, żeby nie miał problemów i żeby nie musiał całe życie chować się w cieniu, a jeżeli już będzie miał pazury, to nauczcie go z nich korzystać, przyda mu się ta nadzwyczajna umiejętność - Manon uśmiechnęła się ponownie do wiedźm i schyliła, aby podnieść torby z zakupami, które nie były bardzo ciężkie, gdyż Asterin i Cassiopeia nie zgodziły się, aby białowłosa się nadwyrężała; same dźwigały masę tobołów, choć po czarnej jędzy wyglądało to tak, jakby miała ochotę je wyrzucić, bo Czarnodzioby nie będzie bawił się ludzkimi zabawkami, to uderza w ich honor! Białowłosa chwyciła za reklamówki, po czym uderzyło w nią dziwne uczucie, a zaraz po tym masa, bolesnych skurczów, więc opuściła przedmioty, które z impetem ponownie spadły na ziemie. Obie wiedźmy znalazły się przy Manon w niesamowicie szybkim tempie, na ich twarzach malowało się przerażenie.
- Chryste - warknęła Asterin sarkastycznie, na nowo wyśmiewając się z ludzkiego Boga - Manon, co się dzieje? - przykucnęła obok następczyni i spoglądała na okoliczne drzewa, jakby myślała, że trafiono ją jakąś strzałą.
- Odeszły ci wody, Manon - odpowiedziała Cassiopeia trochę szczęśliwym, chociaż przerażonym głosem - Twój syn chce przyjść już na ten okropny świat - powiedziała pomagając Manon wstać, gdyż te przeraźliwe skurcze utrudniały jej dosłownie wszystko. Nigdy nie sądziła, że to tak piekielnie może boleć i zaczęła współczuć wszystkim wiedźmom, które musiały zachodzić w ciąże jedna po drugiej i ciągle znosić te tortury; miała szklanki w oczach; raz robiło jej się zimno, zaraz znowu gorąco, a jej tętno niesamowicie podskoczyło do góry; do tego zaczynała już być na wpół świadoma tego, co właśnie się działo. "Twój syn", "chce", "okropny świat", docierały do niej jedynie urywki zdań najstarszej z wiedźm, więc te zaczęły delikatnie wlec ją do domu, zostawiając zakupy u jednej ze sklepikarek; obiecała, że je dla nich przytrzyma i odbiorą je, gdy dziecko będzie już na świecie,
Drzwi do domu Yoshidów otworzyły energicznie, powiedziałabym, że nawet "za" energicznie, bo prawie wypadły one z zawiasów, Henry szybko uniósł wzrok zza gazety, ale zaraz zjawił się przy białowłosej tak szybko, jak to tylko było możliwe, ponieważ zrozumiał, co właśnie zaczęło się dziać, Położył dziewczynę na sali operacyjnej, w której wcześniej operował ówczesną miłość swojego życia, lecz wiecie, co było najgorsze? Okazało się, że Satoru razem z Arsene na chwilę wyszli, obok, mieli zaraz wrócić, ale.. Jeszcze ich nie było, więc przez chwilę Cassiopeia musiała współpracować z Henrym.
- Nie ma czasu na wypominanie naszej historii, Cassiopeio, proszę cię pomóż mi i idź po morfinę - spojrzał wiedźmie głęboko w oczy i Manon widziała tą jego ulgę, gdy czarnowłosa skinęła głową i zniknęła za drzwiami - No już Manon, wszystko będzie dobrze, oddychaj - dziewczyna lekko, choć z bólem uśmiechnęła się do Henryiego, ponieważ skurcze powodowały, że dosłownie czuła, jakby zaraz miała umrzeć z bólu. Nie minęły 2 minuty, gdy koło drzwi w tym samym momencie pojawiła się Cass z morfiną i.. Satoru z miną bledszą, niż ściana obok której stał; przysięgam, że cały się trząsł, jakby nie mógł dowierzyć, że to właśnie się dzieje, że niedługo będzie mógł potrzymać na rękach własne dziecko. Porody wiedźm były cięższe, bardziej bolesne od tych ludzkich, ponieważ wiedźmie dzieci są.. Istotnie zabójcze; ten chłopczyk wydawał się współpracować, ale nie zmieniało to faktu, że ciało wiedźmy reagowało dalej tak samo. Henry raz po raz dawał jej jakieś polecenia, Satoru trzymał ją za rękę, później chodził zdenerwowany w kółko, chwilę później pomagał Henryiemu.. Tak naprawdę do Manon mało rzeczy dochodziło; czuła, że z każdym poleceniem "przyj", gdy było coraz bliżej tego cudu.. Uchodziło z niej życie, oddychała coraz gorzej, jej serce biło nienaturalnie za szybko, nawet Arsene zdawał się przejmować tym wszystkim, jakby gdzieś tam czuł, że będzie wujkiem, prawdziwym. Po trzy godzinnych staraniach, wielkich mękach wszystkich dookoła, Manon usłyszała dziecięcy płacz, w tym momencie łzy popłynęły jej z oczu, a Arsene musiał podtrzymywać swojego brata, aby zaraz nie zemdlał; Henry trzymał w ręce małego chłopczyka z heterochromią.. Jego jedno oczko było błękitne, niczym źrenice jego ojca, a drugie złote, przypominające, ba, nawet będące identyczne jak te Czarnodziobych. Widać było, że był i człowiekiem i Czarnodziobym, ponieważ miał predyspozycje do posiadania później ostrych pazurów wiedźm, chociaż całą resztę, razem z zębami; już miał ludzką. Henry dał syna Satoru na jego ręce, a ten przysięgam, że płakał również tak mocno, jak teraz nasza białowłosa.
- Mamy syna, Manon - odparł uśmiechając się do kobiety swojego życia i znowu patrząc na cud, który teraz trzymał. Manon ostatni raz spojrzała na swojego synka, pięknego, małego Henryiego i wiedziała, że będzie miał on tutaj dobre życie, po chwili ostatnia łza spłynęła jej z oczu, a przeraźliwe maszyny, sugerujące o biciu serca zamarły. Cassiopeia obudziła się jakby z transu i z szybkością rakiety atomowej doskoczyła do ciała dziewczyny, złapała ją za ramię i próbowała ocucić.
- Nie, Manon - krzyczała przeraźliwie - Błagam nie rób nam tego! - krzyczała jeszcze mocniej i zaczęła również płakać, lecz nikt jej nie odpowiadał - Henry błagam, zrób coś - dopiero po chwili reszta również zorientowała się, co właśnie się dzieje, gdyż Cassiopeia otrzymawszy wizje, zareagowała szybciej, niż jakiekolwiek bodźce dotarły do innych.
Lecz Manon nie odpowiadała.
Beng ;-; Halo Szekspir, ucz się pisania dramatów~
ilość słów: 1423
27 mar 2019
Od Manon c.d: Satoru
Pewnie zastanawiacie się jak przebiegało życie naszej cudownej Asterin, która nie do końca przyzwyczajona była do życia w ludzkim świecie. Ciągle wracała wspomnieniami do Klanu, który jeszcze niedawno miał dla niej sens, znaczenie.. Dalej była tą wielką, krwawą Czarnodziobą, ale teraz może troszkę mniej straszną, co powoli ją przerażało. Przechodziła ulicami, a ludzie zamiast uciekać, raczej uśmiechali się do niej ciepło, co zupełnie nie podobało się wiedźmie. Czasami patrząc tak na Manon i Satoru, pragnęła zaznać czegoś tak...magicznego, ale wiedziała, że jej życie nie było do tego przystosowane; Następczyni od zawsze wydawała się inna, miała swój świat, a ona? Żyła z nazwiskiem rodowym pełną parą! Nigdy nie odmawiała bitew, zawsze planowała rzezie, nie brakowało dni, w których nie musiałaby zdrapywać zeschniętą krew z dłoni, a teraz potulnie zajmowała się Manon razem z czujnym okiem Cassiopei. Często chodziła do rzeźnika, który tłukł dla niej swoje najlepsze bydło (nie, żeby musiała mu przy tym grozić, przecież to milutka wiedźma), w każdym bądź razie mężczyzna z obawy o własne życie zwykle zabijał mięso wtedy, gdy Asterin do niego przychodziła, aby było jak najbardziej krwawe i świeże, przecież małe dziecko, które gościło w brzuchu jej kuzynki musiało mieć wystarczająco wartości odżywczych, nie było do końca człowiekiem. Czarnodzioba nie gościła zbyt długo w domu Yoshidów, czuła się nieswojo, nie wyobrażała sobie, że mogłaby siedzieć z nimi przy stole, spać na łóżku z materacem czy brać prysznice pod tymi dziwnymi urządzeniami, do których widocznie przywykła już jej białowłosa kuzynka; Asterin czuła się dziwnie, wiedziała, że Manon zdradza nazwisko, robiąc te wszystkie ludzkie rzeczy, ale za wszelką cenę chciała ją chronić, mimo wszystko i wbrew wszystkiemu. Aby być jak najlepszą, przyszłą, prawie ciotką; chodziła po sklepach, po rynku a nawet do pubów, w których starała się poznać ludzi, poznać ich zwyczaje i może troszeczkę lepiej zrozumieć, przychodziło jej to z trudem, ale już nie miała tego dzikiego musu, aby rzucać się wszystkim do gardeł. Raz nawet pozwoliła sobie pójść do fryzjera, ponieważ Manon stwierdziła, że jej włosy, które powoli dotykały kolan, mogłyby stać się nieco problematyczne, a zwłaszcza, że malutki Henry, gdy już się urodzi, zapewne będzie lubił dotykać wszystkiego. Pomińmy fakt, że nożyczki fryzjerki raz prawie wbiły się w jej czoło, a jej fotel został doszczętnie zniszczony przez wbijane w niego pazury Czarnodziobej; chciała dobrze, prawda? Ostatecznie skończyła z włosami do pasa, mniej więcej takiej samej długości, jakie miała teraz białowłosa. Czasami marudziła, że był to błąd, bo włosy wiedźm są dla nich święte, ale skoro miała ten przywilej opiekowania się później pierwszym, żywym, męskim potomkiem Manon, mogła na to przystać. Starała się unikać Yoshidów, jak ogień wody, zwykle syczała, gdy tylko jeden z nich podchodzili za blisko.. jej przestrzeni osobistej, którą dla nich można było odmierzać już na kilometry. Pewnego dnia, gdy słońce powoli zachodziło na horyzoncie siedziała na dachu domu Yoshidów i jak każdego wieczora wypatrywała względnych zagrożeń, których teraz dla ciężarnej białowłosej nie brakowało, aż nagle przysiadła się do niej Cassiopeia, z wyrazem twarzy nieco dziwnym, jakby zaniepokojonym, cała trzęsła się ze strachu.
- Coś się stało Manon? - Asterin od razu wstała; czuła, że zawiodła, może przysnęła na warcie i wtedy ktoś zdołał się prześlizgnąć? Albo były to te wstrętne cieniste zjawy, które ciężko wypatrzeć pod wieczór. Jej tętno znacząco wzrosło podczas milczenia starszej z wiedźm, która przecież posiadała dar jasnowidzenia, do jej talentu potrzebna była mowa wyszkolona do perfekcji, aby raniąc słowami, nie zadawać bólu.
- Manon dokonała wyboru, Asterin. Opuszcza nas i to już całkiem niedługo.. Henry jest gotowy do przyjścia na świat, pozostały nam dni, godziny, może minuty z.. - powoli łamał jej się głos, jakby dalej nie mogła uwierzyć w to, co się stało - Związała pakt z Salomonem, że.. - jej twarz spoczęła na dłoniach, próbowała ukryć płynące łzy - ona umrze podczas porodu i nic nie możemy z tym zrobić - dokończyła, nigdy wcześniej też nie widziała tak bladej, czarnej jędzy, jej skóra praktycznie przypominała teraz skórę Manon; pozbawioną czerwieni i chęci do walki, obie opadły na ziemię, wiedziały, że z demonicznymi mocami nie można walczyć, z nimi się nie paktuje, a jeżeli już, to nie wchodzi w drogę. Siedziały przez chwile obie w ciszy, spoglądając na błyszczące niebo, które swoim wyglądem jak na ironię usposabiało się ze spokojem; spokojem, którego im właśnie brakowało.
- Przysięgam Ci Manon, że Henry mimo wszystko przeżyje - szepnęła cicho Asterin; cicha obietnica wiedźmy, która ma za zadanie chronić członka rodziny.
~~*~~
Salomon zniknął z pokoju tak szybko, jak się pojawił; runy i wszelkie znaki na to, co przed chwilą tutaj się zdarzyło również rozmyły się w niepamięć. Cassiopeia wyszła, pierwszy raz targana takimi emocjami, przed którymi właśnie Manon ją postawiła, nie dała rady spojrzeć jej w oczy. Wiedziała, że tym paktem wszystkich straci, a raczej to wszyscy stracą ją na dobre; mieli być partnerami z Satoru, tworzyć związek, tymczasem to ona właśnie podjęła decyzję sama, którą chłopak na pewno nie zrozumie; ba, nawet nie pozwoliłby jej ją zrealizować! Chociaż teraz nie ma już wyjścia, jej zegar tyka coraz szybciej, Henry powoli daje coraz większe znaki, że pora wydostać się do świata; Manon przez chwilkę miała ochotę zapłakać; nie zobaczy, jak dorasta jej syn, jak pierwszy raz wymawia niewyraźnie nowe słowa.. Jak staje na nogi i jak przeżywa przełomowy moment, gdy ludzkie paznokcie zamieniają się w te żelazne, wiedźmie i śmiercionośne pazury. Cieszyła się, że będzie miał Cassiopeię, Asterin, a przede wszystkim Satoru, Henryiego i Arsene, bo oni wydawali się być dla niego rodziną idealną; będą go wspierać... Ah, Manon tak bardzo chciałaby w tym wszystkim uczestniczyć, chociaż wiedziała, że już nie ma szans; jej dusza została sprzedana. Chwilę później, a właściwie zaraz po wyjściu Czarnodziobej, do pokoju wbiegł przerażony Satoru, jakby sądził, że stała się tutaj właśnie krwawa masakra, dziewczyna uśmiechnęła się do niego szeroko.
- Cassiopeia i te jej okropne wizje - mruknęła, próbując jakoś wytłumaczyć to, dlaczego starsza wiedźma wyszła stąd taka załamana - musi powiedzieć kolejnej wiedźmie, że jej czas niedługo się kończy, coraz ciężej to znosi - westchnęła i opierając się na dwóch rękach spróbowała powoli wstać, aby przytulić się do Satoru, mocno, z całej siły, uhh będzie jej tego brakowało. W tym samym czasie w salonie usłyszeli głośny huk, jakby otwierały się bramy piekielne i to dosłownie; Satoru wziął Manon za rękę i ostrożnie wyjrzał przez uchylone drzwi, jakby próbował sprawdzić, czy grozi im teraz niebezpieczeństwo.
- Cześć braciszku - usłyszeli ten sam, wredny głos Arsene, Satoru znacznie spiął mięsnie, jakby nie mógł uwierzyć w to, co właśnie się dzieje, oboje zeszli na dół.. Jego brat.. Dalej wyglądał tak samo dostojnie, jak typowy Łowca, choć Manon widziała co próbował ukryć; troszkę złamali jego nieustępliwą duszę w piekle.
Satoru?^^ Tez im współczuję..
- Coś się stało Manon? - Asterin od razu wstała; czuła, że zawiodła, może przysnęła na warcie i wtedy ktoś zdołał się prześlizgnąć? Albo były to te wstrętne cieniste zjawy, które ciężko wypatrzeć pod wieczór. Jej tętno znacząco wzrosło podczas milczenia starszej z wiedźm, która przecież posiadała dar jasnowidzenia, do jej talentu potrzebna była mowa wyszkolona do perfekcji, aby raniąc słowami, nie zadawać bólu.
- Manon dokonała wyboru, Asterin. Opuszcza nas i to już całkiem niedługo.. Henry jest gotowy do przyjścia na świat, pozostały nam dni, godziny, może minuty z.. - powoli łamał jej się głos, jakby dalej nie mogła uwierzyć w to, co się stało - Związała pakt z Salomonem, że.. - jej twarz spoczęła na dłoniach, próbowała ukryć płynące łzy - ona umrze podczas porodu i nic nie możemy z tym zrobić - dokończyła, nigdy wcześniej też nie widziała tak bladej, czarnej jędzy, jej skóra praktycznie przypominała teraz skórę Manon; pozbawioną czerwieni i chęci do walki, obie opadły na ziemię, wiedziały, że z demonicznymi mocami nie można walczyć, z nimi się nie paktuje, a jeżeli już, to nie wchodzi w drogę. Siedziały przez chwile obie w ciszy, spoglądając na błyszczące niebo, które swoim wyglądem jak na ironię usposabiało się ze spokojem; spokojem, którego im właśnie brakowało.
- Przysięgam Ci Manon, że Henry mimo wszystko przeżyje - szepnęła cicho Asterin; cicha obietnica wiedźmy, która ma za zadanie chronić członka rodziny.
~~*~~
Salomon zniknął z pokoju tak szybko, jak się pojawił; runy i wszelkie znaki na to, co przed chwilą tutaj się zdarzyło również rozmyły się w niepamięć. Cassiopeia wyszła, pierwszy raz targana takimi emocjami, przed którymi właśnie Manon ją postawiła, nie dała rady spojrzeć jej w oczy. Wiedziała, że tym paktem wszystkich straci, a raczej to wszyscy stracą ją na dobre; mieli być partnerami z Satoru, tworzyć związek, tymczasem to ona właśnie podjęła decyzję sama, którą chłopak na pewno nie zrozumie; ba, nawet nie pozwoliłby jej ją zrealizować! Chociaż teraz nie ma już wyjścia, jej zegar tyka coraz szybciej, Henry powoli daje coraz większe znaki, że pora wydostać się do świata; Manon przez chwilkę miała ochotę zapłakać; nie zobaczy, jak dorasta jej syn, jak pierwszy raz wymawia niewyraźnie nowe słowa.. Jak staje na nogi i jak przeżywa przełomowy moment, gdy ludzkie paznokcie zamieniają się w te żelazne, wiedźmie i śmiercionośne pazury. Cieszyła się, że będzie miał Cassiopeię, Asterin, a przede wszystkim Satoru, Henryiego i Arsene, bo oni wydawali się być dla niego rodziną idealną; będą go wspierać... Ah, Manon tak bardzo chciałaby w tym wszystkim uczestniczyć, chociaż wiedziała, że już nie ma szans; jej dusza została sprzedana. Chwilę później, a właściwie zaraz po wyjściu Czarnodziobej, do pokoju wbiegł przerażony Satoru, jakby sądził, że stała się tutaj właśnie krwawa masakra, dziewczyna uśmiechnęła się do niego szeroko.
- Cassiopeia i te jej okropne wizje - mruknęła, próbując jakoś wytłumaczyć to, dlaczego starsza wiedźma wyszła stąd taka załamana - musi powiedzieć kolejnej wiedźmie, że jej czas niedługo się kończy, coraz ciężej to znosi - westchnęła i opierając się na dwóch rękach spróbowała powoli wstać, aby przytulić się do Satoru, mocno, z całej siły, uhh będzie jej tego brakowało. W tym samym czasie w salonie usłyszeli głośny huk, jakby otwierały się bramy piekielne i to dosłownie; Satoru wziął Manon za rękę i ostrożnie wyjrzał przez uchylone drzwi, jakby próbował sprawdzić, czy grozi im teraz niebezpieczeństwo.
- Cześć braciszku - usłyszeli ten sam, wredny głos Arsene, Satoru znacznie spiął mięsnie, jakby nie mógł uwierzyć w to, co właśnie się dzieje, oboje zeszli na dół.. Jego brat.. Dalej wyglądał tak samo dostojnie, jak typowy Łowca, choć Manon widziała co próbował ukryć; troszkę złamali jego nieustępliwą duszę w piekle.
Satoru?^^ Tez im współczuję..
ilość słów: 1092
21 mar 2019
Od Manon c.d: Satoru
Do dziewczyny bodźce z zewnątrz dochodziły powoli, dalej nie mogła uwierzyć w to, co aktualnie się działo; czuła, jak ta malutka istotka się porusza... Jakby było jej już niewygodnie i jakby szukała nowego, mniej ciasnego pomieszczenia, aby dalej w spokoju sobie spać. Nigdy nie myślała, że dożyje takich chwil, że będą one jej kiedykolwiek dane, bo na litość boską, była przecież wiedźmą! Tam ciążę nie są wielką ekscytacją, tam się po prostu zachodzi i tyle, bez większych ceregieli, bez szczęścia i wzruszeń, ciąża za ciążą, śmierć za śmiercią, odwieczny rytuał. Kiedyś była święcie przekonana, że tak, jak każda inna wiedźm poderwie w dzień Krwawego Księżyca jakiegoś potężnego maga, zrobi to, co jej dane i urodzi córkę, albo zabije syna, ale teraz.. Było to po prostu nie do pomyślenia, teraz, żyjąc u ludzi, widząc ich zwyczaje i dobro w sercu zaczęła zauważać, dlaczego wiedźmy od lat były dla nich barbarzyńskimi stworzeniami, chociaż to właśnie im przyswajało się legendy, że ludzie na każdym kroku chcą je zaatakować, może i tak było, ale z większą mniejszością ich populacji, Teraz była tutaj, nosząc dziecko Yoshidów i będąc szczęśliwą, przysięgam, że jeżeli powiedzielibyście jej, że jej życie potoczy się w ten sposób jeszcze przed akcją z kościołem i masowym mordem, to mielibyście automatycznie sztylet wbity na środku czoła. Henry zrobił im zdjęcie, które później razem na kanapie, w trójkę, a raczej w czwórkę podziwiali; Manon i Satoru wyszli tam.. Wyszli po prostu bezbłędnie, ich czoła oparte o siebie, dłonie na brzuchu, które prawie się stykały i to wzruszenie, którego nie jestem w stanie opisać, wymalowane na twarzach. Białowłosa ocknęła się po chwili, gdy usłyszała pukanie do drzwi; Cassiopeia. Migusiem, a raczej "szybkim pędem" jak na ciężarówkę przystało poszła otworzyć czarnowłosej wiedźmie, na której twarzy wiecznie gościł grymas, gdy musiała tutaj wchodzić, sami domyślcie się dlaczego. Unikając jakiegokolwiek kontaktu wzrokowego z wujem Yoshidą, od razu poszła na górę, co zmartwiło następczynie, gdyż zauważyła, że Henry nieznacznie drgnął, jakby chciał podejść, zagadać, ale nie był w stanie. Ich historia jeszcze pewnie długo się potoczy, zanim dotrwamy do happy endu, gdyż oboje byli siebie warci; tak samo dumni, chodzili z uniesioną głową, jakby tak naprawdę wewnętrznie nie umierali. Manon cicho westchnęła, powiedziała, że teraz ma "ziołowe sprawy" z Panną Czarną Wdową (zaczęła ją tak nazywać dlatego, że ciągle musi jej powtarzać, aby zrobiła jakiś krok w stronę byłej miłości swojego życia, bo inaczej zostanie starą panną, ale ta uporczywie trzymała się swojego milczenia). Pocałowała leciutko swojego Oru w usta, ponieważ nie bardzo miała ochotę pogłębić pocałunku przy Henrym, już i tak wystarczająco zmieszanym przez zachowanie Cassiopei i ruszyła w górę, a raczej doczłapała.
- Powiedz mi kiedy przestaniesz zachowywać się jak dziecko, Cass? - dziewczyna mruknęła i zamknęła za sobą drzwi, patrząc wiedźmie prosto w oczy; była smutna, ale uporczywie próbowała to ukryć i nie dać tego po sobie znać.
- Nie skracaj mojego imienia Manon, proszę - powiedziała jak zwykle unosząc wysoko głowę, ostatnio robiła się coraz bardziej poważna i coraz mocniej przypominała Manon wiedźmę z lodu, czyli jej powstały przydomek. Białowłosa wiedziała, dlaczego ma go nie skracać, dlatego też z uporem maniaka robiła to dalej, aby wywrzeć jakieś emocje na zdębiałej, starszej wiedźmie. Cassiopeia przewróciła oczami i wyciągnęła księgi, o które prosiła ją wcześniej białowłosa; czarna magia, najgorsza z najgorszych, ale Manon słyszała raz rozmowę Henryiego z Satoru o tym, że jest mu przykro, że jego brat nie może zobaczyć, jakim szczęśliwym jest prawie-tatą i to wywarło ogromny wpływ na dziewczynie; postanowiła, że jakoś musi wydostać Arsene z piekła, praktycznie każdym kosztem, bo to on przyczynił się do tego, że Manon jest teraz w ciąży.. Można tak to ująć, prawda? Zabrał ich z klanu, ich losy mogłyby potoczyć się inaczej, a teraz są szczęśliwi... I mają w drodze synka.
- Nie mam pojęcia co ty wyczyniasz, Manon, ale nie podoba mi się to - powiedziała wręczając jej książki, dziewczyna zaczęła je czytać, nie odpowiedziawszy swojej praktycznie matce żadnym słowem, musiała znaleźć jakąś wskazówkę, jakieś runy.. Cokolwiek. Cassiopeia otoczyła pomieszczenie bańką, aby żadne głośne odgłosy, nie wydostały się na zewnątrz, żeby zaraz Satoru z tym przeokropnym lekarzem, który kiedyś skradł jej serce, nie dostali kolejnych zawałów przez to, co właśnie wyczynia nasza wiedźma. Czarnowłosa wiedziała, że nie ma żadnego wpływu na Manon, bo ta i tak zrobiłaby to, co by chciała. Tymczasem nasza ciężarówka zaczęła malować na podłodze runy baranią krwią, którą dostała w fiolce od Cassiopei, rysowała je zgodnie ze wskazówkami, które znajdowały się w starej księdze, dzięki nim miała wezwać samego Salomona, Króla Piekieł; demona, który więził Arsene.
- Vulnerant omnes, ultima necat - zaczęły wymawiać pradawne słowa, które były zapisane w języku, który od dawna pozostawał zapomniany... Może i zapomniany, ale nie dla wiedźm. - Necesse est multos timeat quem multi timent - brzmiało to raczej jak plątanina głupich słów, ale obie wiedźmy doskonale wiedziały, słowo za słowem, co mówią - Bonum ex malo non fit, Si Deus pro nobis, quis contra nos? - po ostatnim słowie runy, które Manon perfekcyjnie narysowała na podłodze zaczęły się świecić, Cassiopeia przez to zaczęła zastanawiać się, czy dziewczyna już wcześniej tego nie robiła. Uprzednie słowa, które wypowiadały, oznaczały mniej więcej to:
- Dobrze wiem, czego ode mnie chcesz, niedobra duszyczko, więc zaproponuje ci układ - jego głos wcale nie należał do tych najbardziej łagodnych; wiedział, że zatrzymując Arsene, mógłby mieć później z niego wielki pożytek. Spojrzał martwym wzrokiem na brzuch Czarnodziobej, w którym rozwijał się ich syn - wasze dziecko będzie bardzo silne, Manon Czarnodzioba, ponieważ zostało poczęte w piekle, czyż nie? - w tym momencie Cassiopeię przeszedł piorun, stanęła jak wryta i z niedowierzaniem spojrzała na następczynie, przysięgam, że jeszcze chwila, a pomyślałabym, że meduza zamieniła ją w kamień. Myślała, że przez chwilę się przesłyszała, była w wielkim szoku, bo to oznaczało, że - W takim bądź razie to dziecko należy się mi w równym stopniu, co wam. Oddam wam Arsene w zamian, za Twojego syna, chociaż interesowałby mnie większy dobytek - złapał białowłosą za podbródek i zbliżył się w taki sposób, że dziewczyna czuła jego oddech na policzkach, nie śmiała się nawet wyrwać - Sama Następczyni największego Klanu wiedźm, jako moja oficjalna, martwa już służka, byłaby wielkim pożytkiem dla samotnego gościa, jakim jestem ja - w tym momencie udał smutek. Cassiopeia siedziała niczym zamurowana, jakby próbowała to wszystko sobie wchłonąć na raz, a Manon przeszywały skrajne emocje; jeżeli tego nie zrobi, Satoru nigdy nie odzyska brata, prawda? Przecież nie da rady wygrać w Władcą Piekieł, a on od samego początku tego właśnie chciał. Białowłosej ściekła jedna, jedyna łza po policzku, która próbowała powiedzieć jej, żeby tego nie robiła, żeby się nie zgadzała, miała przecież stworzyć rodzinę, a nie umierać! Złapała się za brzuch, spojrzała na niego i uśmiechnęła się, głaszcząc go powoli; skoro tak miało być, niech będzie.. A oru… Ohh, w tym momencie ręce zaczęły jej się trząść, ale wiedziała, że z ich miłości miałby chociaż małego Henriego, prawda? Nic nie poszłoby na marne, nie zostałby sam..
- Manon, ani mi się wa…- Cassiopeia nie dokończyła zdania, który właśnie miał wybić z Manon ten okropny pomysł, ponieważ białowłosa rozcięła sobie dłoń i pokropiła runy Salomona własną krwią na znak, że przyjmuje ofertę.
Ja coś chyba nie mam głowy do tych odpisów;-; Przepraszam;-; Oruś? <3
- Powiedz mi kiedy przestaniesz zachowywać się jak dziecko, Cass? - dziewczyna mruknęła i zamknęła za sobą drzwi, patrząc wiedźmie prosto w oczy; była smutna, ale uporczywie próbowała to ukryć i nie dać tego po sobie znać.
- Nie skracaj mojego imienia Manon, proszę - powiedziała jak zwykle unosząc wysoko głowę, ostatnio robiła się coraz bardziej poważna i coraz mocniej przypominała Manon wiedźmę z lodu, czyli jej powstały przydomek. Białowłosa wiedziała, dlaczego ma go nie skracać, dlatego też z uporem maniaka robiła to dalej, aby wywrzeć jakieś emocje na zdębiałej, starszej wiedźmie. Cassiopeia przewróciła oczami i wyciągnęła księgi, o które prosiła ją wcześniej białowłosa; czarna magia, najgorsza z najgorszych, ale Manon słyszała raz rozmowę Henryiego z Satoru o tym, że jest mu przykro, że jego brat nie może zobaczyć, jakim szczęśliwym jest prawie-tatą i to wywarło ogromny wpływ na dziewczynie; postanowiła, że jakoś musi wydostać Arsene z piekła, praktycznie każdym kosztem, bo to on przyczynił się do tego, że Manon jest teraz w ciąży.. Można tak to ująć, prawda? Zabrał ich z klanu, ich losy mogłyby potoczyć się inaczej, a teraz są szczęśliwi... I mają w drodze synka.
- Nie mam pojęcia co ty wyczyniasz, Manon, ale nie podoba mi się to - powiedziała wręczając jej książki, dziewczyna zaczęła je czytać, nie odpowiedziawszy swojej praktycznie matce żadnym słowem, musiała znaleźć jakąś wskazówkę, jakieś runy.. Cokolwiek. Cassiopeia otoczyła pomieszczenie bańką, aby żadne głośne odgłosy, nie wydostały się na zewnątrz, żeby zaraz Satoru z tym przeokropnym lekarzem, który kiedyś skradł jej serce, nie dostali kolejnych zawałów przez to, co właśnie wyczynia nasza wiedźma. Czarnowłosa wiedziała, że nie ma żadnego wpływu na Manon, bo ta i tak zrobiłaby to, co by chciała. Tymczasem nasza ciężarówka zaczęła malować na podłodze runy baranią krwią, którą dostała w fiolce od Cassiopei, rysowała je zgodnie ze wskazówkami, które znajdowały się w starej księdze, dzięki nim miała wezwać samego Salomona, Króla Piekieł; demona, który więził Arsene.
- Vulnerant omnes, ultima necat - zaczęły wymawiać pradawne słowa, które były zapisane w języku, który od dawna pozostawał zapomniany... Może i zapomniany, ale nie dla wiedźm. - Necesse est multos timeat quem multi timent - brzmiało to raczej jak plątanina głupich słów, ale obie wiedźmy doskonale wiedziały, słowo za słowem, co mówią - Bonum ex malo non fit, Si Deus pro nobis, quis contra nos? - po ostatnim słowie runy, które Manon perfekcyjnie narysowała na podłodze zaczęły się świecić, Cassiopeia przez to zaczęła zastanawiać się, czy dziewczyna już wcześniej tego nie robiła. Uprzednie słowa, które wypowiadały, oznaczały mniej więcej to:
Wszystko rani, ostatnie zabija
tutaj wielu musi się bać ten, kogo wielu się boi
skoro dobro nie rodzi się ze zła
a Bóg jest z nami, to kto przeciw nam?
Wtem otworzył się portal, dosyć głośno, lecz Cassiopeia zadbała, aby pozostały niewykryte, z czerwonego światła, wyszedł osobnik już dobrze znany naszej Czarnodziobej; Salomon, wielki i potężny Książę Ciemności we własnej osobie. Spojrzał zaciekawionym, choć poważnym wzrokiem na wiedźmy, które odważyły się go przyzwać, po czym wyciągnął swoją dłoń do białowłosej.- Dobrze wiem, czego ode mnie chcesz, niedobra duszyczko, więc zaproponuje ci układ - jego głos wcale nie należał do tych najbardziej łagodnych; wiedział, że zatrzymując Arsene, mógłby mieć później z niego wielki pożytek. Spojrzał martwym wzrokiem na brzuch Czarnodziobej, w którym rozwijał się ich syn - wasze dziecko będzie bardzo silne, Manon Czarnodzioba, ponieważ zostało poczęte w piekle, czyż nie? - w tym momencie Cassiopeię przeszedł piorun, stanęła jak wryta i z niedowierzaniem spojrzała na następczynie, przysięgam, że jeszcze chwila, a pomyślałabym, że meduza zamieniła ją w kamień. Myślała, że przez chwilę się przesłyszała, była w wielkim szoku, bo to oznaczało, że - W takim bądź razie to dziecko należy się mi w równym stopniu, co wam. Oddam wam Arsene w zamian, za Twojego syna, chociaż interesowałby mnie większy dobytek - złapał białowłosą za podbródek i zbliżył się w taki sposób, że dziewczyna czuła jego oddech na policzkach, nie śmiała się nawet wyrwać - Sama Następczyni największego Klanu wiedźm, jako moja oficjalna, martwa już służka, byłaby wielkim pożytkiem dla samotnego gościa, jakim jestem ja - w tym momencie udał smutek. Cassiopeia siedziała niczym zamurowana, jakby próbowała to wszystko sobie wchłonąć na raz, a Manon przeszywały skrajne emocje; jeżeli tego nie zrobi, Satoru nigdy nie odzyska brata, prawda? Przecież nie da rady wygrać w Władcą Piekieł, a on od samego początku tego właśnie chciał. Białowłosej ściekła jedna, jedyna łza po policzku, która próbowała powiedzieć jej, żeby tego nie robiła, żeby się nie zgadzała, miała przecież stworzyć rodzinę, a nie umierać! Złapała się za brzuch, spojrzała na niego i uśmiechnęła się, głaszcząc go powoli; skoro tak miało być, niech będzie.. A oru… Ohh, w tym momencie ręce zaczęły jej się trząść, ale wiedziała, że z ich miłości miałby chociaż małego Henriego, prawda? Nic nie poszłoby na marne, nie zostałby sam..
- Manon, ani mi się wa…- Cassiopeia nie dokończyła zdania, który właśnie miał wybić z Manon ten okropny pomysł, ponieważ białowłosa rozcięła sobie dłoń i pokropiła runy Salomona własną krwią na znak, że przyjmuje ofertę.
Ja coś chyba nie mam głowy do tych odpisów;-; Przepraszam;-; Oruś? <3
ilość słów: 1260
20 mar 2019
Od Manon c.d: Satoru
Skrócona wersja imienia Cassiopei; uderzyła w nią, niczym kubeł z zimną wodą; tak, to naprawdę był Henry, tylko on kiedykolwiek odważył się skrócić jej imię, tylko on był do tego zdolny, a nasza Czarnowłosa jednak wcale sobie tego nie wyśniła. Bała się zrobić krok w ich kierunku, nie czuła się wpasowana w otoczenie, przecież na litość boską skończyli ze sobą jakąkolwiek relację blisko 20 lat temu. Cassiopeia pamiętała nadal ten dzień, jakby zdarzył się on wczoraj; siedzieli na kanapie, a Henry z bólem w oczach próbował uświadomić ją, że praca zdaje się zabierać resztki jego sił, że nie starczy tutaj miejsca dla niej; zgodziła się, oczywiście, że musiała, lecz jedyne, na co wtedy się odważyła, było lekkie skinięcie głowy, to wszystko; pożegnali się, a ona odeszła... Odeszła z jedną, małą niespodzianką, a może tajemnicą? Otóż Cassiopeia była wtedy w ciąży, była zdziwiona tym faktem zupełnie tak, jak Manon, gdy dowiedziała się, że będzie miała syna; dlatego tak bardzo obawiała się o życie białowłosej, ponieważ los... Ten ich los był tak podobny, że kobieta w niemalże każdym calu widziała swoje życie w następczyni. Myślała, że Satoru ją zostawi, że sprawa związana z gildiami, otaczanie się wyższymi celami, było odgórnie zapisane w genach ludzi, w końcu niczego innego się od nich nie nauczyła; nigdy też nie pomyślała, aby odnaleźć Henryiego, nie chciała zepsuć mu pasji, marzeń i stanąć na drodze do założenia normalnej rodziny, gdy już byłby na to wszystko gotowy. Teraz stała i wpatrywała się w te jego niesamowite oczy, od których ciarki przechodziły na każdym skrawku jej ciała; błagała diabły i wszelkie wiedźmie demony, aby nigdy nie musiała stanąć ponownie na ścieżce ów studenta medycyny, nie chciała rozsypać się, jak stara waza, która upada na dno; nie chciała też nigdy musieć powiedzieć mu o ciąży i o tym, że Łowcy, Łowcy... Przecież on też był Yoshidą, też był Łowcą, a Cassiopeia… Spotykała się z Yoshidą; przez chwile źrenice czarnowłosej mocno otworzyły się, jakby właśnie zrozumiała coś okropnego i strasznego.
- Henry Yoshida - wymamrotała prawie niezauważalnie, ale wiedziała, że mężczyzna i tak ją usłyszał, zdawał się również wypowiadać "Cassiopeia Czarnodzioba"; otóż wiedźma nigdy nie powiedziała mu, że nią jest; wiadomo, że wiedźmy nie były szczególnie lubiane w miastach, choć tak nienaturalnie piękne, wywierały ogromny wpływ na mieszkańców, kobieta nigdy nie przyszła tam, aby się wiązać, chciała poznawać tajniki medycyny, chociaż bardziej pod kątem natury, niż tych wszystkich pikawek, od których aktualnie musiała być uzależniona. Chciała wiedzieć, jak ludzkie istoty radzą sobie z chorobami, które trawią ich ciała w narastającym tempie, przeżyła dżumę i różne ataki wirusów, które nawiedzały miasta, ponieważ wiedźmy... Nie były do końca ludzkie, to raczej o wiele silniejsze mutanty, pod każdym względem, nawet odporności. Widziała, jak umierają, ale nie chciała im pomóc, ponieważ oni niszczyli ich Klany tak szybko, jak ludzki organizm niszczyły choroby; wydawało jej się wtedy, że to pożyteczna karma... Aż nie poznała Henryiego, szczęśliwego, wiecznie uśmiechniętego,, choć też nieco poważnego studenta medycyny, który był zachwycony tym wszystkim, co będzie mógł przekazać ludziom, gdy już skończy uczelnie, miał "chcę pomagać" jakby wytatuowane na czole, więc też nasza jeszcze wtedy młoda Czarnodzioba nie zorientowała się, że mógł być Łowcą. Racją było to, że wykluczał możliwość leczenia dzięki ziołom, które tak pasjonowały Cassiopeię; pod tym względem wiecznie się kłócili i gryźli, "Henry, wiesz, że tymianek może pomagać na różne choroby skóry, to niesamowite!", ten czasami jedyne, co potrafił odpowiedzieć, to "Tymianek dodaje tylko do sosów, nadal nie jestem gładki jak niemowlę, Cass", wtedy nasza Cassiopeia prychała zrezygnowana, że osoba bliska jej sercu nie chce poznać czegoś nowego, ale szanowała to, ponieważ każdy miał swój udział w czymś innym. Później z dnia na dzień jakby oddalał się od Czarnowłosej, która pokochała go za to, że oddawał się czemuś z taką pasją, że kochał... Kochał ją za charakter, a nie za to, że wyglądała jak Afrodyta w ludzkiej skórze; widziała, że Henry patrząc na nią, zawsze patrzył jej w oczy, a nie na kształty jej seksownego ciała, to ją w nim urzekło najbardziej, omijając fakt, że był również zabójczo przystojny i na litość boską; nadal był. Odeszła, urodziła córeczkę, z którą nikt nie miał problemu, ponieważ urodziła się w pełni.. Czarnodzioba; posiadała żółte oczka i mocno kruczoczarne włosy; Cassiopeia jakby wtedy urosła w siłę, chciała na nowo żyć, chociaż jej serce było gdzieś w środku złamane; i wtedy wybuchła ta niechybna wojna z Łowcami, którzy napadli je niezauważanie w środku nocy; złapano szamankę, torturowano, a jej dziecko... Jej dziecko, małe, malutkie dziecko zostawiono same na pastwę losu w środku lasu; córeczkę, która mając zaledwie parę miesięcy, nie mogła zrobić niczego, aby się obronić, nie miała nawet wtedy ani krzty magii! Po jakimś czasie zniewolenia czarnowłosa jak najszybciej pobiegła do miejsca, w którym zdarzył się ten horror, ale po jej dziecku nie było już śladu, wszędzie leżały kości wiedźm, którym nie udało się przetrwać noc. Wtedy też, przez ten dzień, w którym zabrano jej wszystko, stała się tą wielką Czarnodziobą, siejącą strach i praktykującą czarną magię, aby móc dowiedzieć się co stało się z jej małą, czarnowłosą córeczką, lecz nawet demony nie potrafiły odpowiedzieć jej na to pytanie.. Tak też została nazwana wiedźmą wykutą z lodu, ponieważ jej wieczny, poważny wyraz twarzy, chłód, który bił z każdego skrawka jej ciała nie pozwolił na to, aby ktokolwiek nie czuł przed nią respektu... Aż ostatecznie jej serce, a raczej skrawki serca łamanego z duszą, sklepiła wiedźma inna niż wszystkie, białowłosa i dobra Manon, której właśnie los był tak bardzo podobny do Cassiopei, chociaż o niebo lepszy; dlatego też szamanka przysięgła już sobie, że nigdy w życiu nie pozwoli, aby stała jej się krzywda, dlatego też bez zawahania przyjęła na siebie cios Rhiannon Czarnodziobej.. Gdy tak wspomnienia wleciały w naszą Cassiopeię również się zachwiała. spojrzała ostatecznie w oczy Henriego, dla którego to wszystko było równie ciężkie, co dla samej Szamanki, przytaknęła, jak wtedy, gdy uświadomił ją, że będą musieli się pożegnać i wróciła do miejsca, o które prosił ją Henry, lecz przysięgam, że zamykając drzwi, oczy zaszkliły jej się mocno z natłoku emocji, których nie miała aż tyle po 20 latach.
~~*~~
Miesiące mijały już nieubłaganie za szybko; raz Manon cieszyła się, była cała w skowronkach, a później uświadamiała sobie, że już niedługo naprawdę będzie trzymała na rękach nowe życie, które będzie od niej uzależnione. Jej brzuch był już na tyle duży, że ciężko było jej się schylać, więc wyobraźcie sobie jak to wyglądało... Satoru biegał przy niej, jak głupi piesek, który chciałby mieć coś do zrobienia. "Manon, pomóc ci w czymś? Wszystko w porządku? Jejku, myślisz, że jak on tam oddycha?" Był coraz bliżej zawału, a gdy tylko dziewczyna poczuła się gorzej, natychmiast biegł po Henryiego, który już był zmęczony wchodzeniem bez sensu po schodach, Manon wtedy uśmiechała się do niego blado, ponieważ nie mogła nic poradzić na to, że jej Satoru stawał się tak nadopiekuńczy. Co do sprawy z Cassiopeią, gdy tylko poczuła się lepiej, wyszła, po prostu, na co Henry zareagował jednak smutno; wiedziała, że było jej ciężko, ale odsuwała się od starszego mężczyzny możliwie jak najdalej, a gdy tylko przychodziła, to w miarę jak najciszej, aby nie doszło do jej konfrontacji z wujem Yoshidą; białowłosa czuła, że Cassiopeia coś ukrywała przed brunetem i wiedziała, że jeżeli znowu spojrzy mu w oczy, to wyda całą prawdę, która tak okropnie raniła jej dusze. Było jej żal tej starszej dwójki, ponieważ nie potrafili przyznać się sobie, że ich miłość wcale nie wygasła i że żałują lat, które przez głupie, młodzieńcze zachowanie i dumę - stracili bezpowrotnie. W końcu Manon odważyła się wstać, choć było to nie lada wyzwanie dla już tak wielkiej ciężarówki, chciała zejść szybko, bo wiedziała, że za moment w ich drzwiach zjawi się Czarnowłosa szamanka, która lubiła przynosić dziewczynie krwiste steki; miała ochotę ją opieprzyć, jakby to ona właśnie się nią opiekowała i kazać, aby poszła do Henryiego, żeby na litość boską w końcu wszystko sobie wyjaśnili, bo aktualnie ranili siebie nawzajem, ale gdy tylko doszła do schodów poczuła coś.. Poczuła ruch, tam, w brzuchu coś się poruszyło; stanęła jak wryta i spojrzała na miejsce cudu; pierwszy raz poczuła z całego serca, że to nie są żarty, że jej syn tam jest i że ma się świetnie.
- Satoru - krzyknęła, choć cicho, bo była już tak podekscytowana i pełna emocji, że na więcej nie było ją w tej chwili stać. Chłopak, który siedział na kanapie obok wuja, przerwał rwącą rozmowę i jak strzała podbiegł do białowłosej, która trzymała się za brzuch, jakby faktycznie działo się coś nie tak. Nawet Henry wychylił głowę spod gazety i z niepokojem w oczach spojrzał na górę.
- Boże Manon, nic ci nie jest, co się stało, co cię boli? - jego wzrok błagał o jakiekolwiek informacje, bo inaczej mógł właśnie zemdleć, albo stracić panowanie nad sobą, dziewczyna przez większość czasu po prostu stała, jakby upajała się tym, co właśnie odczuwa.
- On żyje - uśmiechnęła się do Satoru, wzięła jego rękę i położyła sobie na brzuchu, na którym było czuć niewielkie kopanie i ruchy istoty, która właśnie stała się najważniejszą w ich życiu. Przysięgam, ze tej chwili nie mogły opisać żadne słowa, a szczęście rozlało się po całym ciele naszej Czarnodziobej.
Beng^^ Satoru?
ilość słów: 1511
19 mar 2019
Od Manon c.d: Satoru
Satoru mówił te słowa, jakby były ciągiem wielkiego monologu, którego uczył się od najmniejszych lat, aby później, gdy już się przydadzą; wywrzeć na drugiej osobie tak wielki wpływ, że aż wiedźmy by zapłakały.. I przysięgam, na litość boską przysięgam, że w tym momencie serce Manon omal nie wypadło jej z piersi; czuła, jakby samym biciem mogło odlecieć hen daleko i już nigdy by się nie znalazło; chciała wyjść, przeokropnie bardzo chciała wyjść i więcej nie pokazywać się na oczy Yoshidom, dla których Czarnodziobe właśnie stały się odwiecznym problemem. Brunet mówił o swojej miłości do białowłosej z taką łagodnością, swoistym uśmiechem na twarzy i jakby nutką romantycznej twórczości, że aż Asterin złapała się framugi schodów, przy których ostatecznie znalazła się, gdy chciała biec za Manon, która wcześniej zamierzała wyjść. Widać było po niej wzruszenie, zdaje się, że chłopak nie poruszył tylko jednej osoby, a każdą możliwą, oddychającą istotę w tym domu. Dotykał brzucha swojej ukochanej w taki sposób, jakby był cenną porcelaną, której nie można zbić; jakby bał się, że samym dotykiem może zrobić krzywdę ich dziecku i do jasnej cholery nędzy, co było najważniejszym aspektem jego monologu; wypowiadał słowa "naszym" synem, nie twoim, nie moim - a naszym i to chyba wywarło największy wpływ na emocje następczyni, dziewczyna stała jak zamurowana, gdy Yoshida, Łowca, odwieczny wróg wiedźm, mówił o swojej miłości do niej, do Czarnodziobej, a później z taką lekkością i wzruszeniem patrzył na cud, którym niedługo miało okazać się ich dziecko. Wreszcie uwierzyła, że Satoru może go chcieć, może ICH chcieć i mimo tego, że stworzenie przez nich rodziny, a raczej stworzenie tej rodziny w tym czasie; nie było planowane, to mogli mieć szansę, aby zbudować razem piękną historię; historię razem z małym Henrym. Dziewczynie ciurkiem poleciały łzy z oczu i rzuciła się na chłopaka z taką szybkością, że ten nawet nie zdążył mrugnąć, a już był przytulany przez swoją wiedźmę; znowu było dobrze. Ich przeboje wydawały się być istną linią życia, monitorem, który pokazywał tylko wzloty i upadki bijącego serca, znajdującego się raz na dole, a raz na górze.
- Idiota, głupi, głupi idiota! - zdawała się tylko szeptać, gdy wtuliła się z całej siły w jego tors; czuła, jakie emocje również wywarł ten moment na mężczyźnie, gdyż był cały roztrzęsiony; obawiał się reakcji wiedźmy, poza tym Asterin mogłaby rzucić się na niego niczym kot na polną mysz, gdyby tylko powiedział coś nie tak. Wiedziała też, że Henry, osoba o tak łagodnym i dobrym sercu, był szczęśliwy widząc tą dwójkę razem, wspierał ich na każdym kroku, jakby próbował nie dopuścić do tego, aby ich historia skończyła się tak licho, jak jego życie u boku Cassiopei. Ubolewał, Manon czuła. że było mu przykro, ale trafili na siebie w momencie, gdy ich ścieżki nie bardzo się łączyły i znów na litość boską powiem wam, że najgorszym może być, gdy trafisz na kogoś, kto pasuje do ciebie niczym szklanka z wodą, z którym potrafisz zrozumieć się bez słów, a okaże się, że los nie będzie wam sprzyjał; białowłosa tak przytulając mężczyznę błagała ich wszystkich bogów, w których i tak nie do końca wierzyła, aby chociaż raz byli po stronie starszego Yoshidy i aby dali mu naprawić młodzieńczy błąd.
~~*~~
W tym samym czasie Cassiopeia obudziła się w dziwnym pomieszczeniu, tykanie małych komputerków, o których w sumie już sporo wiedziała, przyprawiały ją o ciarki; próbowała energicznie wstać, ale poczuła przyszywający ból klatki piersiowej; była cała obandażowana! W tym momencie chwile, które wydarzyły się całkiem niedawno, sfrunęły na nią niczym grom z jasnego nieba. Manon, ta głupia białowłosa, swoim nieprzemyślanym czynem, w sumie już którymś z kolei, prawie skazała swoje dziecko na śmierć (nie, żeby zrobiła to już od razu przy poczęciu). Czarnowłosa odpięła się od wszystkich przyrządów, jakby wiedziała doskonale do czego służą i jak robić to niezauważalnie; oczywiście, że wiedziała; nie dość, że była szamanką, to jeszcze kiedyś miała romans z pewnym lekarzem.. Lekarzem, a raczej studentem medycyny, do którego czuła coś dalej po dziś dzień, ale nie miała już pojęcia gdzie się podziewał, jak wygląda.. Powiedzmy, że było to bardzo dawno temu, z 20, 25 a może nawet więcej lat wcześniej. Ich ścieżki rozeszły się bardzo szybko, ale chwile, jakie zdążyli razem ze sobą przeżyć, pozostały niezapomniane; wręcz widziała ich dwójkę w Manon i Satoru, szczęśliwych, bo tak odmiennych, a równocześnie tak pasujących do siebie. Kiedyś bała się pozwolić białowłosej na związek z ludzkim mężczyzną, a co dopiero z Łowcą, ponieważ widziała już, jak jej matka przepłaciła za to życiem, jak ona żyła przez większość swojego życia ze złamanym sercem, ponieważ oboje z tym młodym, choć wtedy widocznie doroślejszym studentem medycyny o imieniu Henry, zaprzepaścili swoją szansę. Czasami zastanawiała się, jak teraz potoczyły się jego losy, czy miał żonę, dzieci i czy był szczęśliwy, ale przyłapała się na tym, że wtedy jakby... Smutnieje, czuła się egoistką, że nie chciała, aby faktycznie tak było, bo przecież każdy zasługiwał na szczęście, a co dopiero ten dobry człowiek, który poświęcił swoje życie ratowaniu innych. Czarnowłosa powoli wstała, chwiejnym krokiem podeszła do drzwi, które znalazła dosyć szybko i bardzo zdziwił ją fakt, że czuła, jakby miała deja vu; jakby kiedyś już tutaj była, ale zbagatelizowała te myśli, ponieważ w swoim poł wiecznym życiu miała szansę na pojawienie się gdziekolwiek i wcale nie musiała znajdować ku temu powodu. Otworzyła drzwi, tam od razu ujrzała szczęśliwą, przytulającą się do swojego mężczyzny, do ojca jej dziecka; Manon Czarnodziobą; więc automatycznie też się uśmiechnęła, lecz jej wzrok poleciał tez tak jakby na miejsce, gdzie siedział człowiek z nieodpaloną jeszcze fajką. Mężczyzna spojrzał na nią w tym samym momencie, w którym Cassiopeia odnalazła jego oczy; oczy Henryiego i przysięgam, że w tym momencie nogi miała jak z waty. Jej wzrok przeniósł się na jej bandaż, który z gracją oplątał całe jej ciało, jakby ktoś, kto stworzył to dzieło, z całego serca nie chciał dać jej umrzeć.
- Najwidoczniej kiedyś nie doceniałam medycyny - powiedziała już nie jako dorosła kobieta, nie jako Cassiopeia Czarnodzioba, siejąca strach wśród Klanu, wielka, poważna i potężna wiedźma, lecz jako głupia, zakochana nastolatka, która właśnie przed sobą ujrzała studenta medycyny pierwszego roku...
Przepraszam, presja czasu;_; Zjebałam po całości. Satoru?
- Idiota, głupi, głupi idiota! - zdawała się tylko szeptać, gdy wtuliła się z całej siły w jego tors; czuła, jakie emocje również wywarł ten moment na mężczyźnie, gdyż był cały roztrzęsiony; obawiał się reakcji wiedźmy, poza tym Asterin mogłaby rzucić się na niego niczym kot na polną mysz, gdyby tylko powiedział coś nie tak. Wiedziała też, że Henry, osoba o tak łagodnym i dobrym sercu, był szczęśliwy widząc tą dwójkę razem, wspierał ich na każdym kroku, jakby próbował nie dopuścić do tego, aby ich historia skończyła się tak licho, jak jego życie u boku Cassiopei. Ubolewał, Manon czuła. że było mu przykro, ale trafili na siebie w momencie, gdy ich ścieżki nie bardzo się łączyły i znów na litość boską powiem wam, że najgorszym może być, gdy trafisz na kogoś, kto pasuje do ciebie niczym szklanka z wodą, z którym potrafisz zrozumieć się bez słów, a okaże się, że los nie będzie wam sprzyjał; białowłosa tak przytulając mężczyznę błagała ich wszystkich bogów, w których i tak nie do końca wierzyła, aby chociaż raz byli po stronie starszego Yoshidy i aby dali mu naprawić młodzieńczy błąd.
~~*~~
W tym samym czasie Cassiopeia obudziła się w dziwnym pomieszczeniu, tykanie małych komputerków, o których w sumie już sporo wiedziała, przyprawiały ją o ciarki; próbowała energicznie wstać, ale poczuła przyszywający ból klatki piersiowej; była cała obandażowana! W tym momencie chwile, które wydarzyły się całkiem niedawno, sfrunęły na nią niczym grom z jasnego nieba. Manon, ta głupia białowłosa, swoim nieprzemyślanym czynem, w sumie już którymś z kolei, prawie skazała swoje dziecko na śmierć (nie, żeby zrobiła to już od razu przy poczęciu). Czarnowłosa odpięła się od wszystkich przyrządów, jakby wiedziała doskonale do czego służą i jak robić to niezauważalnie; oczywiście, że wiedziała; nie dość, że była szamanką, to jeszcze kiedyś miała romans z pewnym lekarzem.. Lekarzem, a raczej studentem medycyny, do którego czuła coś dalej po dziś dzień, ale nie miała już pojęcia gdzie się podziewał, jak wygląda.. Powiedzmy, że było to bardzo dawno temu, z 20, 25 a może nawet więcej lat wcześniej. Ich ścieżki rozeszły się bardzo szybko, ale chwile, jakie zdążyli razem ze sobą przeżyć, pozostały niezapomniane; wręcz widziała ich dwójkę w Manon i Satoru, szczęśliwych, bo tak odmiennych, a równocześnie tak pasujących do siebie. Kiedyś bała się pozwolić białowłosej na związek z ludzkim mężczyzną, a co dopiero z Łowcą, ponieważ widziała już, jak jej matka przepłaciła za to życiem, jak ona żyła przez większość swojego życia ze złamanym sercem, ponieważ oboje z tym młodym, choć wtedy widocznie doroślejszym studentem medycyny o imieniu Henry, zaprzepaścili swoją szansę. Czasami zastanawiała się, jak teraz potoczyły się jego losy, czy miał żonę, dzieci i czy był szczęśliwy, ale przyłapała się na tym, że wtedy jakby... Smutnieje, czuła się egoistką, że nie chciała, aby faktycznie tak było, bo przecież każdy zasługiwał na szczęście, a co dopiero ten dobry człowiek, który poświęcił swoje życie ratowaniu innych. Czarnowłosa powoli wstała, chwiejnym krokiem podeszła do drzwi, które znalazła dosyć szybko i bardzo zdziwił ją fakt, że czuła, jakby miała deja vu; jakby kiedyś już tutaj była, ale zbagatelizowała te myśli, ponieważ w swoim poł wiecznym życiu miała szansę na pojawienie się gdziekolwiek i wcale nie musiała znajdować ku temu powodu. Otworzyła drzwi, tam od razu ujrzała szczęśliwą, przytulającą się do swojego mężczyzny, do ojca jej dziecka; Manon Czarnodziobą; więc automatycznie też się uśmiechnęła, lecz jej wzrok poleciał tez tak jakby na miejsce, gdzie siedział człowiek z nieodpaloną jeszcze fajką. Mężczyzna spojrzał na nią w tym samym momencie, w którym Cassiopeia odnalazła jego oczy; oczy Henryiego i przysięgam, że w tym momencie nogi miała jak z waty. Jej wzrok przeniósł się na jej bandaż, który z gracją oplątał całe jej ciało, jakby ktoś, kto stworzył to dzieło, z całego serca nie chciał dać jej umrzeć.
- Najwidoczniej kiedyś nie doceniałam medycyny - powiedziała już nie jako dorosła kobieta, nie jako Cassiopeia Czarnodzioba, siejąca strach wśród Klanu, wielka, poważna i potężna wiedźma, lecz jako głupia, zakochana nastolatka, która właśnie przed sobą ujrzała studenta medycyny pierwszego roku...
Przepraszam, presja czasu;_; Zjebałam po całości. Satoru?
ilość słów: 1008
15 mar 2019
Od Manon c.d: Satoru
Nie jestem w stanie przekazać, jak wiele dziewczyna czuła, patrząc w te jego nieodgadnione oczy, w których czaiła się tajemnica, natomiast jedyne, co zdziwiło wiedźmę, co rozkruszyło ją do szpiku kości, był wyraz twarzy Henry'iego, który spoglądając na Cassiopeię…. Na jej już ledwo żywe oczy, które nawet nie wiedziały, gdzie aktualnie się znajdują, prawie zapłakał. Lekarz, odgórny specjalista, mężczyzna, który powinien trzymać nerwy i emocje w ryzach, ponieważ nie możesz przekazać złej wiadomości pacjentowi i płakać razem z nim, bo to doprowadza do depresji, a nawet wielu innych jej odmian; zapłakał. Z jego oczu ciskało piorunami, jakby wyobrażał sobie teraz, jak zabija osobę, która była w stanie zranić tą przecudowną postać; tą dobrą, chociaż Czarnodziobą. Szybciutko nakazał Satoru wziąć wszelkie rodzaje krwi i przygotować trójkę, chociaż Manon i Asterin tych słów zupełnie nie rozumiały, aczkolwiek ufały im.. No dobra, jeżeli już mam być szczera do bólu, to czarnowłosa jędza, kuzynka naszej białowłosej, nie ufała im do końca, ciężko też jej się dziwić, lecz mimo wszystko ze stoickim spokojem opowiadała co się stało; powiedziała też, że cios, który został wymierzony w Cassiopeię, tak naprawdę miała otrzymać następczyni i jej dziecko; Manon wiedziała, że młody Yoshida usłyszał te słowa i przez całe wykonywanie obowiązków, które przeznaczył mu wuj, chodził totalnie spięty, jakby sam... Szykował zemstę. Henry szybko zabrał szamankę od wiedźm i zaniósł ją do "sali operacyjnej", co brzmiało raczej jak sala tortur, lecz wiedźmy postanowiły nie czepiać się szczegółów i szybkim krokiem ruszyły za nimi, chociaż ten po chwili wyprosił je łagodnym wzrokiem; wzrokiem, który sugerował, że czeka ich ciężka praca i lepiej, aby im nie przeszkadzać; Manon wycofała się grzecznie, lecz Asterin odpowiedziała im znacząco sykiem, że jeżeli coś pójdzie nie tak, to oni skończą jak Cassiopeia; widać, że kuzynka dalej była pełnokrwistą wiedźmą, można było od niej usłyszeć tylko syki i szczękanie ostrymi zębami, jako znaki ostrzegawcze przed nadchodzącą burzą.
- Manon, ja tego tak nie zostawię, gdzie oni ją zabrali? A co, jeżeli tak naprawdę pobierają od niej DNA? Dobrze wiesz, jak skończyła Celestia, jako środek badawczy! - warknęła czarnowłosa, łapiąc się za głowę, może i szamanka nie była dla niej nikim szczególnym, ale uratowała syna jej kuzynki przed haniebną śmiercią; kto wie, czy samą kuzynkę też.
- Asterin spokojnie, Henry wie, co robi, poza tym... Widzę, że on dalej ją kocha - uśmiechnęła się w półmroku, aby nie okazywać zbyt wiele cennych emocji; wiedziała to, czuła, że czas, jaki dzielił ich historię miłosną nie splamił tego, co do niej czuł. Była teraz szczęśliwa równie bardzo, jak przerażona, że mogą ją teraz wszyscy stracić; Czarnodzioba wiedziała, że śmierć dopiero co odzyskanej ukochanej zabiłaby w jakimś stopniu wuja Yoshidę i że byłaby to jej wina, bo to ona przyprowadziła tutaj już ledwo żywą Cassiopeię. Jeżeli coś miało się stać, to było to winne tylko i wyłącznie jej wahaniom co do wejścia do ich domu. Minęła godzina, odkąd obaj mężczyźni zniknęli za drzwiami, dziewczyny mogły słyszeć jedynie dźwięki monitorów, którymi wcześniej była opatulona nasza Czarnodzioba, gdy pierwszy raz zagościła w tym miejscu; szramy na jej żebrach dalej opowiadały tą historię. Manon z jednej strony cieszyła się, że słyszy to drobne pikanie, ale również bała się, że było to tak ulotne... Przecież za chwilę mogła zastąpić go cisza. Palnęła się szybko w głowę, jakby nie mogła pozwolić, aby dać taki obrót swoim przebrzydłym myślom; i tak musiała trzymać Asterin, aby zaraz nie wyważyła tych drzwi i nie rzuciła się na mężczyzn, którzy według niej, siedzieli już tam wystarczająco długo.
- Ja ci mówię, że wejdziemy tam i zobaczymy Cassiopeię w kawałkach! - warknęła jej kuzynka, chodząc w tę i we w tę, nie mogąc się na niczym skupić, wyobrażała sobie tylko ten potworny widok, jaki ich czeka, w końcu widziała w jakim stanie była szamanka, jej stan był krytyczny, ba, nawet przedagonalny, a to wszystko tylko powodowało, że Manon robiło się niedobrze, miała ochotę zwrócić cały swój żołądek z zawartością, ale wiedziała, że jeżeli przestanie trzymać Asterin za ręce, to skończyłoby się dla nich wszystkich źle, a skok Czarnowłosej wiedźmy na gardła Yoshidów nie pomoże lekarzowi w szyciu ran jego starej ukochanej. Białowłosa czuła, że nie mogą jej stracić, że była to jej wina i gdyby tylko nie miała w sobie dziecka; powiedziałaby, że chciałaby skończyć jak Cassiopeia, żeby tylko ona nie musiała przeżywać tego, co aktualnie musi. Była głupią kretynką, że odważyła się powiedzieć babce, kim był ojciec jej wnuka; gdyby Cassiopeia tego nie przeżyła... Manon pewnie obwiniałaby się do końca swoich dni; w jej oczach zagościły szklanki, których wypuścić nie mogła; z racji na stan jej kuzynki obok, który również emocjonalnie nie był najlepszy. W pewnym momencie drzwi do sali operacyjnej numer 3 otworzyły się szeroko, a gdy tylko Manon zauważyła szczęśliwą twarz wuja Yoshidy, natychmiast się rozpromieniła, bo wiedziała, co to oznaczało.
- Uratowaliśmy Cassiopeię Czarnodziobą - obwieścił doniosłym tonem Henry, który dyszał, jakby przebiegł właśnie stukilometrowy maraton z przeszkodami; uratował miłość swojego życia tym, czym kiedyś ją zaprzepaścił, co zakrawało na największą ironię w ich życiu.
~~*~~
Wieczorem, gdy Manon ostatecznie zgodziła się zejść z góry, w której zamknęła się na jakiś czas, jakby próbowała ze wszelką cenę nie doprowadzić do jej spotkania z Satoru; pod czujnym okiem Asterin Czarnodziobej, która to właśnie wybłagała od niej ten lichy uczynek, schodziła po schodach bardzo powoli, ponieważ wiedziała, że Oru już tam na nią czeka; czeka tak pilnie, jak to robił przez ostatnie tygodnie. Napotkała jego wzrok, a ten szarpnął się nagle, jakby natychmiast chciał do niej podbiec, lecz zatrzymał go ostrzegawczy wzrok czarnej jędzy. Manon usiadła na kanapie, jakby na przeciwko swojego ukochanego, dalej trzymając wzrok na framudze fotela, na którym siedział cały spięty, ale również lekko wyluzowany, co wyglądało naprawdę dziwnie i Manon sama nie wiedziała już, co ma myśleć.
- Nie jesteś mi nic winny, Yoshida Satoru - nazwała go tak, jakby już wiedziała, że ich związek przez ten fakt się rozpadł - Wiem, że go nie chcesz, ale chciałabym tylko zakomunikować, że chciałabym nazwać go Henry - w tym momencie wuj, który siedział przy stole w kuchni już ledwo zasypiając, ale dalej upajając się symfonią monitorów, które sugerowały, że Cassiopeia żyje i ma się jak na razie nie najgorzej, uniósł w szybkim tempie głowę do góry i spojrzał zaskoczony na białowłosą, która tylko dodała - Chciałabym, aby był tak dobry, jak ty - w tym momencie czekała tylko na reakcję Yoshidów, którzy byli chwilowo tak zaskoczeni, że nie mogli wydobyć z siebie nawet najmniejszego dźwięku, więc dziewczyna wstała, już i tak pełna emocji i kierowała się do drzwi, bo czuła, że nie była tutaj mile widziana z dzieckiem... Chociaż gestem, w jakim ktoś, a raczej Satoru złapał ją za nadgarstek, nie pozwalając zbliżyć się do wyjścia sugerował, że ma on dziewczynie zupełnie coś innego do przekazania...
Zjebałam te emocje, prawda? D: Satoru?
- Manon, ja tego tak nie zostawię, gdzie oni ją zabrali? A co, jeżeli tak naprawdę pobierają od niej DNA? Dobrze wiesz, jak skończyła Celestia, jako środek badawczy! - warknęła czarnowłosa, łapiąc się za głowę, może i szamanka nie była dla niej nikim szczególnym, ale uratowała syna jej kuzynki przed haniebną śmiercią; kto wie, czy samą kuzynkę też.
- Asterin spokojnie, Henry wie, co robi, poza tym... Widzę, że on dalej ją kocha - uśmiechnęła się w półmroku, aby nie okazywać zbyt wiele cennych emocji; wiedziała to, czuła, że czas, jaki dzielił ich historię miłosną nie splamił tego, co do niej czuł. Była teraz szczęśliwa równie bardzo, jak przerażona, że mogą ją teraz wszyscy stracić; Czarnodzioba wiedziała, że śmierć dopiero co odzyskanej ukochanej zabiłaby w jakimś stopniu wuja Yoshidę i że byłaby to jej wina, bo to ona przyprowadziła tutaj już ledwo żywą Cassiopeię. Jeżeli coś miało się stać, to było to winne tylko i wyłącznie jej wahaniom co do wejścia do ich domu. Minęła godzina, odkąd obaj mężczyźni zniknęli za drzwiami, dziewczyny mogły słyszeć jedynie dźwięki monitorów, którymi wcześniej była opatulona nasza Czarnodzioba, gdy pierwszy raz zagościła w tym miejscu; szramy na jej żebrach dalej opowiadały tą historię. Manon z jednej strony cieszyła się, że słyszy to drobne pikanie, ale również bała się, że było to tak ulotne... Przecież za chwilę mogła zastąpić go cisza. Palnęła się szybko w głowę, jakby nie mogła pozwolić, aby dać taki obrót swoim przebrzydłym myślom; i tak musiała trzymać Asterin, aby zaraz nie wyważyła tych drzwi i nie rzuciła się na mężczyzn, którzy według niej, siedzieli już tam wystarczająco długo.
- Ja ci mówię, że wejdziemy tam i zobaczymy Cassiopeię w kawałkach! - warknęła jej kuzynka, chodząc w tę i we w tę, nie mogąc się na niczym skupić, wyobrażała sobie tylko ten potworny widok, jaki ich czeka, w końcu widziała w jakim stanie była szamanka, jej stan był krytyczny, ba, nawet przedagonalny, a to wszystko tylko powodowało, że Manon robiło się niedobrze, miała ochotę zwrócić cały swój żołądek z zawartością, ale wiedziała, że jeżeli przestanie trzymać Asterin za ręce, to skończyłoby się dla nich wszystkich źle, a skok Czarnowłosej wiedźmy na gardła Yoshidów nie pomoże lekarzowi w szyciu ran jego starej ukochanej. Białowłosa czuła, że nie mogą jej stracić, że była to jej wina i gdyby tylko nie miała w sobie dziecka; powiedziałaby, że chciałaby skończyć jak Cassiopeia, żeby tylko ona nie musiała przeżywać tego, co aktualnie musi. Była głupią kretynką, że odważyła się powiedzieć babce, kim był ojciec jej wnuka; gdyby Cassiopeia tego nie przeżyła... Manon pewnie obwiniałaby się do końca swoich dni; w jej oczach zagościły szklanki, których wypuścić nie mogła; z racji na stan jej kuzynki obok, który również emocjonalnie nie był najlepszy. W pewnym momencie drzwi do sali operacyjnej numer 3 otworzyły się szeroko, a gdy tylko Manon zauważyła szczęśliwą twarz wuja Yoshidy, natychmiast się rozpromieniła, bo wiedziała, co to oznaczało.
- Uratowaliśmy Cassiopeię Czarnodziobą - obwieścił doniosłym tonem Henry, który dyszał, jakby przebiegł właśnie stukilometrowy maraton z przeszkodami; uratował miłość swojego życia tym, czym kiedyś ją zaprzepaścił, co zakrawało na największą ironię w ich życiu.
~~*~~
Wieczorem, gdy Manon ostatecznie zgodziła się zejść z góry, w której zamknęła się na jakiś czas, jakby próbowała ze wszelką cenę nie doprowadzić do jej spotkania z Satoru; pod czujnym okiem Asterin Czarnodziobej, która to właśnie wybłagała od niej ten lichy uczynek, schodziła po schodach bardzo powoli, ponieważ wiedziała, że Oru już tam na nią czeka; czeka tak pilnie, jak to robił przez ostatnie tygodnie. Napotkała jego wzrok, a ten szarpnął się nagle, jakby natychmiast chciał do niej podbiec, lecz zatrzymał go ostrzegawczy wzrok czarnej jędzy. Manon usiadła na kanapie, jakby na przeciwko swojego ukochanego, dalej trzymając wzrok na framudze fotela, na którym siedział cały spięty, ale również lekko wyluzowany, co wyglądało naprawdę dziwnie i Manon sama nie wiedziała już, co ma myśleć.
- Nie jesteś mi nic winny, Yoshida Satoru - nazwała go tak, jakby już wiedziała, że ich związek przez ten fakt się rozpadł - Wiem, że go nie chcesz, ale chciałabym tylko zakomunikować, że chciałabym nazwać go Henry - w tym momencie wuj, który siedział przy stole w kuchni już ledwo zasypiając, ale dalej upajając się symfonią monitorów, które sugerowały, że Cassiopeia żyje i ma się jak na razie nie najgorzej, uniósł w szybkim tempie głowę do góry i spojrzał zaskoczony na białowłosą, która tylko dodała - Chciałabym, aby był tak dobry, jak ty - w tym momencie czekała tylko na reakcję Yoshidów, którzy byli chwilowo tak zaskoczeni, że nie mogli wydobyć z siebie nawet najmniejszego dźwięku, więc dziewczyna wstała, już i tak pełna emocji i kierowała się do drzwi, bo czuła, że nie była tutaj mile widziana z dzieckiem... Chociaż gestem, w jakim ktoś, a raczej Satoru złapał ją za nadgarstek, nie pozwalając zbliżyć się do wyjścia sugerował, że ma on dziewczynie zupełnie coś innego do przekazania...
Zjebałam te emocje, prawda? D: Satoru?
ilość słów: 1113
14 mar 2019
Od Manon c.d: Satoru
Wszystkie trzy wiedźmy szły powoli, jakby na skazanie. Białowłosa nie miała pojęcia, czego może spodziewać się po wizycie u swojej babki, którą nie widziała odkąd ponownie zjawiła się w klanie; nie myślała, że Rhiannon się za nią stęskniła, że chciała wiedzieć, czy u niej wszystko w porządku, bo to byłoby raczej irracjonalne, chodziło o coś większego... I wszystkie wiedźmy domyślały się o co. Przejście z namiotu Cassiopei, do większego już budynku, w którym mieściła się kwatera główna ich dowódczyni, zajęła im naprawdę mnóstwo czasu, bo co chwilę zatrzymywały się, aby omówić klucz odpowiedzi, żeby wszystkie mogły znać tą samą wersję zdarzenia, gdyby jednak coś mogło pójść nie tak, ba, wiedźmy nawet wiedziały, że to spotkanie nie będzie jednym z najlepszych w ich życiu. Zapukały do wytwornych, drewnianych drzwi, kołatką w kształcie pyska Cerbera; trzygłowego psa, pilnującego wejścia do Hadesu; jakby Rhiannon samym tym próbowała zakomunikować, że osoba, która mieszka w środku, nie należy do przyjaznych. Chwilę poczekały, aż Kalipe otworzy im drzwi, przez co ich serca skoczyły pod gardła, gdy w końcu to się stało. Nawet Cassiopeia wydawał się być wielce przerażona, zwłaszcza po wydarzeniach, w których zginęła masa małych wiedźm, które zostały oskarżone o bycie córami Łowców. Weszły, straż Matrony zatrzasnęła głośno za nimi drzwi, co nie sprawiało wrażenia, że odbywa się tutaj piżama party, na którą zostały zaproszone jako jedne z gości honorowych. Na wielkim, skórzanym fotelu, siedziała Rhiannon - czarnowłosa bogini, jedyna w swoim rodzaju, jej szpony świeciły jasnym blaskiem, jakby dopiero co skończyła je polerować; jakby dopiero wyczyściła spod nich krew małych dzieci. Manon przysięgła, że w tej chwili jej babka wyglądała raczej.. Jak jej siostra, odmłodniała, ale to tylko dlatego, że pożerała naprawdę masę ludzkich dusz, które dodawały jej lat i sprzymierzały młodości. Spojrzała na nie lekko zdenerwowanym wzrokiem, pełnym chłodu i dystansu, jakie powinny mieć wszystkie złe królowe, wszystkie te przeokropne złe postacie z bajek, które kiedyś rodzice czytali wam na dobranoc, ale przysięgam, że w tej chwili Matrona wyglądała o sto razy bardziej groźnie, niż one wszystkie razem wzięte. Przejechała metalowymi pazurami po framudze fotela i.. Znacie ten charakterystyczny dźwięk, gdy ktoś przejedzie czymś metalowym po innej rzeczy? Tak, to był dokładnie ten sam, przerażający dźwięk; Matrona wyglądała teraz jak żona Freddiego Krugera, tylko po zaawansowanych operacjach plastycznych. Wszystkim trzem wiedźmom w tym samym momencie włoski stanęły dęba, Manon widziała pierwszy raz Cassiopeię tak bardzo wpatrzoną w swoją babkę, jakby próbowała wyczuć, co teraz Rhiannon planuje; zapytacie pewnie; a dlaczego nie wie? Przecież jest wszechwiedząca! Otóż nie, Cassiopeia nie ma wpływu na wizję, które jej się ukazują, one po prostu się pojawiają, bez żadnego bodźca, nie wie nawet, co zobaczy, a gdyby miała nagle wiedzieć wszystko o wszystkim, to całe dnie wpatrywałaby się w jeden punkt, nie móc zaprzestać wizji.
- Prosiłam raczej o spotkanie ze swoją wnuczką, a nie całą chmarą jej ekipy - wymruczała cichym tonem, jakby swoim głosem raczej kusiła, a nie próbowała wywołać kolejną wersję apokalipsy - Ale skoro już jesteście wszystkie, chciałabym zapytać, dlaczego, moja droga, od paru dni tak unikasz kontaktu z własną babką? - spojrzała na Manon, a raczej na jej brzuch. Dziewczyna zachowała spokój, lecz nie mogła ukryć tego, jak jej ciało automatycznie stanęło w bezruchu, gdy tylko Matrona tak wierciła ją wzrokiem od stóp do głów, cały czas zatrzymując wzrok na jednym miejscu, jednym, jedynym, które następczyni chciała przed nią ukryć. - Czyżbym miała niedługo dostać miano, a raczej przedrostek pra-? - uśmiechnęła się lodowato, co wcale nie wróżyło niczego dobrego. Manon wystąpiła teraz o krok dalej z szeregu, jakby była wojskowym, którego kapral wybrał na spowiedź.
- Nie mylisz się, babko - teraz patrzyła na Matronę równie lodowatym spojrzeniem, jakim częstowała ją starsza kobieta - Jestem w ciąży - zacisnęła mocno dłoń, że aż jej ledwo co wystające pazury; raniły jej bladą skórę, niedługo później zaczęła sączyć się tam bordowa krew - Jestem w ciąży z Yoshidą - odparła, unosząc dumnie głowę. Nie macie pojęcia jak w tej chwili Asterin razem z Cassiopeią zbladły, ich wyraz twarzy był... Był porównywalny do martwego człowieka ze skurczem pośmiertnym, którego mina utożsamiała się z grymasem, jakby szokiem i niewiarą w to, co się aktualnie działo, przecież nie taki plan omawiały dobre parę minut wcześniej - Będziemy mieć... - tymczasem białowłosa ugryzła się w język, ponieważ już miała wydać, że będą mieli syna, a przez tą informację wątpiła, że wyszłaby z kwatery Czarnodziobej żywa - Dziecko - skończyła swoje wywody, bo na więcej jej babka nie zasługiwała, dobrze wiedziała jakim uczuciem darzy Manon Yoshidę, więc nie chciała się nadmiernie produkować, poza tym jej babka i tak by tego wszystkiego nie zrozumiała, zareagowałaby tak samo. Przez moment obie patrzyły sobie głęboko w oczy, jakby przeżywały właśnie największą walkę spojrzeń w swoim życiu.
- Mogłam ci podwiązać jajniki, gdy tylko była ku temu okazja, ty dziwko - wysyczała jej babka; jej własna babka właśnie nazwała ją dziwką. - Oni mordowali twoje siostry, jedna po drugiej, bez skrupułów - Rhiannon, z wielką furią w oczach wstała i zaczęła iść w kierunku białowłosej, która stała bez ruchu, jakby chciała udowodnić, że się nie boi - A ty rozkładasz nogi przed jednym z nich, bo powiedział ci, że cię kocha, dobre sobie - zaśmiała się, sycząc głośniej, jakby była kobrą, która powoli szykowała się do zadania ostatecznego ciosu - Wypruje z Ciebie tego dzieciaka szybciej, niż zdążysz mrugnąć - w tym momencie ciało dziewczyny aż zesztywniało, bo nie mogło przystosować się do słownych ran, zadanych przez jej najbliższą rodzinę, stała, gdy Rhiannon Czarnodzioba wypuściła swoje wielkie, ostre pazury, wzięła zamach i celowała wprost, w sam brzuch Manon, w której rozwijało się dziecko - Pieprzona dziwko - Manon zamknęła oczy, była w stanie zrobić jedynie to, gdy ręka Czarnodziobej zbliżała się powoli do jej ciała, gdy ostre jak brzytwa pazury; były coraz bliżej cudu, którego stworzyła razem z Yoshidą, z Łowcą. W tym momencie usłyszała głośny krzyk, a jakieś ciało spadło pod jej nogami, sycząc z bólu; otworzyła oczy, a przed nią leżała Cassiopeia w kałuży krwi; Cassiopeia, jej prawie matka; osłoniła ją przed śmiercionośnym ciosem Matrony. Ocknęła się w momencie, gdy przez jej ciało przeszedł dziwny piorun, runy na nowo rozżarzyły się okropnym, czerwonym blaskiem, a furię dziewczyny nie jestem w stanie nawet ja opisać; to było coś innego, coś pradawnego, dziwnego i niepodobnego do tego, co czuła, gdy wtedy przez nie zapomniała o swojej miłości, teraz była w pełni świadoma tego, co robi, pamiętała o wszystkim, o tym, że ma syna, o tym, że kocha Satoru i o tym, że jej babka zraniła Cassiopeię oraz groziła jej rodzinie śmiercią, natychmiast rzuciła się na swoją babkę, a ich walka przypominała raczej taniec ostrzy, pazury trafiały na siebie raz po raz, co przypominało raczej szermierkę, a nie walkę na śmierć i życie; plątanina wyzwisk, zębów i pazurów, które raniły się nawzajem; górę jednak o dziwo miała Manon, furia w jej oczach, ta iskra powodowała, że jej babka; legenda; Rhiannon Czarnodzioba z impetem przegrywała i traciła powoli swą odwieczną ikrę. Wreszcie nastąpił moment, gdy obie sapały zupełnie obdarte z sił, białowłosa trzymała czarnowłosą wiedźmę za szyję i resztką mocy dociskała ją do podłoża, przez co jej babce powoli brakowało tchu.
- Przysięgam Ci, że to ostatni raz, kiedy mi zagroziłaś, niewdzięczna suko - warknęła i już miała zadać ostateczny cios, gdy stwierdziła, że nie może... Że nie jest w stanie uśmiercić własnej babki; wzięła więc lampkę nocną, która stała na biurku i z resztek sił uderzyła nią w głowę Czarnodziobej, która po chwili straciła przytomność, niedługo też powinna się wykrwawić. Odwróciła się i spojrzała na Cassiopeię, która również wyglądała już, jakby za chwilę miała odejść na drugi koniec świata, rana na jej klatce piersiowej była poważna, straciła również mnóstwo krwi; runy na ciele Manon zgasły, przerażona podbiegła do starszej szamanki i ze łzami w oczach próbowała ją ocucić.
- Zabierzmy ją stąd - warknęła, ba, krzyknęła ostro do Asterin, ni to płacząc, ni to skomląc, obie podniosły najstarszą z wiedźm i wyszły z jaskini lwa.
~~*~~
Dopłynęły w końcu do brzegu, miasto o tej porze żyło pełnią życia, więc ciężko byłoby wiedźmom przenieść od tak ledwo już żywą Cassiopeię. Manon nie chciała liczyć ile już litrów krwi straciła szamanka, bo to doprowadzało ją jedynie do szewskiej pasji; nie chciała jej stracić, nie mogła, Cassiopeia była dla niej matką, nie mogła odejść! Założyły kaptury, aby dzięki swoim czarnym płaszczom wtopić się idealnie w mrok, który sączył się po ulicach. Ciągnęły wiedźmę na zmianę, ponieważ i tak były już za bardzo wyczerpane, to był długi i ciężki dzień; lecz emocje, ten natłok okropnych chwil i adrenaliny nie pozwalał im się poddać. W końcu dotarły pod drzwi Yoshidów, białowłosa dobrze wiedziała, że Satoru razem z wujem Henrym byli w środku, bo słyszała ich głosy, przez co na chwilę zamarła; stała, wpatrując się tak po prostu w klamkę, którą zamknęła odchodząc parę tygodni wcześniej, teraz wracała już z nieco większym brzuchem i wiedziała, że będzie musiała skonfrontować się wreszcie z samym ojcem jej dziecka, zaczęła się sama trząść, ale wiedziała, w jak bardzo beznadziejnej sytuacji znajduje się teraz Cassiopeia i jeżeli się nie odważy, to straci ją raz na zawsze; Henry był lekarzem, może nie pozna swojej starej kochanki, ale na pewno bezinteresownie jej pomoże, to było jedyne wyjście. Do drzwi ostatecznie zapukała Asterin, nie mogąc doczekać się kroku następczyni, martwiła się o stan szamanki równie bardzo, co białowłosa. Słychać było kroki, dość szybkie, jakby osoba, która właśnie podbiegała do drzwi - kogoś się spodziewała. Ostatecznie drzwi otworzył jej Satoru i przysięgam, że w tym momencie tyle emocji malowało się na jego twarzy, gdy tylko spojrzał w oczy Manon, że nie jestem w stanie ich dobrze opisać; gościła tam ulga, a również strach. smutek i radość, wszystkie emocje, które były swoimi przeciwnościami, a jednak tworzyły harmonię i spokój. Dziewczyna w tym momencie złapała się za lekko już zaokrąglony brzuch i spojrzała w ziemię.
- Musicie jej pomóc, proszę - nie mogła złapać kontaktu wzrokowego z Yoshidą, ponieważ było jej wstyd i dalej czuła się winna; gdyby mogła, pewnie sama nie wróciłaby do tego miejsca. W tym momencie zza drzwi wychylił się wuj, który chciał sprawdzić, dlaczego jego bratanek tak zaniemówił, gdy tylko spojrzał na Czarnowłosą wiedźmę, która leżała i traciła coraz więcej krwi to przysięgam znów, że zaniemówił równie mocno co młody Yoshida, a papieros z jego ust spadł z impetem na ziemię, mimo, że był jeszcze praktycznie cały, Manon myślała, że padnie na zawał.
Poznał ją.
Poznał Cassiopeię.
Oddałam temu serce D: Satoru?^^
- Prosiłam raczej o spotkanie ze swoją wnuczką, a nie całą chmarą jej ekipy - wymruczała cichym tonem, jakby swoim głosem raczej kusiła, a nie próbowała wywołać kolejną wersję apokalipsy - Ale skoro już jesteście wszystkie, chciałabym zapytać, dlaczego, moja droga, od paru dni tak unikasz kontaktu z własną babką? - spojrzała na Manon, a raczej na jej brzuch. Dziewczyna zachowała spokój, lecz nie mogła ukryć tego, jak jej ciało automatycznie stanęło w bezruchu, gdy tylko Matrona tak wierciła ją wzrokiem od stóp do głów, cały czas zatrzymując wzrok na jednym miejscu, jednym, jedynym, które następczyni chciała przed nią ukryć. - Czyżbym miała niedługo dostać miano, a raczej przedrostek pra-? - uśmiechnęła się lodowato, co wcale nie wróżyło niczego dobrego. Manon wystąpiła teraz o krok dalej z szeregu, jakby była wojskowym, którego kapral wybrał na spowiedź.
- Nie mylisz się, babko - teraz patrzyła na Matronę równie lodowatym spojrzeniem, jakim częstowała ją starsza kobieta - Jestem w ciąży - zacisnęła mocno dłoń, że aż jej ledwo co wystające pazury; raniły jej bladą skórę, niedługo później zaczęła sączyć się tam bordowa krew - Jestem w ciąży z Yoshidą - odparła, unosząc dumnie głowę. Nie macie pojęcia jak w tej chwili Asterin razem z Cassiopeią zbladły, ich wyraz twarzy był... Był porównywalny do martwego człowieka ze skurczem pośmiertnym, którego mina utożsamiała się z grymasem, jakby szokiem i niewiarą w to, co się aktualnie działo, przecież nie taki plan omawiały dobre parę minut wcześniej - Będziemy mieć... - tymczasem białowłosa ugryzła się w język, ponieważ już miała wydać, że będą mieli syna, a przez tą informację wątpiła, że wyszłaby z kwatery Czarnodziobej żywa - Dziecko - skończyła swoje wywody, bo na więcej jej babka nie zasługiwała, dobrze wiedziała jakim uczuciem darzy Manon Yoshidę, więc nie chciała się nadmiernie produkować, poza tym jej babka i tak by tego wszystkiego nie zrozumiała, zareagowałaby tak samo. Przez moment obie patrzyły sobie głęboko w oczy, jakby przeżywały właśnie największą walkę spojrzeń w swoim życiu.
- Mogłam ci podwiązać jajniki, gdy tylko była ku temu okazja, ty dziwko - wysyczała jej babka; jej własna babka właśnie nazwała ją dziwką. - Oni mordowali twoje siostry, jedna po drugiej, bez skrupułów - Rhiannon, z wielką furią w oczach wstała i zaczęła iść w kierunku białowłosej, która stała bez ruchu, jakby chciała udowodnić, że się nie boi - A ty rozkładasz nogi przed jednym z nich, bo powiedział ci, że cię kocha, dobre sobie - zaśmiała się, sycząc głośniej, jakby była kobrą, która powoli szykowała się do zadania ostatecznego ciosu - Wypruje z Ciebie tego dzieciaka szybciej, niż zdążysz mrugnąć - w tym momencie ciało dziewczyny aż zesztywniało, bo nie mogło przystosować się do słownych ran, zadanych przez jej najbliższą rodzinę, stała, gdy Rhiannon Czarnodzioba wypuściła swoje wielkie, ostre pazury, wzięła zamach i celowała wprost, w sam brzuch Manon, w której rozwijało się dziecko - Pieprzona dziwko - Manon zamknęła oczy, była w stanie zrobić jedynie to, gdy ręka Czarnodziobej zbliżała się powoli do jej ciała, gdy ostre jak brzytwa pazury; były coraz bliżej cudu, którego stworzyła razem z Yoshidą, z Łowcą. W tym momencie usłyszała głośny krzyk, a jakieś ciało spadło pod jej nogami, sycząc z bólu; otworzyła oczy, a przed nią leżała Cassiopeia w kałuży krwi; Cassiopeia, jej prawie matka; osłoniła ją przed śmiercionośnym ciosem Matrony. Ocknęła się w momencie, gdy przez jej ciało przeszedł dziwny piorun, runy na nowo rozżarzyły się okropnym, czerwonym blaskiem, a furię dziewczyny nie jestem w stanie nawet ja opisać; to było coś innego, coś pradawnego, dziwnego i niepodobnego do tego, co czuła, gdy wtedy przez nie zapomniała o swojej miłości, teraz była w pełni świadoma tego, co robi, pamiętała o wszystkim, o tym, że ma syna, o tym, że kocha Satoru i o tym, że jej babka zraniła Cassiopeię oraz groziła jej rodzinie śmiercią, natychmiast rzuciła się na swoją babkę, a ich walka przypominała raczej taniec ostrzy, pazury trafiały na siebie raz po raz, co przypominało raczej szermierkę, a nie walkę na śmierć i życie; plątanina wyzwisk, zębów i pazurów, które raniły się nawzajem; górę jednak o dziwo miała Manon, furia w jej oczach, ta iskra powodowała, że jej babka; legenda; Rhiannon Czarnodzioba z impetem przegrywała i traciła powoli swą odwieczną ikrę. Wreszcie nastąpił moment, gdy obie sapały zupełnie obdarte z sił, białowłosa trzymała czarnowłosą wiedźmę za szyję i resztką mocy dociskała ją do podłoża, przez co jej babce powoli brakowało tchu.
- Przysięgam Ci, że to ostatni raz, kiedy mi zagroziłaś, niewdzięczna suko - warknęła i już miała zadać ostateczny cios, gdy stwierdziła, że nie może... Że nie jest w stanie uśmiercić własnej babki; wzięła więc lampkę nocną, która stała na biurku i z resztek sił uderzyła nią w głowę Czarnodziobej, która po chwili straciła przytomność, niedługo też powinna się wykrwawić. Odwróciła się i spojrzała na Cassiopeię, która również wyglądała już, jakby za chwilę miała odejść na drugi koniec świata, rana na jej klatce piersiowej była poważna, straciła również mnóstwo krwi; runy na ciele Manon zgasły, przerażona podbiegła do starszej szamanki i ze łzami w oczach próbowała ją ocucić.
- Zabierzmy ją stąd - warknęła, ba, krzyknęła ostro do Asterin, ni to płacząc, ni to skomląc, obie podniosły najstarszą z wiedźm i wyszły z jaskini lwa.
~~*~~
Dopłynęły w końcu do brzegu, miasto o tej porze żyło pełnią życia, więc ciężko byłoby wiedźmom przenieść od tak ledwo już żywą Cassiopeię. Manon nie chciała liczyć ile już litrów krwi straciła szamanka, bo to doprowadzało ją jedynie do szewskiej pasji; nie chciała jej stracić, nie mogła, Cassiopeia była dla niej matką, nie mogła odejść! Założyły kaptury, aby dzięki swoim czarnym płaszczom wtopić się idealnie w mrok, który sączył się po ulicach. Ciągnęły wiedźmę na zmianę, ponieważ i tak były już za bardzo wyczerpane, to był długi i ciężki dzień; lecz emocje, ten natłok okropnych chwil i adrenaliny nie pozwalał im się poddać. W końcu dotarły pod drzwi Yoshidów, białowłosa dobrze wiedziała, że Satoru razem z wujem Henrym byli w środku, bo słyszała ich głosy, przez co na chwilę zamarła; stała, wpatrując się tak po prostu w klamkę, którą zamknęła odchodząc parę tygodni wcześniej, teraz wracała już z nieco większym brzuchem i wiedziała, że będzie musiała skonfrontować się wreszcie z samym ojcem jej dziecka, zaczęła się sama trząść, ale wiedziała, w jak bardzo beznadziejnej sytuacji znajduje się teraz Cassiopeia i jeżeli się nie odważy, to straci ją raz na zawsze; Henry był lekarzem, może nie pozna swojej starej kochanki, ale na pewno bezinteresownie jej pomoże, to było jedyne wyjście. Do drzwi ostatecznie zapukała Asterin, nie mogąc doczekać się kroku następczyni, martwiła się o stan szamanki równie bardzo, co białowłosa. Słychać było kroki, dość szybkie, jakby osoba, która właśnie podbiegała do drzwi - kogoś się spodziewała. Ostatecznie drzwi otworzył jej Satoru i przysięgam, że w tym momencie tyle emocji malowało się na jego twarzy, gdy tylko spojrzał w oczy Manon, że nie jestem w stanie ich dobrze opisać; gościła tam ulga, a również strach. smutek i radość, wszystkie emocje, które były swoimi przeciwnościami, a jednak tworzyły harmonię i spokój. Dziewczyna w tym momencie złapała się za lekko już zaokrąglony brzuch i spojrzała w ziemię.
- Musicie jej pomóc, proszę - nie mogła złapać kontaktu wzrokowego z Yoshidą, ponieważ było jej wstyd i dalej czuła się winna; gdyby mogła, pewnie sama nie wróciłaby do tego miejsca. W tym momencie zza drzwi wychylił się wuj, który chciał sprawdzić, dlaczego jego bratanek tak zaniemówił, gdy tylko spojrzał na Czarnowłosą wiedźmę, która leżała i traciła coraz więcej krwi to przysięgam znów, że zaniemówił równie mocno co młody Yoshida, a papieros z jego ust spadł z impetem na ziemię, mimo, że był jeszcze praktycznie cały, Manon myślała, że padnie na zawał.
Poznał ją.
Poznał Cassiopeię.
Oddałam temu serce D: Satoru?^^
ilość słów: 1701
Od Manon c.d: Satoru
Dni mijały dosyć szybko w Klanie Czarnodziobych, gdy tylko dziewczyna zdążyła mrugnąć, zaraz była noc i pora na to, aby kłaść się spać. Chwilowo mieszkała ona w namiocie Cassiopei, unikając starcia ze swoją babką, która poniekąd zaczynała węszyć, sprawdzać w jakim stanie wróciła do nich Manon, w końcu zeszła na samo dno piekła, o tym marzyła każda Czarnodzioba. Nie odważyła się jednak przekroczyć progu namiotu najstarszej z wiedźm, tej najbardziej doświadczonej, która to właśnie z osądu Manon Czarnodziobej, powinna zostać Matroną. Cassiopeia jednak nigdy nie gnała do tego, aby rządzić, była kimś ważnym, ale zostawiano ją w spokoju; to bardzo pasowało osamotnionej szamance, poza tym teraz miała córkę, miała o kogo się troszczyć, może nie od razu córkę, ale tak się czuła, jakby los nie zabrał jej dziecka kilka stuleci temu; czuła, że tak właśnie musiało być, że ona musiała stracić dzieci, a Manon matkę, że było to jakieś przeznaczenie; nie obchodził jej już własny los, chciała, aby syn białowłosej, malutki Henry, miał wszystko czego dusza zapragnie, chciała wydostać wiedźmę z Klanu, chociaż było to tak bardzo niemożliwe. Całymi dniami dopilnowywała, żeby następczyni niczego nie brakowało, kładła na jej brzuchu ziołowe okłady, które wędrując pod jej bladą skórę powodowały, że rozwijające się tam dziecko nie czuło żadnego dyskomfortu; było jeszcze malutkie, niezauważalne, ale Cassiopeia czasami słyszała, jakby w myślach, że jego serce bije - i było to najpiękniejsze serce, jakie dotąd usłyszała.
- Henry będzie bardzo grzecznym chłopcem, Manon - wymamrotała pewnego razu patrząc, jak na te słowa uśmiech białowłosej się rozszerza. Nasza wiedźma w końcu dorosła do myśli, że będzie matką, nie było jej już z tego powodu przykro; wiedziała, że Asterin i Cassiopeia jej pomogą, że nie pozwolą skrzywdzić jej małego synka, że będzie żył, chociażby miałaby go oddać obcej rodzinie kilkaset kilometrów dalej, to on nie umrze. Nie wierzyła, że będzie jej dane żyć z tą malutką istotką, ale chciała zrobić wszystko, aby chociaż uratować mu życie. Codziennie też, albo parę razy w tygodniu, wiedźma, nazywana ironicznie przez Cassiopeię "czarną jędzą" wybierała się na drugą stronę oceanu i opowiadała o wszystkim Satoru, który coraz bardziej błagał ją o to, aby mógł pojechać z nią; czarnowłosa zawsze odmawiała, sycząc do niego, że jest ostatnim idiotą, że ciągle o to prosi, nie potrafiąc zrozumieć, że skazałby tym siebie i swojego syna na śmierć, gdyby Rhiannon cokolwiek wywęszyła; na razie mieli spokój, Manon dalej nie wierzyła, że Oru był gotowy zostać ojcem, przez co te myśli gryzły ją i gryzły... Nie chciała ruszyć się z Klanu, nie chciała doprowadzić do konfrontacji z Yoshidą, bo nie chciała widzieć zawodu w jego oczach, chociaż kuzynka tak mocno próbowała wytłumaczyć jej, że się myli. Wuj Yoshidy, Henry, który czasami pojawiał się podczas dyskusji Oru z Asterin, ewidentnie też martwił się stanem białowłosej, ponieważ jak na urodzonego lekarza przystało zadawał mnóstwo pytań o jej stan zdrowia, jakby próbował sobie wyobrazić co teraz przeżywa wiedźma; wiedźma, nosząca dziecko Yoshidów w jamie Czarnodziobych węży.
- Manon na litość boską! - warknęła w końcu Asterin, która kolejny raz wróciła ze spotkania z młodym ojcem, Yoshidą - On naprawdę jest z tego dumny, rozumiesz? Nigdy nie widziałam większego, ludzkiego pawia, za którego on teraz się uważa - prychnęła ironicznie, porównując chłopaka do tego egoistycznego ptaka - Nie możesz ukrywać się przez wieczność, w końcu będziesz musiała z nim porozmawiać - westchnęła, powoli jakby... Broniła młodego Łowcę? Widziała w nim tą iskierkę, gdy opowiadała, że jego syn rozwija się naprawdę dobrze i w zadawalająco szybkim tempie, chociaż to może przysporzyć sporo problemów tej parze. Nie miała też wątpliwości, że młody Czarnodzioby; będzie w dużej części bardziej wiedźmi, Asterin nawet nie wiedziała, jak to wymówić, wiedźma... Ale jak to miałoby być w męskiej wersji? W końcu nigdy z niczym takim się nie spotkały. Cassiopeia badając Manon co wieczór; mówiła, że jej syn odziedziczy łagodne serce ojca, ale widać było też, bynajmniej tak mówiły jej wizje, że będzie doskonałym, małym pół-potworkiem ze szponami Czarnodziobych... I ich złotymi tęczówkami. Białowłosa cały czas reagowała w inny sposób; raz się cieszyła, innym razem przeżywała, że będą go ścigać całe życie, ale wiedziała też, że jaki by nie był, będzie kochała go całym sercem. Była to miłość nie do opisania, piękna, matczyna, bezinteresowna, że dla niego rzuci się w ogień; oczywiście, że za Satoru też straciłaby życie, ale było to coś innego... Wrodzonego, uhh naprawdę życzę wszystkim tyle uczuć, które w parę miesięcy przeżyła Manon, będziecie mieli co opowiadać później swoim wnukom. Dziewczyna więc żyła sobie pod czujnym okiem dwóch wiedźm, które robiły wszystko, aby nikt nie dowiedział się o ich małym sekrecie, chociaż brzuch białowłosej z dnia na dzień robił się większy; nadal można byłoby sądzić, ze następczyni po prostu za dużo je, ale już niedługo nie będzie na co zrzucać winę. Pewnego dnia; Cassiopeia kończąc powtórne badanie swojej jakby córki, pogrążyła się w myślach, ale zaraz zaczęła wyrzucać z siebie po kolei słowa, od których Manon dostawała gęsiej skórki.
- Kiedyś spotykałam się z takim Henrym, ale nasze drogi rozeszły się, gdy tylko postanowił pójść na studia medyczne - westchnęła, patrząc głucho na ziemię, jakby to ona do niej mówiła, jakby pokazywała jej pewne, stare epizody z jej życia - Nie wiem, czy podejrzewał, że nie byłam z tego świata, ale był jedyną osobą, do której kiedykolwiek coś poczułam, Manon. Mam nadzieję, że twój Henry będzie takim samym wzorem mężczyzny, jak facet, który kiedyś skradł moje wiedźmie serce - uśmiechnęła się, ponownie otwierając się przed Manon. Białowłosa czuła, że mogły sobie już mówić wszystko, bez obaw, bez blokady i limitu... Chociaż też podświadomie czuła, że mężczyzną, o którym mogła mówić starsza, choć dalej przepiękna wiedźma- Był lekarz Henry, Henry Yoshida; człowiek, którego imię odziedziczy jej syn. W jej głowie powoli układała się masa planów, skoro Cassiopeia pomogła dziewczynie wrócić na tory miłości, ta też szykowała się do misji, w której zaplanuje przypadkowe spotkanie Henryiego z mroczną Cassiopeią; chciałaby zobaczyć, czy to, co sądzi, mogłoby być prawdą; wtedy ich historia miłosna zdałaby się być jeszcze piękniejsza, niż ta białowłosej, powrót po latach. Niespodziewanie otworzyły się "drzwi" do namiotu szamanki, wyłoniła się z nich Kalipe, jedna ze strażniczek Matrony.
- Manon, babka bardzo pilnie oczekuje Cię w swojej kwaterze - wymamrotała, a jej twarz nie zdradzała żadnych emocji, była niczym jak z kamienia, po chwili wyszła tak szybko, jak weszła. Wszystkie trzy wiedźmy spojrzały na siebie lekko przerażonym wzrokiem.
- Jakby co mów, że to ciąża z Krwawego Księżyca - Cassiopeia złapała dziewczynę za ramię i ścisnęła mocno; widać było po niej nerwy, bała się, że to spotkanie nie zakończy się dobrze. Krwawy Księżyc objawiał się co miesiąc, czasami co dwa, więc mogło to być wystarczającą wymówką, aby Rhiannon pozwoliła Manon donieść ciążę. Mimo wszystko szamanka wolała pójść za białowłosą, trzymać się z tyłu i w razie problemów; pierwszy raz wyjść z cienia i zareagować, postawić się największemu potworowi z Klanu.
No to też czas i na mnie! xD Satoru?^^
- Henry będzie bardzo grzecznym chłopcem, Manon - wymamrotała pewnego razu patrząc, jak na te słowa uśmiech białowłosej się rozszerza. Nasza wiedźma w końcu dorosła do myśli, że będzie matką, nie było jej już z tego powodu przykro; wiedziała, że Asterin i Cassiopeia jej pomogą, że nie pozwolą skrzywdzić jej małego synka, że będzie żył, chociażby miałaby go oddać obcej rodzinie kilkaset kilometrów dalej, to on nie umrze. Nie wierzyła, że będzie jej dane żyć z tą malutką istotką, ale chciała zrobić wszystko, aby chociaż uratować mu życie. Codziennie też, albo parę razy w tygodniu, wiedźma, nazywana ironicznie przez Cassiopeię "czarną jędzą" wybierała się na drugą stronę oceanu i opowiadała o wszystkim Satoru, który coraz bardziej błagał ją o to, aby mógł pojechać z nią; czarnowłosa zawsze odmawiała, sycząc do niego, że jest ostatnim idiotą, że ciągle o to prosi, nie potrafiąc zrozumieć, że skazałby tym siebie i swojego syna na śmierć, gdyby Rhiannon cokolwiek wywęszyła; na razie mieli spokój, Manon dalej nie wierzyła, że Oru był gotowy zostać ojcem, przez co te myśli gryzły ją i gryzły... Nie chciała ruszyć się z Klanu, nie chciała doprowadzić do konfrontacji z Yoshidą, bo nie chciała widzieć zawodu w jego oczach, chociaż kuzynka tak mocno próbowała wytłumaczyć jej, że się myli. Wuj Yoshidy, Henry, który czasami pojawiał się podczas dyskusji Oru z Asterin, ewidentnie też martwił się stanem białowłosej, ponieważ jak na urodzonego lekarza przystało zadawał mnóstwo pytań o jej stan zdrowia, jakby próbował sobie wyobrazić co teraz przeżywa wiedźma; wiedźma, nosząca dziecko Yoshidów w jamie Czarnodziobych węży.
- Manon na litość boską! - warknęła w końcu Asterin, która kolejny raz wróciła ze spotkania z młodym ojcem, Yoshidą - On naprawdę jest z tego dumny, rozumiesz? Nigdy nie widziałam większego, ludzkiego pawia, za którego on teraz się uważa - prychnęła ironicznie, porównując chłopaka do tego egoistycznego ptaka - Nie możesz ukrywać się przez wieczność, w końcu będziesz musiała z nim porozmawiać - westchnęła, powoli jakby... Broniła młodego Łowcę? Widziała w nim tą iskierkę, gdy opowiadała, że jego syn rozwija się naprawdę dobrze i w zadawalająco szybkim tempie, chociaż to może przysporzyć sporo problemów tej parze. Nie miała też wątpliwości, że młody Czarnodzioby; będzie w dużej części bardziej wiedźmi, Asterin nawet nie wiedziała, jak to wymówić, wiedźma... Ale jak to miałoby być w męskiej wersji? W końcu nigdy z niczym takim się nie spotkały. Cassiopeia badając Manon co wieczór; mówiła, że jej syn odziedziczy łagodne serce ojca, ale widać było też, bynajmniej tak mówiły jej wizje, że będzie doskonałym, małym pół-potworkiem ze szponami Czarnodziobych... I ich złotymi tęczówkami. Białowłosa cały czas reagowała w inny sposób; raz się cieszyła, innym razem przeżywała, że będą go ścigać całe życie, ale wiedziała też, że jaki by nie był, będzie kochała go całym sercem. Była to miłość nie do opisania, piękna, matczyna, bezinteresowna, że dla niego rzuci się w ogień; oczywiście, że za Satoru też straciłaby życie, ale było to coś innego... Wrodzonego, uhh naprawdę życzę wszystkim tyle uczuć, które w parę miesięcy przeżyła Manon, będziecie mieli co opowiadać później swoim wnukom. Dziewczyna więc żyła sobie pod czujnym okiem dwóch wiedźm, które robiły wszystko, aby nikt nie dowiedział się o ich małym sekrecie, chociaż brzuch białowłosej z dnia na dzień robił się większy; nadal można byłoby sądzić, ze następczyni po prostu za dużo je, ale już niedługo nie będzie na co zrzucać winę. Pewnego dnia; Cassiopeia kończąc powtórne badanie swojej jakby córki, pogrążyła się w myślach, ale zaraz zaczęła wyrzucać z siebie po kolei słowa, od których Manon dostawała gęsiej skórki.
- Kiedyś spotykałam się z takim Henrym, ale nasze drogi rozeszły się, gdy tylko postanowił pójść na studia medyczne - westchnęła, patrząc głucho na ziemię, jakby to ona do niej mówiła, jakby pokazywała jej pewne, stare epizody z jej życia - Nie wiem, czy podejrzewał, że nie byłam z tego świata, ale był jedyną osobą, do której kiedykolwiek coś poczułam, Manon. Mam nadzieję, że twój Henry będzie takim samym wzorem mężczyzny, jak facet, który kiedyś skradł moje wiedźmie serce - uśmiechnęła się, ponownie otwierając się przed Manon. Białowłosa czuła, że mogły sobie już mówić wszystko, bez obaw, bez blokady i limitu... Chociaż też podświadomie czuła, że mężczyzną, o którym mogła mówić starsza, choć dalej przepiękna wiedźma- Był lekarz Henry, Henry Yoshida; człowiek, którego imię odziedziczy jej syn. W jej głowie powoli układała się masa planów, skoro Cassiopeia pomogła dziewczynie wrócić na tory miłości, ta też szykowała się do misji, w której zaplanuje przypadkowe spotkanie Henryiego z mroczną Cassiopeią; chciałaby zobaczyć, czy to, co sądzi, mogłoby być prawdą; wtedy ich historia miłosna zdałaby się być jeszcze piękniejsza, niż ta białowłosej, powrót po latach. Niespodziewanie otworzyły się "drzwi" do namiotu szamanki, wyłoniła się z nich Kalipe, jedna ze strażniczek Matrony.
- Manon, babka bardzo pilnie oczekuje Cię w swojej kwaterze - wymamrotała, a jej twarz nie zdradzała żadnych emocji, była niczym jak z kamienia, po chwili wyszła tak szybko, jak weszła. Wszystkie trzy wiedźmy spojrzały na siebie lekko przerażonym wzrokiem.
- Jakby co mów, że to ciąża z Krwawego Księżyca - Cassiopeia złapała dziewczynę za ramię i ścisnęła mocno; widać było po niej nerwy, bała się, że to spotkanie nie zakończy się dobrze. Krwawy Księżyc objawiał się co miesiąc, czasami co dwa, więc mogło to być wystarczającą wymówką, aby Rhiannon pozwoliła Manon donieść ciążę. Mimo wszystko szamanka wolała pójść za białowłosą, trzymać się z tyłu i w razie problemów; pierwszy raz wyjść z cienia i zareagować, postawić się największemu potworowi z Klanu.
No to też czas i na mnie! xD Satoru?^^
ilość słów: 1129
13 mar 2019
Od Manon c.d: Satoru
Czarnowłosej wiedźmie nie do końca podobał się plan, żeby odnaleźć chłopaka, syna z rodu Yoshidów i wręczyć mu kartkę, aczkolwiek robiła to tylko i wyłącznie dla swojej kuzynki, tak też sobie wmawiała. Dla kuzynki i jej syna, którego będzie chciała z całego serca obronić. Tydzień wcześniej pozbawiono ją córki, którą poczęła podczas Krwawego Księżyca, Rhiannon Czarnodzioba stała się bezlitosna, potrafiła zabijać małe wiedźmy, które były im tak mocno potrzebne, a to wszystko tylko dlatego, że stała się wyczulona na Łowców. Asterin dobrze wiedziała, że jej córeczka nie była córką Łowcy, znała ich, wiedziała jak wyglądają i kim są, a mimo wszystko i tak została pozbawiona głowy chwilę po narodzinach, na oczach matki. Matrona zrobiła tak jeszcze z kilkorgiem dzieci, przez co wiedźmy od jakiegoś czasu chodziły przygnębione, jakby ktoś wbił im nóż w se...ser... w serce. Jednakże musiała pokazać, że ją to nie boli, była Asterin Czarnodziobą, spokrewnioną z samą Matroną, słabość była dla pospólstwa. Po 15 minutach błąkania się po mieście odnalazła chłopaka z cienistym psem, psem łowców, który miał za zadanie odszukać wszystkie demoniczne istoty; zawahała się, ale ostatecznie podeszła; gdyby chłopak próbował coś jej zrobić, zignorowałaby prośbę Manon, w końcu nie jadła od paru dni. Wręczyła mu kartkę i zauważyła, że mężczyzna płacze, ba, on płakał od dobrego kawałka czasu; czy właśnie tak ludzcy mężczyźni reagują na fakt, że zostają ojcami? Czarnowłosa powoli zaczynała rozumieć, dlaczego wiedźmy nie powinny się wiązać, tylko robić swoje i uciekać z miejsca zdarzenia. Niestety jej kuzynka od dziecka była inna, jakaś taka bardziej uczuciowa, chociaż nie ukrywajmy, bo Asterin powoli też zaczynała przypominać człowieka, w końcu zaakceptowała fakt, że ich Następczyni jest w ciąży z Yoshidą! A co w tym najgorsze, będą mieli syna, który od razu pójdzie na ścięcie. W sumie nie wytłumaczyłam, dlaczego wiedźmy tak nie znoszą mężczyzn, otóż dawno temu, powstała Legenda, że pierwsza Czarnodzioba, która urodziła syna i dała mu żyć, została później przez niego zamordowana; mężczyźni to fatalna płeć, ciężko nad nimi zapanować, zwłaszcza, gdy w genach odziedziczą siłę wiedźm i ich zabójcze pazury.. Wtedy mogą stać się zagładą dla Klanów, istnymi potworami, gorszymi, niż są same Czarnodziobe. Tak więc od tamtego czasu powstał zakaz rodzenia synów, zakaz związków, ponieważ one tylko mąciły im w głowach, miały siać zemstę, być zabójcze, a nie bawić się w ognisko domowe! Czasami, gdy tak Asterin przechodziła przez miasto; widziała, jak różne rodziny chodzą ze swoimi dziećmi za ręce i uśmiechają się od ucha do ucha, może jakaś mała cząstka marzyła o tym, aby urodzić się człowiekiem i móc decydować o własnym losie, ale.. Ale one miały władzę, potęgę, której zabrakło tej marnej rasie.. Ich uczucia doprowadzały do zagłady, zabijali się nawzajem, natomiast wiedźmy, nie ważne z jakich Klanów, nigdy nie stawały sobie na drodze, a co lepsze - pomagały sobie nawzajem. Satoru zaczął błagać Czarnowłosą, aby pozwoliła mu pójść z nim, przez co może na moment, na krótką chwilę dziewczynie zrobiło się żal chłopaka, był w sumie w beznadziejnej sytuacji, dowiedział się, że jest z ojcem, i to nie z byle kim - z samą księżniczką wiedźm, o ile można jeszcze Manon tak nazwać, gdy on sam był Łowcą. Jak na ironię wyglądało to tak, jakby sam Szatan miał dziecko z Boskim Aniołem, jakby spłodzili coś, co wydawało się zarówno być dobre jak i złe, takie niezgodne z naturą. Jedyne, co mogła zrobić nasza Czarnodzioba, to przekazać Manon wiadomość, nie chciała wyglądać, jakby już zaakceptowała Yoshidę, bo tego pewnie nigdy nie zrobi, ale miała zadanie, aby nie zrobić mu krzywdy; tego się trzymała i nie zamierzała tego złamać, więc musiała jak najszybciej się ulotnić, natomiast ten złapał ją za płaszcz, co nie obeszło się bez ostrzegawczego syku wiedźmy.
- Nie zawiedź naszej Manon, Łowco - powiedziała jeszcze chwilę przed zniknięciem, ale nie do końca wiedziała, czy chłopak to usłyszał. Jeżeli już miała zostawić go przy życiu, to tylko z wiadomością, że jej nie skrzywdzi. Skoro już zrobił jej dziecko, to niech weźmie za to pełną odpowiedzialność.. Jeżeli kocha ją tak mocno, jak mówi.
~~*~~
Asterin wróciła do wioski i zaczęła szukać białowłosej, martwiła się o nią, o jej syna i o to, czy Rhiannon już wyczuła, że z dziewczyną jest coś nie tak. Zaczęła szukać jej w różnych domkach, namiotach, ale Manon nigdzie nie było! Zaczęła syczeć ze złości i tupać mocno nogą o ziemię; Gdzie ty u licha jesteś, biała franco! Ostatecznie pobiegła do namiotu Cassiopei, ponieważ była to jedyna osoba w Klanie, która wiedziała wszystko o wszystkich. Weszła, a na łóżku leżała Manon… Była tak jakby badana przez starą wiedźmę, Cassiopeia zaskoczona nagłym wtargnięciem rzuciła się na Asterin.
- Cassiopeio spokojnie, ona wie o wszystkim! - warknęła Manon, powoli opierając się na łokciach. Czarnowłosa wiedźma czuła się poniekąd odpowiedzialna za małą, głupiutką Następczynie, więc robiła wszystko, aby ukryć jej sekret, poza tym nie spodziewała się, że ktoś byłby na tyle głupi, aby odważyć się tak niespodziewanie wejść do jej namiotu. Ostatecznie puściła Asterin i wróciła do Manon, aby dalej badać, czy jej dziecko rozwija się dobrym rytmem - Pewnie, powiedziałaś czarnej jędzy, jeszcze powiedz wszystkim innym w Klanie, Manon. Dlaczego jesteś tak cholernie nierozważna!
- Nikomu nie powiem - wyrwało się Asterin, która stała niczym zamurowana, zawsze czuła wielki respekt przed wieczną Cassiopeią, która przeżyje jeszcze z milion stuleci, albo i więcej. Sama była przy tym, gdy syn pierwszej Matrony ucinał jej głowę, może i była wtedy dzieckiem, ale żyła już wtedy, a było to... Bardzo dawno temu. Ostatecznie kuzynka naszej Czarnodziobej odważyła się usiąść obok Szamanki i przyglądała jej się, jak ta robi milion okładów na brzuchu Następczyni tłumacząc, że dzięki nim ciąża wyda się mniej zauważalna i mniej dotkliwa; złagodzi to codzienny ból żołądka, przez co nikt nie powinien zorientować się o wczesnych fazach ciąży. Oczywiście, że już za kilka miesięcy nie będzie dało się tego ukryć, ale o to wiedźmy będą musiały się martwić już później.
- Powiedział, że Cię kocha, Manon - wyszeptała w końcu Asterin - Chciał tutaj za Tobą przyjść - wzruszyła ramionami, poprawiając swój płaszcz, a oczy Manon na chwilę zalśniły jasnym blaskiem, jakby zaraz znowu miała się rozpłakać, ahh te przeokropne hormony!
- Pewnie, jeszcze tego tutaj brakowało, za mało mamy problemów - wymamrotała zdenerwowana od samego rana Cassiopeia - Niech on lepiej zacznie już czytać poradniki jak być ojcem, to za 8,5 miesiąca może się wyrobi - machnęła ręką - poza tym, jak chcesz dać mu na imię, Manon? - obie wiedźmy nagle zamieniły się w słuch, jakby była to najciekawsza rzecz, którą miałyby usłyszeć.
- Chciałabym dać mu na imię Henry, jak cudowny człowiek, który wychował jego ojca - uśmiechnęła się Manon, po raz kolejny dotykając brzucha, chyba powoli akceptowała fakt, że niedługo stanie się za coś odpowiedzialna.
Czy ci się to podoba?;-; Bo jakby co, możemy zmienić! Chciałam, żeby było uroczo D: Satoru?
- Nie zawiedź naszej Manon, Łowco - powiedziała jeszcze chwilę przed zniknięciem, ale nie do końca wiedziała, czy chłopak to usłyszał. Jeżeli już miała zostawić go przy życiu, to tylko z wiadomością, że jej nie skrzywdzi. Skoro już zrobił jej dziecko, to niech weźmie za to pełną odpowiedzialność.. Jeżeli kocha ją tak mocno, jak mówi.
~~*~~
Asterin wróciła do wioski i zaczęła szukać białowłosej, martwiła się o nią, o jej syna i o to, czy Rhiannon już wyczuła, że z dziewczyną jest coś nie tak. Zaczęła szukać jej w różnych domkach, namiotach, ale Manon nigdzie nie było! Zaczęła syczeć ze złości i tupać mocno nogą o ziemię; Gdzie ty u licha jesteś, biała franco! Ostatecznie pobiegła do namiotu Cassiopei, ponieważ była to jedyna osoba w Klanie, która wiedziała wszystko o wszystkich. Weszła, a na łóżku leżała Manon… Była tak jakby badana przez starą wiedźmę, Cassiopeia zaskoczona nagłym wtargnięciem rzuciła się na Asterin.
- Cassiopeio spokojnie, ona wie o wszystkim! - warknęła Manon, powoli opierając się na łokciach. Czarnowłosa wiedźma czuła się poniekąd odpowiedzialna za małą, głupiutką Następczynie, więc robiła wszystko, aby ukryć jej sekret, poza tym nie spodziewała się, że ktoś byłby na tyle głupi, aby odważyć się tak niespodziewanie wejść do jej namiotu. Ostatecznie puściła Asterin i wróciła do Manon, aby dalej badać, czy jej dziecko rozwija się dobrym rytmem - Pewnie, powiedziałaś czarnej jędzy, jeszcze powiedz wszystkim innym w Klanie, Manon. Dlaczego jesteś tak cholernie nierozważna!
- Nikomu nie powiem - wyrwało się Asterin, która stała niczym zamurowana, zawsze czuła wielki respekt przed wieczną Cassiopeią, która przeżyje jeszcze z milion stuleci, albo i więcej. Sama była przy tym, gdy syn pierwszej Matrony ucinał jej głowę, może i była wtedy dzieckiem, ale żyła już wtedy, a było to... Bardzo dawno temu. Ostatecznie kuzynka naszej Czarnodziobej odważyła się usiąść obok Szamanki i przyglądała jej się, jak ta robi milion okładów na brzuchu Następczyni tłumacząc, że dzięki nim ciąża wyda się mniej zauważalna i mniej dotkliwa; złagodzi to codzienny ból żołądka, przez co nikt nie powinien zorientować się o wczesnych fazach ciąży. Oczywiście, że już za kilka miesięcy nie będzie dało się tego ukryć, ale o to wiedźmy będą musiały się martwić już później.
- Powiedział, że Cię kocha, Manon - wyszeptała w końcu Asterin - Chciał tutaj za Tobą przyjść - wzruszyła ramionami, poprawiając swój płaszcz, a oczy Manon na chwilę zalśniły jasnym blaskiem, jakby zaraz znowu miała się rozpłakać, ahh te przeokropne hormony!
- Pewnie, jeszcze tego tutaj brakowało, za mało mamy problemów - wymamrotała zdenerwowana od samego rana Cassiopeia - Niech on lepiej zacznie już czytać poradniki jak być ojcem, to za 8,5 miesiąca może się wyrobi - machnęła ręką - poza tym, jak chcesz dać mu na imię, Manon? - obie wiedźmy nagle zamieniły się w słuch, jakby była to najciekawsza rzecz, którą miałyby usłyszeć.
- Chciałabym dać mu na imię Henry, jak cudowny człowiek, który wychował jego ojca - uśmiechnęła się Manon, po raz kolejny dotykając brzucha, chyba powoli akceptowała fakt, że niedługo stanie się za coś odpowiedzialna.
Czy ci się to podoba?;-; Bo jakby co, możemy zmienić! Chciałam, żeby było uroczo D: Satoru?
ilość słów: 1107
Subskrybuj:
Posty (Atom)